„3 miesiące przed ślubem nakryłam narzeczonego z kochanką. Doniosłam na niego do skarbówki i zniszczyłam jego biznes”

„Od progu usłyszałam odgłosy szamotaniny. Weszłam do salonu i… zamarłam. Mój narzeczony, z którym za kilka miesięcy miałam stanąć przed ołtarzem, leżał na kanapie w salonie całkiem nagi z równie nagą kobietą. O ile byłam w stanie dostrzec, dużo starszą ode mnie. Wpadłam w histerię”.
PATRYCJA, 29 LAT

Uchodziliśmy z Andrzejem za idealną parę. On – przystojny trzydziestolatek, zaradny właściciel popularnej w naszym mieście knajpy. Ja – ładna i zakochana w nim po uszy młoda dziewczyna. Mój facet od dawna był niezależny finansowo, ja zaś pomagałam rodzicom w prowadzeniu hurtowni spożywczej. Oboje mieliśmy swoje mieszkania i żadnych problemów z pieniędzmi. Koleżanki, którym nie wiodło się aż tak dobrze, zazdrościły mi, a ja pękałam z dumy.

Poznaliśmy się przez moich rodziców

Andrzej kupował produkty dla swojej knajpy w ich hurtowni. Moja mama od razu zwróciła na niego uwagę.
– Jest taki kulturalny, dowcipny i do tego przystojny – zachwalała go, gdy z początku opierałam się przed próbą zaaranżowania przez nią randki w ciemno.
Jednak tak mocno naciskała, że w końcu uległam. „Co mi zależy? – pomyślałam. Potraktuję to jako zwykłą znajomość”. Od dłuższego czasu z nikim się nie spotykałam. A przecież młoda dziewczyna nie powinna siedzieć w wolnym czasie w czterech ścianach.

Okazało się, że mama miała nosa. Nasze pierwsze spotkanie przeistoczyło się w randkę. Z perspektywy czasu widzę, że uległam urokowi Andrzeja stanowczo zbyt szybko. Ale byłam młoda, głupia i przez to całkiem bezbronna. Nigdy żaden facet tak mnie nie oczarował. Andrzej zachowywał się szarmancko, a jednocześnie na luzie. Nie brakowało nam tematów do rozmowy. Poza tym była między nami prawdziwa chemia. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz, poczułam, że miękną mi nogi. Musiałam się powstrzymywać przed okazywaniem mu nadmiaru zainteresowania. Chciałam, żeby trochę się o mnie postarał, zawalczył. Wiedziałam, że w ten sposób zdobędę jego podziw. Nie musiałam długo czekać.

Andrzej mnie wręcz uwielbiał

Proponował spotkania, obsypywał podarunkami, komplementami. Przy nim zapomniałam, że miałam kiedyś kompleksy. Po kilku miesiącach się oświadczył. Szalałam z radości! Myślałam, że następnym krokiem będzie wspólne zamieszkanie, ale z tym już mu się tak nie spieszyło. Twierdził, że mieszkanie przed ślubem nie jest takim świetnym pomysłem, jak to teraz powszechnie uważają młodzi.

– Jeszcze się razem namieszkamy, kochanie – mówił. – No i ślub będzie dla nas o wiele większym przeżyciem, bo po nim naprawdę wiele się zmieni.

Przyznałam mu rację. Tak bardzo zaimponowała mi jego mądrość życiowa i dojrzałość, że zignorowałam argument, który Andrzej rzucił jakby od niechcenia na sam koniec. Powiedział mianowicie, że wspólne zamieszkanie nie jest na razie dobrym pomysłem, bo on bardzo często późno wraca do domu. Musi dużo pracować i nie będzie miał dla mnie czasu.

Wyznaczyliśmy datę ślubu. Moja mama nie posiadała się ze szczęścia. Z wielką energią zaczęła wraz ze mną wszystko organizować. To miał być ślub jak z bajki. W zasadzie odkąd dowiedziała się o dacie ceremonii, zaczęła traktować Andrzeja jako swego zięcia. Dla niej był już członkiem rodziny, dlatego nie chciała nawet słyszeć o tym, by płacił za zamówione w naszej hurtowni towary jak inni klienci.  Właściwie na początku wzbraniał się przed tym, twierdząc, że taka sytuacja go krępuje. W końcu jednak przystał na uprzejmość mamy. Zaczął także i mnie bardziej angażować w swoją pracę. Po ślubie miałam przecież prowadzić jego knajpę. On chciał otworzyć kolejną.

Praktycznie od razu wprowadził mnie w meandry skomplikowanych papierkowych spraw, rozliczeń, faktur i opłat. Kiedy zaczęłam bliżej się temu przyglądać, odkryłam, że ten facet ma naprawdę głowę na karku. Tyle że, niestety, nie zawsze jego działania były zgodne z prawem. Faktury na wiele zakupów zostały wyraźnie zawyżone, zatrudniał dwie kelnerki na czarno, kucharzowi płacił oficjalnie jakieś śmieszne pieniądze, a resztę dawał mu „pod stołem”.

