„Bogaty narzeczony z dobrego domu uwił nam gniazdko, które okazało się pułapką. Wyrwałam się z niej w ostatniej chwili”

„Z Adrianem poznali mnie rodzice. Byłam oczarowana jego domem, drogimi prezentami i życiową zaradnością. Kiedy mi się oświadczył, nie wahałam się ani przez sekundę. Po zaręczynach zaczęłam dostrzegać jego wady. Wyszłam na kawę i spotkałam Mariusza. To on sprawił, że zrozumiałam, czym jest prawdziwa miłość”.
MONIKA, 23 LATA
Odkąd pamiętam, rodzice nigdy nie narzekali na sytuację finansową. Moja mama była nauczycielką, tata pracował w banku. Mieszkaliśmy w niskim bloku w dobrej dzielnicy i to nam wystarczało. Ja miałam swoją pasję – gimnastykę, której w pełni się oddawałam. Dlatego też AWF był moim pierwszym wyborem i nic mnie od niego nie odwiodło. Nikt zresztą nie próbował. Mama tylko czasem marzyła o tym, żebym zamieszkała w jakimś dużym, piętrowym domu z dobrze sytuowanym mężem. Miała nadzieję, że będzie tam do mnie przyjeżdżać na stare lata i bawić wnuki.

Bogaci znajomi mojej mamy

Kiedy byłam na pierwszym roku studiów, mama przyszła do domu cała rozpromieniona. Okazało się, że u znajomej fryzjerki poznała pewną kobietę, która bardzo jej zaimponowała. Pomogła jej w wyborze koloru i fryzury. Z rozmowy między nimi wynikło, że jest żoną właściciela popularnej firmy z branży IT.

– Wiesz, Franiu – mówiła do taty – taka bardzo dobrze ubrana, nienaganne maniery. Mówiła, że strasznie się nudzi popołudniami, bo mąż w pracy, a ona siedzi sama. Zaprosiła mnie na wspólne wyjście w przyszłym tygodniu.

Z początku nie przejmowaliśmy się z tatą tą nową znajomością mamy. Potem, kiedy ona i pani Alicja zaczęły się spotykać, mówiła o niej coraz więcej. W końcu dostała zaproszenie na obiad do niej do domu. Miała przyjść z nami. Tata trochę kręcił nosem, ale ja stwierdziłam, że czemu nie. Chciałam zobaczyć, jaka jest ta „ulubiona znajoma mamy”.

Spotkałam księcia z bajki

Na obiad do pani Alicji dotarliśmy kwadrans za wcześnie. Mama cały czas przeżywała, że to tak nie wypada, tacie było wszystko jedno. Ja trochę się śmiałam z tych ich sprzeczek.

Okazało się, że znajoma mamy mieszka w ogromnej willi. Miała tam ogromny ogród, a z tyłu, za domem, basen. Trochę mnie to zaskoczyło, a trochę onieśmieliło. Ucieszyłam się, gdy pani Alicja i jej mąż, pan Dawid, okazali się przemiłymi ludźmi. Śmiali się dużo, żartowali, chętnie słuchali opowieści mamy. Pan Dawid z kolei kupił mojego tatę miłością do piłki nożnej.

Mniej więcej pół godziny po nas przyszedł syn gospodarzy, Adrian. Grzecznie przeprosił za spóźnienie, dodał, że wypadło mu coś w firmie. Jak się okazało, pracował u ojca, gdzie kierował jakimś ważnym działem. Niebawem zresztą, jak mówił pan Dawid, Adrian miał go zastąpić.

Im dłużej patrzyłam na Adriana, tym bardziej wydawał mi się moim ideałem. Wysoki, przystojny, pewny siebie. Dobrze zarabiający. Już po studiach. Przez całą wizytę pozostawałam pod wielkim wrażeniem. Ku mojemu zaskoczeniu, po obiedzie poprosił mnie o numer telefonu. Obiecał, że zadzwoni.

W domu mama niespodziewanie wypaliła:

– Ten chłopak od Alicji mi się nie podoba. Widziałeś, Franiu, jak się na naszą Monikę patrzył? Pożerał ją wzrokiem. Aż mi się niedobrze zrobiło.

– Jest ładna, to i co się dziwić – stwierdził obojętnie tata.

– I jeszcze te teksty o tym, że kobieta powinna ładnie wyglądać – prychnęła mama. – Co to było?

– Po prostu docenia, że Moniczka o siebie dba – uznał tata.

Ja w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi mamie. Przecież Adrian był świetny! I miał klasę. Zresztą, sądziłam, że i tak do mnie nie zadzwoni.

Wiedział, co lubią kobiety

Spotkaliśmy się już trzy dni później. Adrian zabrał mnie do restauracji, której sama nigdy bym nie odwiedziła ze względu na ceny dań. Spędziliśmy miło czas. On prawił mi komplementy, ja dużo mówiłam, starając się go zająć. Zauważyłam, że nigdy nie rozwija tematu, który poruszam, tylko przechodzi do własnego. Z czasem uznałam, że pewnie to, o czym mówię, jest dziecinne i zajęłam się słuchaniem. Adrian miał dużo do powiedzenia. Przede wszystkim o sobie i swojej firmie.

Zabierał mnie w różne miejsca. Kupował mnóstwo rzeczy – zwykle niepotrzebnych, ale tak ładnych, że aż wzdychałam. Właściwie już po trzech spotkaniach zaczęliśmy ze sobą chodzić. Moja mama z początku nie była tym faktem zachwycona, ale z czasem i ona przyzwyczaiła się do Adriana.

– Będziesz miała super życie, Moniczko – zaczęła twierdzić. – Ten Adrian cię ozłoci.

