„Miłość wróciła ze zdwojoną siłą, gdy po latach na ślubie córki spotkałam byłego męża. Tylko co na to ten obecny?”

„Starałam się być dobrą żoną i Michał nigdy nie narzekał. Ale czy wiedział, że nie udało mi się go pokochać tak, jak żona powinna kochać męża? Lubiłam go i szanowałam, ufałam mu. Kochałam go jak przyjaciela. Ale nigdy jego widok nie wywoływał we mnie szybszego bicia serca, a dotyk nie budził pożądania”.

Tego dnia byłam zalatana i podenerwowana, jak to matka panny młodej, która ma na głowie więcej niż wszystko. Na Mateusza zwróciła uwagę Iwona, moja przyjaciółka, w poczekalni USC.

– Agata, a to kto? Smakowity. Myślisz, że jest wolny? Na pewno nie, nie taki okaz – jak zwykle sama odpowiadała na swoje pytania. – Nawet jakby chciał być sam, to kobiety mu nie pozwolą. No, kto to jest?

Popatrzyłam w stronę, w którą wlepiony był wzrok przyjaciółki. Poznałam go od razu, mimo że minęło prawie trzydzieści lat. Dokładnie dwadzieścia osiem i trzy miesiące. Nie, nie liczyłam dni od rozstania z Mateuszem, po prostu zniknął na siedem miesięcy przed urodzinami Magdy. Fakt, nie wiedział, że jestem w ciąży. Ja też jeszcze nie. I właściwie nie zniknął, tylko wyjechał na ekspedycję na Borneo. Chciał, bym jechała z nim, ale ja spasowałam.

Byłam domatorką, nie znosiłam podróży, zmian, nowych ludzi. On wręcz przeciwnie – w domu się nudził i dostawał małpiego rozumu. Kochaliśmy się i kłóciliśmy. Byliśmy tym oboje zmęczeni. Jeszcze zanim wylądował na krańcu świata, ja złożyłam pozew o rozwód. Byłam wściekła, zraniona i głęboko nieszczęśliwa.

To nie mogło się udać: ja domatorka, on obieżyświat

Wyglądał świetnie. Zawsze wyglądał świetnie, ale teraz wiek uszlachetnił jego urodę. I nawet dodatkowe kilogramy mu nie zaszkodziły. Przeciwnie. Szczęściarz. Położyłam dłoń na swoim wypukłym brzuchu. Nie, nie będę go wciągać. Nie dla faceta, który wybrał świat zamiast mnie.

– Znasz go w ogóle? Wita się z Magdą jak bliski wujek. O, idzie tutaj! – Iwona niemal zapiszczała jak nastolatka.

– To jej ojciec. Mateusz.

Wiedziałam, że będzie na ślubie, Magda mi powiedziała. Ale puściłam tę informację mimo uszu. W końcu tak naprawdę był już dla mnie obcym człowiekiem. Tyle że był ojcem mojej córki, więc pozwoliłam mu pokryć połowę kosztów wesela. Chciał całość, ale się nie zgodziłam. Jeszcze mi będzie mówił, co ma być na stole, bo przecież on płaci. Może i minęło trzydzieści lat, ale ja pamięć mam dobrą. Kontaktowaliśmy się za pośrednictwem Magdy, więc twarzą w twarz spotkaliśmy się dopiero na ślubie.

– Pięknie wyglądasz – powiedział. – Zupełnie się nie zmieniłaś.

– Też się nie zmieniłeś. Jak zawsze nie wiesz, kiedy nie kłamać – odwzajemniłam się, a jemu oczy mu błysnęły.

– A jednak. Język ci nie stępiał.

Poczułam lekkie pchnięcie w bok. To Iwona domagała się przedstawienia. Poznałam ich ze sobą i przeprosiłam. Miałam obowiązki.

