„Dziwiło mnie, że narzeczona nawet w ciąży pierze mi gacie i chodzi po zakupy. To teściowa wmówiła jej, że taka rola kobiety”

„– Nic ci nie jest! Urodziłam pięcioro dzieci i do dziewiątego miesiąca wszystko robiłam w domu! – w tonie teściowej słychać było irytację i naganę. – No już, Darek wraca za półtorej godziny, a ty w betach! Idź obrać ziemniaki”.

Pamiętam, jak strasznie denerwowałem się przed pierwszą wizytą Aldony u mnie. Obiecałem, że ugotuję dla niej kolację, i bardzo zależało mi na tym, by jej zaimponować. Niestety, jeśli ktoś w życiu gotował jedynie ryż, i to zawsze do rozgotowania, no i może jeszcze zupę z mrożonki, to raczej w parę godzin nie zostanie zawodowym kucharzem.

– Wspaniały ten pstrąg – powiedziała wtedy Aldona, a nie mogłem już dłużej udawać, że sam go przyrządziłem.

– Ten, którego kupiłem, zrobił się strasznie suchy – przyznałem. – Ferdek go zjadł. A to zamówiłem z restauracji. Przykro mi, ale kompletnie nie umiem gotować…

– Za to wybrałeś doskonałe wino – roześmiała się, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że wtedy po jej twarzy przebiegł cień.

Kiedy zaczęliśmy się spotykać na poważnie, to zawsze Aldona stała przy garnkach. Oczywiście próbowałem jej pomagać, ale poza krojeniem cebuli nie bardzo nadawałem się do asystowania w kuchni. Nie wyglądało jednak na to, żeby potrzebowała mojej pomocy – gotować mogłaby z jedną ręką zawiązaną za plecami i do tego z zamkniętymi oczami!

Kiedy zamieszkaliśmy razem, jedyne, co robiłem w kuchni, to tosty na śniadanie, które zresztą i tak najczęściej przypalałem. Aldona wychodziła do pracy później, więc zostawała ze swoim poczerniałym tostem i tak naprawdę nie wiem, czy zjadała moje śniadaniowe wytwory czy je wyrzucała albo dawała mojemu psu. Kiedy wracałem z pracy – też przed nią – miska Ferdynanda oczywiście była zawsze pusta, podobnie jak kosz na śmieci. Ogólnie cały dom zawsze był wysprzątany, Aldona twierdziła, że nie jest w stanie, wyjść zostawiając za sobą bałagan.

Źle się czuła, wciąż miała mdłości

Nie rozmawialiśmy o ślubie, ale któregoś dnia, kiedy wróciłem do domu, pachniało w nim stekami i ciastem. Zapytałem, co to za okazja, że tak dobrze dzisiaj jemy, a ona odpowiedziała, że ma dla mnie wiadomość. Miałem zostać tatą. Byliśmy z sobą wtedy raptem od ośmiu miesięcy, ale nie wahałem się ani chwili.

– Wyjdziesz za mnie, prawda? – zapytałem szybko.

Widziałem, że była poruszona. Aż się rozpłakała, kiedy mówiła „tak”. Przy tych stekach, a potem przy szarlotce przekonywała mnie, że nie warto wydawać pieniędzy na pierścionek zaręczynowy ani na wystawny ślub, bo przecież będziemy mieli mnóstwo wydatków związanych z dzieckiem.

– Ale ślub będziemy mieli ładny – zapewniłem ją. – Może nie na dwie setki gości, ale dla najbliższej rodziny.

Aldona zgadzała się na wszystko. Później dotarło do mnie, że była szczęśliwa, bo w ogóle chciałem się z nią ożenić. Nalegała na jak najszybszy ślub. Wtedy myślałem, że chce wyglądać jeszcze szczupło na zdjęciach, ale potem dotarło do mnie, że bała się, iż się rozmyślę.

Nasi rodzice byli wniebowzięci!

