„W tej ziemi coś siedzi – ostrzegała mnie pani Hanka. Uwierzyłam, gdy zobaczyłam na własne oczy – wszystko przez to maleństwo, które tak bardzo chciało żyć”

Nie kopiemy w przeszłości wystarczająco głęboko. I może się zdarzyć, że umyka nam w ten sposób coś istotnego. Jakaś historia warta wyciągnięcia na światło dzienne. Równie smutna, co przerażająca…

Wszystko, co dziedziczymy i co warte jest przekazania dalej, ma swoją historię. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z tego, jak daleko ta historia sięga. Zegarek po dziadku jest po prostu zegarkiem po dziadku. Nosimy go, bo chcemy miło wspominać dziadka. Nie myślimy o tym, jaką drogę przeszedł ów przedmiot, czy należał do kogoś wcześniej, a jeśli tak, to do kogo, no i kim był ten ktoś.

Kiedy zmarła moja babcia, odziedziczyłam po niej dom – stał na skraju miasta, dosłownie, bo po drugiej stronie ulicy zaczynała się już wieś, z innym kodem pocztowym.

Do działki przynależał kawałek ziemi i zawsze się zastanawiałam, czemu nikt tam niczego nie uprawiał. Po przeprowadzce wzięłam się więc do roboty, bo uznałam, że to wymarzone miejsce na mój wymarzony ogródek.

Niestety, pojawił się zasadniczy problem. Nic nie chciało tam rosnąć, nic się nie przyjmowało. Ani kwiaty, ani byliny, ani krzewinki.

Jakby coś je wsysało

Nawet zwykła trawa wysychała i marniała. Próbowałam różnych sztuczek, nawiozłam żyznego torfu, stosowałam dziesiątki nawozów. Bez skutku. Ziemia za domem wydawała się nie tyle jałowa, co przeklęta.
Byłam już gotowa się poddać i przenieść swe ogrodnicze zapędy do doniczki na tarasie, kiedy któregoś dnia zagadnęła mnie zza płotu wiekowa pani Hanka. Chodziła przygarbiona i miała szklane oko, a jej córka ostrzegała mnie, że starowina potrafi opowiadać głupoty.

– Pani się nie męczy, tam nic nie wyrośnie! – zawołała, kręcąc głową.
Zawahałam się, ale byłam zdesperowana, więc spytałam, dlaczego staruszka tak uważa.

Przyczłapała pod samo ogrodzenie, poprawiła sztuczną szczękę i powiedziała chrapliwym głosem:
– Tu kiedyś, dawno temu, drugi dom stał i druga rodzina mieszkała. I pani Walczakowa urodziła martwe dziecko. O, tam rodziła, gdzie pani stoi, w izbie w rogu. To potem już nikt w tym domu mieszkać nie mógł, bo mleko kisło i chleb pleśniał, i w ogóle. Wyburzyli. Ale w ziemi dalej coś siedzi. Bo to życie, którego nie było, nie pozwala, żeby coś żywego sobie rosło. Zbiesiło się i wysysa soki.

Poczułam, jak mrozi mnie chłód. O czym ta kobieta bredzi? Miałam uwierzyć, że to miejsce skaził jakiś demon? Słowiański poroniec?

Brzmiało to jak bajania starej baby z demencją – szczególnie że wkrótce potem zjawiła się córka pani Hanki i zaprowadziła matkę do domu, wspominając coś o tabletkach. Nie zmieniało to jednak faktu, że ziemia faktycznie wydawała się głodna i pożerała wszystko, co w niej zasadziłam. Kryło się w tym coś nienaturalnego… ale czy również nadprzyrodzonego?

Przez kilka najbliższych dni starałam się o tym nie myśleć. Ale na targający mną trudny do sprecyzowania niepokój nic nie mogłam poradzić. I sypiałam kiepsko, a kiedy już zasnęłam, śniłam o zwłokach wygrzebujących się z mokrej ziemi albo o śladach zębów na cebulkach tulipanów.

Jakaś część mojego umysłu zdawała się wierzyć, że autentycznie mam do czynienia ze złośliwym duchem zmarłego przed porodem dziecka. Wariactwo. Przez jedną opowieść stukniętej sąsiadki. Przecież nigdy dotąd nie wierzyłam w podobne rzeczy! Nawet horoskopy traktowałam z ogromną dozą sceptycyzmu.

Zmieniłam jednak zdanie, gdy przeglądając rzeczy po babci, natrafiłam na starą fotografię. Wyraźnie było na niej widać drugi dom w miejscu, w którym nieudolnie próbowałam założyć ogródek. A zatem przynajmniej częściowo historia była prawdziwa.

Pani Hanka powiedziała, że mieszkali tam Walczakowie. Fakt, mieliśmy Walczaków w rodzinie, więc możliwe, że dwie spokrewnione rodziny żyły na tej samej działce. I jedną z nich dotknęła okropna tragedia, która zmieniła wszystko…

Przez długi, długi czas biłam się z myślami. Kilka razy podnosiłam telefon, by zadzwonić do ojca i wypytać o rodzinną historię, ale nie chciałam go niepotrzebnie martwić.

Życie to trzy etapy

Co by sobie pomyślał, gdybym zagłębiła się nagle w tematykę narodzin martwych dzieci w naszej rodzinie całe lata temu? Uznałby pewnie, że miał rację, i faktycznie nie powinnam mieszkać sama w domu na skraju miasta, że odbija mi z samotności. Ale nie mogłam też dłużej ignorować faktu, że dzieje się coś niecodziennego.