Ślub był wzruszający. Patrzyłam na moją córeczkę, która, wpatrzona w swojego ukochanego jak w ósmy cud świata, składała mu przysięgę. Czułam jej miłość do tego młodego mężczyzny. Potem mój wzrok przesunął się na stojącego z boku Mateusza. Był wzruszony, dyskretnie dłonią otarł łzę z oka. Jakby przyciągnięty moim spojrzeniem, spojrzał na mnie. I uśmiechnął się ze smutkiem. „A smuć się i żałuj – pomyślałam. – Zobacz, co straciłeś przez te lata. Czy radości twojego szalonego życia ci to wszystko wynagrodziły? Wątpię”.

Tak kiedyś myślałam. Ale teraz nie byłam tego pewna. Przeżywszy ponad pięćdziesiąt lat, wiedziałam już, że ludzie są różni. Mają nie tylko odmienne marzenia, ale i temperamenty. Dlatego kura domowa nigdy nie powinna wiązać się z wędrownym sokołem. Moja decyzja o rozstaniu była jedynie słuszna. A mimo to bolało. Przez długi czas.

Wzięłam pod ramię stojącego obok mnie męża. Jego miłość była balsamem, który uleczył moje poranione serce. Michał był moim przyjacielem. Trwał przy mnie, gdy cierpiałam po rozstaniu z mężem. Był przy mnie, gdy rodziłam Magdę. Był dla niej ojcem, jeszcze zanim zgodziłam się za niego wyjść. Dał mi to, o czym zawsze marzyłam – spokojny dom i stabilne życie w jednym miejscu.

– Piękna para – powiedział cicho, patrząc na Magdę i Roberta. – Kochają się. Oby nigdy się to nie zmieniło.

– To już nie zależy od nas – odparłam.

Michał skinął głową. Popatrzyłam na niego ze smutkiem i ścisnęłam mu ramię pocieszająco. Jego usta lekko drgnęły, ale nie spojrzał na mnie. Wiem jednak, że zrozumiał.

Kochałam go jak przyjaciela…

Po ślubie było wesele. Niezbyt wielkie, na siedemdziesiąt osób. Rodzina i najbliżsi przyjaciele. Udało mi się załatwić salę w pałacyku w Parku Zdrojowym. Piękny wystrój, lustra, kwiaty, sztukaterie. Wszystko świeżo po remoncie. Magda była zachwycona. I o to właśnie chodziło. Żeby zapamiętała wesele na zawsze. To w końcu najlepszy dzień w jej życiu. Potem często jest tylko gorzej. Wiedziałam to nie tylko z własnego doświadczenia.

Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Obiecałam sobie nie myśleć negatywnie. To do niczego nie prowadziło, a tylko zwiększało stres. Goście hałaśliwie siadali przy stołach, z boku rozgrzewał się zespół i wodzirej. Szykowała się dobra zabawa. Pomyślałam, że chyba wykonałam dobrą robotę jako organizatorka wesela. Mogę odpocząć.

Wtedy zaczepiła mnie teściowa.

– Patrzyłam na Michała podczas ślubu. A jednak było mu przykro, że nie prowadzi córki do ołtarza – powiedziała z pretensją.

Westchnęłam w duchu.

– Powtarzam mamie jeszcze raz. To był pomysł Michała, żeby Magdę poprowadził jej biologiczny ojciec. Przecież sam mamie tłumaczył.

– A kto by mu tam wierzył – machnęła ręką. – Nie chciał robić wam przykrości. To taki dobry człowiek. Ale to trzeba wiedzieć – popatrzyła na mnie oskarżycielsko – a przede wszystkim, trzeba go kochać. Nie miał mój synek szczęścia w życiu, oj, nie miał – zamamrotała pod nosem i odeszła, opierając swoje schorowane osiemdziesięcioletnie ciało na lasce.

Ona w jakiś sposób to wiedziała, choć starałam się być dobrą żoną i Michał nigdy nie narzekał. Ale czy wiedział, że nie udało mi się go pokochać tak, jak żona powinna kochać męża? Lubiłam go i szanowałam, ufałam mu. Kochałam go jak przyjaciela. Ale nigdy jego widok nie wywoływał we mnie szybszego bicia serca, a dotyk nie budził pożądania. Nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy.