Moi usiłowali namówić nas na wielkie wesele, bo – jak szczerze powiedzieli – nie wierzyli, że kiedykolwiek się ożenię. Z rodzicami Aldony miałem słaby kontakt, poznałem jedynie jej mamę i zrobiła na mnie wrażenie cichej, skromnej kobiety. Ojciec pracował w stoczni i miałem spotkać go dopiero tuż przed ślubem. Udało nam się ustalić dość szybki termin. Moja narzeczona miała być wprawdzie w szóstym miesiącu ciąży, ale i tak cieszyliśmy się, że zalegalizujemy nasz związek, zanim dzidziuś przyjdzie na świat.

Niestety, na początku drugiego trymestru moja ukochana poczuła się gorzej. Z dzieckiem wszystko było w porządku, ale zaczęła mieć zawroty głowy, robiło jej się słabo, wciąż dręczyły ją nudności. Martwiłem się o nią, ale nasza ginekolożka twierdziła, że wszystkie te objawy są naturalne.

– Każda kobieta jest inna – wytłumaczyła nam. – Są panie, które mają mdłości przez całą ciążę, a są też takie, które wcale ich nie mają. Najważniejsze to słuchać swojego ciała. Jeśli czuje się pani senna albo zmęczona, proszę się położyć. Nie robić nic na siłę, dbać o swój komfort, odżywiać się zdrowo.

Ponieważ Aldona wyglądała niezbyt zdrowo, zaproponowałem, żebyśmy przenieśli datę ślubu.

– To duży wysiłek i stres – wytłumaczyłem jej. – Jeśli już teraz źle się czujesz, to co będzie za trzy miesiące? Nie chcę, żebyś mi zemdlała w trakcie przysięgi małżeńskiej – zażartowałem.

Ale Aldona nie chciała słyszeć o odroczeniu ślubu. Chociaż ledwie trzymała się na nogach, a obok naszego łóżka na stałe zagościła miska na ewentualne nudności, upierała się, że „nic jej nie jest”. To „nic mi nie jest” słyszałem zresztą nieustannie. Na przykład kiedy zwlekała się rano z łóżka – chociaż miała zwolnienie lekarskie i nie musiała do pracy – żeby zrobić mi kanapki do pracy.

– Kochanie, wracaj spać! – prawie na nią krzyczałem. – Kupię sobie drożdżówkę po drodze.

– Nie, nie, nic mi nie jest – powtarzała słabym głosem i kroiła chleb.

Nie rozumiałem też, jakim cudem w domu nadal panuje idealny porządek, skoro moja narzeczona musiała trzymać się ścian, żeby dojść do łazienki. Doskonale pamiętałem, że nie zdążyłem rano przemyć umywalki ani lustra w łazience upstrzonych kropkami pasty do zębów, ale kiedy wracałem, wszystko lśniło.

– Jak się czujesz? Co dzisiaj robiłaś przez cały dzień? – pytałem z troską i wtedy w jej oczach pojawiało się coś, czego nie umiałem zinterpretować.

– Wszystko dobrze, czułam się świetnie, zrobiłam ci kotlety mielone z ziemniaczkami – odpowiadała z uśmiechem, który wydawał mi się wymuszony. – I kupiłam kawałek sernika. Przepraszam, że nie upiekłam, ale nie miałam siły…

Usiłowałem ją przekonać, że nie interesuje mnie sernik, tylko to, żeby dobrze się czuła, ale i tak codziennie czekał na mnie dwudaniowy obiad z deserem. Trzy tygodnie przed planowanym ślubem, dostałem telefon z nieznanego numeru. Dzwoniła pielęgniarka z pogotowia. Aldona zemdlała w kolejce w sklepie i leżała w szpitalu.

Pojechałem tam w panice

– Po co wychodziłaś z domu? – strofowałem ją. – Lekarka kazała ci odpoczywać!

– Jajka się skończyły, a mówiłeś, że chcesz rano sadzone… I mleko do kawy… – odpowiedziała, jakby przestraszona tym, że ją strofuję.

Nie miałem szansy skomentować tej głupoty, bo do sali weszła moja teściowa. Nawet się ucieszyłem, kiedy powiedziała, że z nami zostanie przez jakiś czas i będzie miała oko na Aldonę. Odetchnąłem z ulgą, że narzeczonej wreszcie ktoś każe leżeć w łóżku, zamiast latać za głupim mlekiem.