Tuż za płotem, po obu stronach, przyroda kwitła w najlepsze. Dalej rozciągał się nawet sad. Tylko na mojej posesji z ziemią było coś nie tak.

W jaki sposób to rozwiązać? Czy tego chciałam, czy nie, mogłam się zwrócić w tej sprawie tylko do jednej osoby.

Zagadnęłam panią Hankę po południu, gdy spacerowała wokół swojego ogrodzenia. Lubiła wyrywać chwasty, może chciała czuć się nadal przydatna. Tyle że nawet pokrzywy chwytała gołymi rękami; krzywiłam się bezwiednie, patrząc na to.

– Trochę bólu i wysiłku jeszcze nikomu nie zaszkodziło – pouczyła mnie, zerkając swoim zdrowym okiem. – Ziemia dalej nic nie rodzi?
– Dalej – potwierdziłam. – Wie pani może, jak… – zawahałam się.
– Pewnie, że wiem. Twoja babka mnie nie słuchała, tylko psioczyła pod nosem, że nic nie rośnie, ale ty się wydajesz rozsądniejsza.

Ugryzłam się w język, zanim powiedziałam, że rozsądek nie ma z tym wiele wspólnego.
– Da się wypędzić toto, co gnieździ się w piachu bez problemu. To coś nigdy nie dostało szansy na rozpoczęcie swego życia, więc trzeba mu pomóc to życie przeżyć. Wtedy odejdzie. Prosta sprawa.

Zajęło mi chwilę dopytanie, co starowinka miała na myśli. A kiedy wreszcie się dowiedziałam, mój antyhoroskopowy alarm zaczął dzwonić w głowie jak opętany. To przecież jakiś zabobonny absurd!

Według pani Hanki symboliczne „życie” składało się z dzieciństwa, dorosłości i starości. Każdej nocy, przez trzy z rzędu, należało zakopać w polu przedmiot ucieleśniający kolejny etap: zabawkę dziecka, narzędzie pracy dorosłego, laskę starca.

Podarowała mi nawet swoją starą dębową laskę, zastrzegając, że muszą to być rzeczy używane, nasycone czyimś życiem, czyjąś energią. Nie wystarczyło kupić nowego pluszaka w sklepie, chodziło o zabawkę, którą naprawdę bawiło się jakieś dziecko. Po przeżyciu swego metaforycznego życia demon powinien odejść.
Wróciłam do domu z mętlikiem w głowie. Każda komórka mojego mózgu buntowała się przeciwko wierzeniu w te pogańskie dyrdymały.

Kto wymyślał takie rzeczy? Czy ludzie naprawdę aż tak nudzili się w dawnych czasach, kiedy nie było telewizji ani internetu? Czy z ludzkiej tragedii należało zaraz robić mroczną legendę? Nie, nie mogłam dać się zwariować. Postanowiłam podjąć ostatnią próbę zaradzenia sytuacji logicznymi środkami. Przepuściłam kupę pieniędzy w sklepie ogrodniczym, wybierając wyłącznie najlepsze, sprawdzone środki.

Obejrzałam masę poradników w sieci, zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcjami, nastawiałam sobie budziki i przypomnienia, żeby pamiętać o regularnym podlewaniu. I zaliczyłam kolejną spektakularną klapę.

Mój miś zadziałał

Przyśniło mi się, że wychodzę na podwórko i w świetle księżyca widzę bladą, zgarbioną postać żującą moje magnolie. Obudziłam się zlana potem w momencie, kiedy chore, żółte oczy zwróciły się w moim kierunku. Wtedy właśnie podjęłam decyzję, że czas przerzucić się na magiczne metody. Jakkolwiek by mnie to mierziło.

Znalazłam więc mojego misia z dzieciństwa i zakopałam go pierwszej nocy – dla pewności dokładnie w miejscu, w którym, według pani Hanki, znajdowała się nieszczęsna izba pani Walczakowej. Następnego dnia udałam się w odwiedziny do ojca i „pożyczyłam” jeden z jego młotków. Zakopałam go drugiej nocy. Nie było sensu wycofywać się po dwóch trzecich rytuału, więc trzeciej nocy wrzuciłam laskę pani Hanki do wykopanego dołu, pomodliłam się dla pewności, zasypałam dół i poszłam spać. Nie pamiętam, o czym śniłam, ale wiem, że tym razem nie nękały mnie żadne koszmary.

W zasadzie obudziłam się dziwne wypoczęta. Jakby z ramion spadł mi ciężar, z którego istnienia nie zdawałam sobie nawet sprawy.

A mój ogród? Cóż, okazuje się, że są rzeczy, o których nie śniło się filozofom. I mnie razem z nimi. Kwiaty się przyjęły, krzewinki zaczęły wzrastać. Od tamtej pory mogę się cieszyć tym, o czym zawsze marzyłam. Wystarczyła odrobina wiary w niemożliwe, ale kiedy człowiek czegoś bardzo chce, chwyta się każdej metody.

Tak czy inaczej, następnym razem z pewnością nie będę trzymać się tak dogmatycznie swojej siermiężnej logiki. I zajrzę od czasu do czasu w horoskop. Kto wie – skoro istnieją na świecie nienarodzone demony, może i gwiazdy mają odrobinę wpływu na moje życie?

Amelia, 27 lat

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->