Bankiet na moją część

Byłam oszołomiona, gdy po roku Adrian wyprawił bankiet na moją cześć. Nie w swoim domu – wynajął specjalnie salę. Nie rozumiałam, co to za okazja – nie miałam urodzin, nie kojarzyłam też żadnej innej ważnej uroczystości.

Mniej więcej w połowie wydało się, co planował. Oświadczył się. Tak po prostu, przy wszystkich. A ja stałam w tej drogiej sukience, którą kupił mi w zeszłym tygodniu, mówiąc, że na pewno się przyda i ledwie to wszystko do mnie docierało. Oczywiście, powiedziałam „tak”. Co innego miałabym zrobić?

Sama w wielkim domu

Niedługo po oświadczynach, przeprowadziłam się do nowego domu Adriana. Wybudował go dla siebie, na przyszłość. Nigdy nie zapytałam, czemu „dla siebie”, a nie „dla siebie i swojej rodziny”. Nie przyszło mi to do głowy.

Mój narzeczony ostatnio był strasznie zajęty. Robił coś ważnego w firmie i na nic nie miał czasu. Także na mnie i moje ciągłe pytania.

– Mam wiele na głowie – rzucił kiedyś przy kolacji. – Dostaliśmy nowe zlecenie… a, zresztą co ja ci będę tłumaczył. I tak nie zrozumiesz.

– Dlaczego tak zakładasz? – zdumiałam się.

– Monia, jesteś kobietą – stwierdził wtedy. – Piękną i wysportowaną. To nie twoja działka. Naprawdę.

Nie odpowiedziałam mu. On zresztą potem kazał mi się nie przejmować i szybko zmienił temat. To była jedna z naszych niewielu rozmów. Adrian wychodził na cały dzień. Wieczorami co prawda wracał, ale nawet zjeść nie mogliśmy spokojnie, bo ciągle ktoś do niego dzwonił. Kiedy zapytałam, czy znajdzie kiedyś czas dla mnie, oburzył się.

– Pieniądze nie spadają z nieba, Monika – rzucił. – Utrzymuję nas. Nie mam czasu na takie głupoty.

I tak siedziałam w tym wielkim, pięknym domu. Sama.

Kawa, po której nic już nie było takie samo

Któregoś popołudnia postanowiłam wyjść do miasta. Zainteresowała mnie nowo otwarta kawiarnia. Kochałam kawę, więc postanowiłam sprawdzić, czy warto tu wpadać.

To tu poznałam Mariusza. Był baristą. To on zaproponował, że zrobi mi kawę według własnego uznania, gdy nie mogłam się zdecydować na żadną konkretną. Jeśli mi nie zasmakuje, nie zapłacę.

Zgodziłam się. I to było najlepsze latte, z delikatną, mleczną pianką, jakie kiedykolwiek piłam. Potem trochę porozmawialiśmy. Mariusz ujmował mnie szerokim uśmiechem, pasją, z jaką opowiadał o swojej pracy. Potem chciał zresztą, żebym opowiedziała mu o sobie. I naprawdę słuchał! Przyznał nawet ze śmiechem, że mogłabym z nim potrenować, bo jego kondycja nie jest taka, jak by sobie życzył.

Choć wcale się nie spodziewałam, to wyjście na kawę sporo namieszało. W mojej głowie, sercu, a potem też życiu.

Nie mój świat

Zaczęłam wychodzić na kawę codziennie. Na kawę, a może raczej do Mariusza. Dużo rozmawialiśmy. Opowiadałam mu o swoim życiu, osiągnięciach na uczelni, o wartych obejrzenia filmach. Dwa czy trzy razy zabrał mnie do kina. Po dwóch miesiącach uznałam, że właściwie nie wiem, czy tego wspaniałego ślubu, którym tak się wszyscy emocjonowali. Nawet regularne drogie prezenty od narzeczonego przestały mnie cieszyć. Że nie widzę siebie u boku Adriana.

Wykorzystałam moment, w którym mój narzeczony znów starał się uciąć dyskusję i iść spać. Jak co dzień.

– To koniec, Adrian – stwierdziłam.

– Co? – zdawało się, że nie zrozumiał.

– Ty i ja – doprecyzowałam. – To nie ma przyszłości. Zresztą… poznałam kogoś.

Był oburzony. Nie rozumiał, jak mogłam uganiać się za jakimś facetem, kiedy on ciężko pracował. Nie chciałam się z nim kłócić. Zakochałam się i nie zamierzałam o tym dyskutować. Obiecałam, że jutro zabiorę swoje rzeczy i się wyprowadzę.

Życie pełne pasji i aromatu kawy

Po wyprowadzce od Adriana wróciłam do rodziców. Trochę się zdziwili, ale kiedy poznali Mariusza, zrozumieli. Mama martwiła się tylko, jak przyjmą to wszystko rodzice mojego byłego narzeczonego. Kiedy jednak pani Alicja zrobiła awanturę przed naszym blokiem i nazwała mnie „niewdzięczną i leniwą kreaturą”, stwierdziła, że wcale nie żal jej tej znajomości.

Adrian zresztą za długo po mnie nie rozpaczał. Tydzień później widziałam go w mieście z długonogą blondynką. Jak się z czasem dowiedziałam od mamy, była córką jakichś lekarzy. Taka pewnie potrafiła docenić zaangażowanie w pracę Adriana i zasobność jego portfela.

Właśnie wprowadziłam się do Mariusza. Udało mu się kupić niewielkie mieszkanko na osiedlu moich rodziców. Choć nie było ani tak światowe, ani tak przestronne jak dom Adriana, czułam się tu potrzebna. Jak w domu. I wreszcie nie czułam się gorsza, robiąc coś, co kocham.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->