Mieszkanie z przyszłą teściową okazało się bezproblemowe. Pani Halina była wobec mnie ciepła, uprzejma, podsuwała mi najlepsze kąski i prasowała moje koszule, aż czułem się skrępowany. Za to Aldona czuła się coraz gorzej, strasznie puchły jej nogi, bolał ją kręgosłup, ogólnie kiepsko znosiła swój odmienny stan. Nie chciała jednak słyszeć o przesunięciu daty ślubu. Któregoś dnia wróciłem do domu wcześniej. Jeszcze nim doszedłem do drzwi, usłyszałem podniesiony głos teściowej dochodzący przez otwarte okno. I… zamarłem.

– Nic ci nie jest! Urodziłam pięcioro dzieci i do dziewiątego miesiąca wszystko robiłam w domu! – w tonie teściowej słychać było irytację i naganę. – No już, Darek wraca za półtorej godziny, a ty w betach! Idź obrać ziemniaki, ja skoczę po piwo dla niego. Mężczyzna musi mieć piwo do golonki!

Na moment nastąpiła przerwa, Aldona coś mówiła, ale za cicho, bym dosłyszał co. Zaraz się to jednak wyjaśniło, bo teściowa już wrzeszczała na całego.

– To się weź w garść, jak chcesz wyjść za mąż! On już kombinuje, żeby odwołać
ślub, sama słyszałam! I nie dziwię się chłopakowi, jak mu taka księżniczka zakichana wyleguje się w łóżku, zamiast się zająć domem! I umyj włosy, jak ty wyglądasz? I te cienie pod oczami zamaluj! Żaden mężczyzna nie lubi rozmemłanego flejtucha w domu. Jak będziesz z siebie robić taką ofiarę losu, to zobaczysz, Darek w końcu ten ślub odwoła! – straszyła. – Już się waha, to widać! I zostaniesz sama z dzieciakiem, jak Tamara. Tego chcesz dla swojego dziecka? No?!

Byłem w szoku! Kochałem Aldonę i strasznie martwiłem się jej kiepskim samopoczuciem, miałem w nosie domowe obiadki, serniki, szarlotki i codziennie umyte lustro! Nie żeniłem się, żeby mieć gosposię i sprzątaczkę, tylko żeby założyć rodzinę z kobietą, która była dla mnie najważniejsza na świecie! Jak jej matka mogła zrobić ze mnie takiego potwora w jej oczach?!

Jak może tak na nią krzyczeć?

Chciałem tam wbiec i wszystko wyjaśnić, ale nie zdążyłem, bo moja przyszła teściowa pojawiła się w drzwiach, a kiedy mnie dostrzegła, zbiegła ze schodków z czarującym uśmiechem.

– Och, Dareczku, a co ty tak wcześnie dzisiaj? – zaszczebiotała i nie mogłem uwierzyć, że przed chwilą wyzywała swoją ciężarną córkę od rozmemłanych flejtuchów. – Kochany, dzisiaj będzie goloneczka, ja właśnie lecę po piwko dla ciebie. Ty lubisz jasne pełne, tak? To idź sobie odpocznij, może coś w telewizji obejrzyj, bo ziemniaczki jeszcze nie gotowe. Ale najdalej za godzinę będzie obiad! A wieczorem coś z Aldonką upieczemy. Co być chciał? Mogą być rogaliki? To sobie do pracy jutro byś wziął, co?

Miałem ochotę złapać ją za ramiona i nią potrząsnąć, żeby się uspokoiła z tym nadskakiwaniem mi. I wrzasnąć, żeby więcej nie ważyła się stresować mi narzeczonej. Ale jej słowotok płynął nieprzerwanie, aż nagle skończyła, poklepała mnie po ramieniu i szybkim krokiem poszła do furtki.

Wpadłem do domu jak burza.

– Aldona! Kochanie?

Zastałem ją, jak schyla się wpół nad koszem na śmieci. W ręce trzymała obieraczkę do ziemniaków.

– Oj, Darek… – jęknęła na mój widok. W oczach znów miała to coś. Dopiero teraz zrozumiałem, że to jest lęk. – Obieram właśnie ziemniaki, ale…

Musiała przerwać, bo wstrząsnęły nią torsje. Prawie zaniosłem ją do łazienki. Posadziłem na klapie od sedesu, przetarłem jej twarz mokrym ręcznikiem. Oczywiście lustro i umywalka były idealnie czyste, co zauważyłem ze złością.