I znów mój wzrok pobiegł do Mateusza. Choć minęło tyle lat, nie byliśmy już młodzi, chemia pozostała. Widziałam to w jego spojrzeniu i czułam w sobie. Głupie hormony – wściekłam się na siebie. Że też nie można wziąć ich w karby i nauczyć, by robiły to, co chce mózg. To przez nie jest tyle nieszczęść i zdrad.

Usiadłam na swoim miejscu za stołem niedaleko państwa młodych i wypiłam kieliszek wódki. Potem następny. Żeby się rozluźnić. Potem tańczyłam – z mężem, zięciem. Gadałam, śmiałam się, bawiłam. W końcu było to wesele mojej jedynej córki.

Koło dziesiątej opadłam na krzesło obok męża.

– Ładnie razem wyglądają – rzucił.

Pobiegłam spojrzeniem za jego wzrokiem. Patrzył na Magdę tańczącą z Mateuszem.

– Są do siebie podobni. Lubią się. To dobrze. Gadałem z nim.

– I co? – spytałam nieuważnie, masując obolałe stopy.

– Fajny facet. Wiesz, że wrócił do kraju na stałe? Spytał, czy pomogę mu znaleźć dom pod miastem. W jakiejś spokojnej okolicy.

– Spokojnej? – prychnęłam drwiąco.

Co jak co, ale słowo „spokój” do Mateusza nie pasowało.

Mimo upływu lat wciąż byłam zła

Michał spojrzał na mnie.

– Ludzie się zmieniają. Czasem życie ich do tego zmusza. Ale cieszę się, że będzie na miejscu. Magda powinna mieć ojca.

– Ma ciebie. Lepszego ojca nie mogłaby sobie wymarzyć, i wie o tym. Chyba czujesz jej miłość.

Uśmiechnął się.

– Tak. Obie mnie uszczęśliwiłyście. Naprawdę, Agatko. Niczego więcej  nie potrzebowałem. Mam nadzieję, że o tym nigdy nie zapomnę.

Na chwilę jakby czas się zatrzymał. Patrzyliśmy na siebie i czułam, jak wszystko się we mnie skręca. Z żalu, z gniewu na głupi los. To było takie niesprawiedliwe… Ktoś dotknął mojego ramienia i czas znów ruszył.

– Czy mogę poprosić do tańca twoją żonę? – Mateusz patrzył na Michała. Ten skinął głową.

Mój były spojrzał na mnie.

– Zatańczysz ze starym grzesznikiem?

– Szukasz odkupienia? – spytałam.

– Nieustająco. Proszę.

– Idź – powiedział Michał. – To wesele waszej córki. Rodzice muszą zatańczyć razem.

Więc poszliśmy na parkiet. W ramionach Mateusza jak zawsze tańczyło mi się cudownie. Może nie był utalentowanym tancerzem jak i ja, ale jakoś podobnie czuliśmy rytm. Nasze ciała same wchodziły w harmonię ruchu. Milczeliśmy, ale miałam wrażenie, że słowa wisiały w powietrzu. Słowa, których on nie wypowiadał, i które ja wciskałam z powrotem, by się, broń Boże, nie wydostały na zewnątrz. Byłam ciekawa jego życia, czy kiedyś miał drugą żonę, dzieci, dlaczego wrócił sam.

Ale kiedy Magda chciała mi o nim opowiedzieć (zawsze utrzymywali ze sobą kontakt, a nawet spędzali ze sobą niektóre wakacje), mówiłam, że mnie to nie interesuje, że ten człowiek dla mnie nie istnieje. Mimo upływu lat, wciąż byłam na niego zła.

Skończyliśmy taniec. Pochylił się i pocałował moją dłoń.

– Wspaniale wychowałaś Magdę, dziękuję ci – powiedział.

Znów chciałam odpowiedzieć uszczypliwie, ale w jego oczach ujrzałam jakąś bezbronność; kiwnęłam głową.

– To nie było trudne. Zawsze się dobrze dogadywałyśmy.

– Mamo! – usłyszałam wołanie córki. – Chodź, proszę!