Uznałam, że Andrzej naprawdę mi ufa, skoro odkrywa przede mną wszystko. W końcu za chwilę mieliśmy być rodziną, jego biznes miał też być moim, więc jeśli tak zarządzany przynosił niezłe dochody, to przecież nie będę krytykować narzeczonego. Pojęłam reguły gry i chciałam wykazać się jako nowa szefowa.

Zdradził mnie 3 miesiące przed ślubem

Tamtego wieczoru uradowana pobiegłam do Andrzeja. W torebce miałam świeżo wydrukowane zaproszenia na naszą wymarzoną ceremonię. Według naszego projektu. Eleganckie, z odrobiną humoru. Chciałam, żeby Andrzej jak najszybciej je zobaczył i cieszył się razem ze mną.

Dlatego, choć nie umawialiśmy się na ten wieczór, zapragnęłam mu je od razu pokazać. Spontanicznie, bez zapowiedzi. Zanim weszłam do klatki schodowej (akurat wychodziła jakaś para), odruchowo spojrzałam w okna jego mieszkania. Zdziwiło mnie, że w salonie świeciła się tylko lampka. Gdy Andrzej pracuje, ma pozapalane wszystkie światła. Zawsze powtarzał, że musi być wtedy bardzo jasno.

Pobiegłam na górę. Zapukałam, lecz nie otwierał. Pomyślałam, że może uciął sobie drzemkę, dlatego w mieszkaniu było prawie ciemno. Dawno temu dał mi zapasowe klucze, bez namysłu więc otworzyłam drzwi wejściowe.

Od progu usłyszałam odgłosy szamotaniny. Weszłam do salonu i… zamarłam. Mój narzeczony, z którym za kilka miesięcy miałam stanąć przed ołtarzem, leżał na kanapie w salonie całkiem nagi z równie nagą kobietą. O ile byłam w stanie dostrzec, dużo starszą ode mnie. Wpadłam w histerię. Zaczęłam krzyczeć, płakać, wyzywać ich oboje. Kobieta w mgnieniu oka prysnęła do łazienki. On niezdarnie podbiegł do mnie i próbował uspokoić, ale szybko wyrwałam się z jego uścisku i wybiegłam z mieszkania.

To był cios prosto w serce. Człowiek, którego bezgranicznie kochałam, któremu tak bardzo zaufała moja rodzina, nie okazał nam najmniejszego szacunku… Zakpił sobie z nas, zrobił pośmiewisko. Trzeba było odwołać ślub. Rodzice byli załamani. Mama płakała wraz ze mną. Tata zamknął się w sobie. Przeżywał tę porażkę jak własną. Tymczasem Andrzej milczał. Nie próbował się tłumaczyć.

Po tygodniu, kiedy minął pierwszy szok, obudziło się we mnie nieznane dotąd uczucie. Zamiast płakać i żałować, zaczęłam myśleć o zemście. Nikt nigdy nie oszukał mnie tak perfidnie jak Andrzej. Nie mogło mu to ujść na sucho!

Chciałam się zemścić

W pierwszym odruchu chciałam zniszczyć mu samochód albo oblać farbą knajpę. Uznałam jednak, że to zbyt banalne, a poza tym mogłam sobie napytać biedy. Przyszedł mi do głowy inny pomysł. Siadłam przed komputerem i napisałam donos do urzędu skarbowego, w którym poinformowałam o machlojkach z podatkami, jakich dopuszczał się Andrzej. Podałam numery faktur, kwoty.

Wspomniałam też o kelnerkach zatrudnionych na czarno. List miałam wysłać pocztą. Wiedziałam, że tylko podpisany donos jest brany poważnie. Nie mogłam ujawnić, że to ja. Nie chodziło o strach przed Andrzejem. Nie chciałam narobić sobie kłopotów. Ktoś mógłby zeznać, że pojawiałam się w knajpie, znałam sytuację od dawna i powinnam ją zgłosić wcześniej. Poprosiłam więc znajomego, którego przedtem dokładnie poinstruowałam, co ma mówić, gdyby się z nim skontaktowali. Jakaż była moja satysfakcja, gdy po dwóch tygodniach podjechałam pod knajpę Andrzeja i zobaczyłam, że… jest zamknięta. Gdy weszłam do baru obok, dowiedziałam się, że po kontroli urzędu skarbowego Andrzej wpadł po uszy. Musiał zamknąć lokal. Toczy się przeciwko niemu postępowanie przed sądem.

Nigdy nie podejrzewałam, że mogłabym dopuścić się zemsty. Uczono mnie, że jest zła. Ale ponoć tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. Ja już wiem, że kiedy świat wali się na głowę, bo najbliższa osoba wbija nóż prosto w serce, kobieta jest zdolna do wszystkiego.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->