– Kochanie… – zacząłem, klękając przed nią. – Słyszałem, co mówiła przed chwilą twoja mama. Ty naprawdę wierzysz w te bzdury? Że ja chcę odwołać ślub, bo się waham?!
Aldona patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, w których zbierały się łzy, i zrozumiałem, że tak – ona właśnie tego się bała.

Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni

Ściągnąłem jej skarpetki i zacząłem delikatnie masować opuchnięte stopy. A przy tym nie przestawałem mówić:

– To dlatego jesteś taką idealną panią domu? Dlatego codziennie sprzątasz i gotujesz? Żebym się nie rozmyślił? Myślisz, że chcę się z tobą ożenić, żeby mieć czyste lustro w łazience i cholerny sernik co drugi dzień?! Dziewczyno, ja cię kocham! Rozumiesz to? Nie musisz nic robić, żebym marzył o spędzeniu życia z tobą! Nie wyobrażam sobie, żebym miał nie być przy tobie do końca życia! I chcę, żebyś była szczęśliwa, zdrowa, w dobrym humorze… Naprawdę chrzanię kanapki co rano i golonkę!

Aldona nic nie mówiła, ale po jej twarzy płynęły łzy wielkie jak grochy. A potem opowiedziała mi, jak została wychowana. Była najstarszą córką swoich rodziców. Przez całe dzieciństwo i młodość obserwowała więc, jak matka skakała wokół ojca, który wracał ze stoczni i musiał mieć obiad podany w trzy minuty, po obiedzie ciasto, a do tego zimne piwo. W domu żądał idealnego porządku, wyzywał żonę od flejtuchów, kiedy szyby albo lustra były brudne. Nie bił jej, ale kiedy Aldona zacytowała mi jego niektóre ordynarne wypowiedzi do niej, włos mi się zjeżył na głowie.

– Miałam czworo rodzeństwa – opowiadała mi narzeczona. – Mama potrafiła w dziewiątym miesiącu ciąży na kolanach myć podłogi, żeby ojciec się nie wściekł, że w domu chlew. Ja z siostrą miałyśmy na głowie pranie, sprzątanie, mycie naczyń, właściwie cały dom, bo mama pracowała do tego wszystkiego na poczcie. Ojciec i bracia w domu nigdy nawet palcem nie kiwnęli. Mama powtarzała nam, dziewczynkom, że mężczyzna musi mieć codziennie obiad i musi chcieć wracać do domu, bo inaczej znajdzie sobie nową kobietę. I siostrze tak się przytrafiło, chociaż moim zdaniem jej facet był po prostu ostatnim dupkiem i gnojkiem. Ale mama do dzisiaj uważa, że odszedł od Tamary i zostawił ją z dzieckiem, bo za mało o niego dbała…

Nie chcę, by za mnie pracowała

Powiedziałem wtedy Aldonie, że odwołuję ślub. Nie chciałem, żeby szła do ołtarza na siłę, ze strachu, że jak szybko mnie nie „zaobrączkuje”, to ją zostawię.

– Weźmiemy ślub, jak będziesz w dobrej formie, okej? Może za rok, może za dwa. Ale przysięgam ci uroczyście, że nigdzie się nie wybieram!

Okazało się potem, że to odrobinę bardziej skomplikowane, bo przyszła pandemia i ślubu nie wzięliśmy wcale. Dzisiaj nasza Ewunia ma prawie dwa latka, a my nadal jesteśmy „tylko” narzeczeństwem. Ale za to moja narzeczona ma piękny pierścionek z diamentem, przepisałem też na nią połowę domu.

Dbam o to, żeby obowiązki w domu były równo podzielone. Ona wciąż gotuje, ale ja sprzątam. A jeśli nie zdążę albo mi się nie chce, Aldona ma zakaz robienia tego za mnie. Tak ustaliliśmy: ona ma być moją partnerką, a nie służącą, nawet jeśli moja przyszła teściowa tego nie rozumie!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->