Magda potrzebowała rady i pomocy, więc poszłyśmy do garderoby. Potem były inne zajęcia, rozmowy. Dopiero po północy zorientowałam się, że nigdzie nie ma Michała. Zadzwoniłam do niego na komórkę, lecz okazało się, że zostawił ją na stole. Przeszukałam wszystkie dostępne pomieszczenia z kuchnią włącznie, ogród. W końcu stanęłam bezradnie w holu, nie wiedząc, co robić. Podszedł do mnie Mateusz i spytał, w czym kłopot. Odparłam, że nie mogę znaleźć Michała.

– Hm, z godzinę temu widziałem, jak wsiadł do samochodu. Dlaczego masz taką przestraszoną minę?

– Musimy go znaleźć, ale nie ma przy sobie telefonu. A jak się coś stanie?

Zaczęłam panikować.

– Agata, spokojnie – Mateusz położył mi rękę na ramieniu. – O ile wiem, nie pił. Co mu się może stać? Jest dorosły. Może chciał się przewietrzyć, albo pojechał do domu po coś.

Tylko dzięki niemu się wtedy nie załamałam

To była tajemnica. Przed córką, rodziną, znajomymi. Nie chcieliśmy współczucia, dziwnych spojrzeń. Innego traktowania. Magdzie zamierzaliśmy powiedzieć, jak wróci z podróży poślubnej, by nic nie mąciło jej szczęścia. Ale po prostu musiałam w tym momencie to komuś powiedzieć, bo strach zżerał mi wnętrzności.

– Michał ma alzheimera – powiedziałam cicho. – Początkowe stadium, ale już ma kłopoty z pamięcią. Czasami… zawiesza się. Tylko że jeszcze nigdy nie zniknął bez słowa. Wiedział, że w tej sytuacji niepokoiłabym się, rozumiesz? A jeśli to kolejny etap? I całkiem już siebie traci? – otarłam łzy z twarzy. – Nikt o tym jeszcze nie wie. Nie chcę, by Magda się dowiedziała… Nie dzisiaj.

Wesele się rozkręcało. Widziałam tańczącą na parkiecie córkę w towarzystwie przyjaciół. Była taka szczęśliwa.

– Chodź – powiedział Mateusz. – Znajdziemy go. Obiecuję.

Nocą miasto było prawie puste. Mateusz wezwał taksówkę, oboje przecież piliśmy. Najpierw pojechaliśmy do domu, była spora szansa, że tam wrócił. Niestety, auta przed domem nie było, w środku też pusto. Wtedy Mateusz pogadał z kierowcą i ten poprzez centralę rozpuścił wici wśród taksówkarzy, którzy mieli rozglądać się za białą toyotą yaris. Podał numery. I pojechaliśmy do komisariatu policji. Kiedy czekaliśmy na przyjęcie zgłoszenia o zaginięciu, spytałam:

– Podobno wróciłeś na stałe. Już cię nie goni po świecie?

Milczał przez chwilę, jakby układał w głowie odpowiedź.

– Myślę, że chyba wreszcie dorosłem – odparł powoli. – Przygoda zaczęła mnie nudzić. A może po prostu się starzeję i szybciej męczę? Nie wiem. Wiem, że pewnego dnia obudziłem się, i poczułem, że chcę wrócić do domu. Że chcę mieć swoje znane miejsca, do których będę mógł zaglądać codziennie. Ludzi, z którymi lubię przebywać i z którymi nie muszę się żegnać na zawsze po kilku tygodniach czy miesiącach. Świat jest wielki i ciekawy, ale… nie dał mi tego, czego naprawdę potrzebowałem. Spokoju duszy.

– Skąd wiesz, że zamieszkanie w jednym miejscu ci to zapewni?

– Magda. Kocham moją córkę i czułem się właśnie jak w domu, gdy była ze mną podczas wakacji. A gdy wracała do domu, tęskniłem za nią – milczał przez chwilę. – Nie można mieć wszystkiego, jak się okazało. Spełniałem marzenia kosztem potrzeb – popatrzył na mnie. – Potrzebowałem ciebie, rodziny, ale byłem młody i tego nie rozumiałem. Kiedy cię straciłem, myślałem, że wkrótce spotkam kogoś innego, kogo pokocham. Ale tak się nie stało. Szkoda, że między nami potoczyło się tak, jak się potoczyło.

– Niepotrzebnie. To by się nie udało – oklepałam go po dłoni. – Już dawno zrozumiałam, że oboje byśmy się unieszczęśliwili. Ja nie mogłam towarzyszyć ci w twoim życiu, ciebie moje by zabiło. Skończyłbyś jako roztyty alkoholik na kanapie z pilotem w ręku, wściekły i rozżalony na cały świat. Nienawidzący mnie, córki i swojego wielkiego kałduna.

– Kusząca wizja – roześmiał się.

Zgłosiliśmy zaginięcie mojego męża. Koło trzeciej nad ranem jeden z taksówkarzy zadzwonił na komórkę Mateusza, że zauważył samochód tuż przy wyjeździe z miasta. Pojechaliśmy tam natychmiast. Auto było puste, drzwiczki otwarte, kluczyki w stacyjce. Chodziliśmy wokoło, wołając Michała. Gdyby nie Mateusz, wpadłabym w panikę i załamała się. Koło czwartej dostaliśmy kolejny telefon. Tym razem z policji.

Michał miał wypadek i był w szpitalu.

– Według świadków czekających na przystanku na pierwszy autobus, wyszedł z bocznej uliczki na środek ulicy i stanął, jakby nie wiedział, gdzie jest – opowiadał nam policjant. – Zaczęli wołać, żeby zszedł, ale nie reagował. I wtedy zza zakrętu wyjechała mleczarka. Podobno pani mąż spojrzał na nią, ale się nie ruszył. Kierowca zaczął hamować, lecz nie do końca się udało.

Nic nie idzie tak, jak człowiek zaplanuje

Mój mąż miał połamane żebra, wstrząśnienie mózgu i pewne obrażenia wewnętrzne, ale niezagrażające życiu. Kiedy wywieźli go z sali operacyjnej, usiadłam przy jego łóżku. Trzymałam go za rękę. Oczy piekły mnie od łez. Mateusz siedział w kącie sali. Wkrótce miała przyjechać Magda. Musiałam ją zawiadomić, bo by mi nie darowała do końca życia, że potraktowałam ją jak dziecko, które ma się bawić i nie martwić.

– Powiesz jej o alzheimerze? – spytał Mateusz.

– Będę musiała. Co innego nie powiedzieć, a co innego skłamać. O Boże, nic nie idzie tak, jak człowiek zaplanuje – westchnęłam.

Gdy już nie można było zostawić Michała samego, zajmował się nim Mateusz

Michał odzyskał przytomność kilka godzin później. Powiedział, że nie pamięta, żeby wsiadał do samochodu. Siedział przy stole i patrzył na tańczącą córkę. W następnej chwili jechała na niego wielka ciężarówka. Nawet nie zdążył się przestraszyć.

Jeszcze zanim  wyszedł ze szpitala, miał kolejne dwa epizody utraty świadomości. Nigdzie nie uciekał, lecz siedział w stuporze, nie reagując na otoczenie. Wiedzieliśmy już, że nie ma powrotu do dawnego życia. Choroba mojego męża postępowała coraz szybciej. A kiedy już nie można było zostawiać Michała samego w domu, a ja musiałam pracować, Mateusz przychodził i się nim opiekował. Bez niego bym sobie nie poradziła. Pod każdym względem. Także psychicznym.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przestałam go kochać. Być może moja miłość po rozwodzie weszła w stan hibernacji, jakby czekała na czas, kiedy oboje już dojrzejemy do związku, który nas nie zniszczy. Aż ja zrozumiem, że nie można takiego mężczyzny jak Mateusz trzymać w klatce miłości – bo klatka jest zawsze klatką. A on pojmie, że kobieta taka jak ja potrzebuje obecności męża w domu.

W tym całym nieszczęściu los okazał się łaskawy. Trzy lata później Michał zmarł na wylew. Jego matka do swojej śmierci rok później wypominała mi, że czekałam na śmierć jej syna, by móc wrócić do swojej pierwszej miłości. Może jest w tym trochę prawdy, choć nigdy świadomie tak nie pomyślałam. Ale najważniejsze, że Michał tego nie odczuł. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->