„Rzuciłem ciężarną narzeczoną kilka dni przed ślubem. To był początek nieszczęść, których nigdy sobie nie wybaczę”

„Do rodziny i Agaty wysłałem tylko krótkie wiadomości. Napisałem w nich, że ich przepraszam, ale to wszystko – ślub, dziecko – mnie przerosło. Narzeczonej życzyłem powodzenia. W swojej naiwności wierzyłem, że nie skrzywdziłem jej tak bardzo… Jak bardzo się myliłem”.

Nie miałem nigdy problemu z kobietami. Od najmłodszych lat dziewczyny za mną latały. Czemu zawdzięczałem to szczęście? Nie wiem. Czy chodziło o moje ciemnobrązowe, oczy, czy też o sylwetkę, którą rzeźbiłem dwa razy w tygodniu w naszej lokalnej siłowni? A może raczej chodziło o to, że zawsze byłem uprzejmy i nawet jeśli kobieta nie była w moim typie, poświęcałem jej kilka minut rozmowy, podczas której czuła się jak najważniejsza osoba na świecie? Jednego mogłem być pewien.

Wabikiem nie był mój pełny portfel

Pieniądze nigdy się mnie nie trzymały. Z trudem skończyłem technikum samochodowe. Po nim zaczepiłem się do pracy w warsztacie u wuja. Choć okazji do zarobku było wiele, zadowalałem się minimum. Pracowałem do 14-15, a później wychodziłem.

– Żyje się tylko raz – powtarzałem, kiedy ktoś zwracał mi uwagę, że gdybym bardziej się postarał, to przed 30-stką mógłbym dorobić się własnego mieszkania i odłożyć nieco pieniędzy. Mnie było dobrze tak, jak było. Mieszkałem nadal u rodziców i to tam, do swojego kawalerskiego pokoiku, przyprowadzałem coraz to nowe dziewczyny.

Ale Agata nie była jedną z nich. Poznaliśmy się, kiedy przywiozła do warsztatu swoje niewielkie auto.

– Coś mi piszczy tam na dole – powiedziała rozbrajająco.

Zwykle tego typu teksty mnie irytowały. Uważałem, że każdy kierowca powinien mieć podstawowe pojęcie o samochodzie, którym jeździ. Ale Agata miała tak intensywnie zielone oczy, tak rozbrajające dołeczki w policzkach i tak dziewczęco wyglądała ze spiętymi w wysoki kucyk rudymi włosami, że nawet przez chwilę nie zamierzałem się na nią gniewać. Obejrzałem fachowym okiem samochód, szybko zawyrokowałem, że lekko piszczą hamulce, ale trzeba je tylko wyregulować i wszystko będzie jak nowe.

– Czy dużo to będzie kosztowało? – zafrasowała się Agata. – Bo wie pan, ja dopiero za tydzień dostanę pensję… Mama ciężko choruje, prawie wszystko wydaję na leki… Przepraszam, że o tym wspomniałam, co to pana obchodzi… – zmiarkowała się szybko, lekko się rumieniąc.

I tu mnie miała.

Byłem wrażliwy na urok takich niewinnych dziewczynek

– To drobna naprawa – tylko trochę skłamałem. – Pójdzie pani ze mną na dobrą kawę i jesteśmy kwita.

– Ale na pewno tylko kawa? – upewniła się Agata, znowu się czerwieniąc. – Bo ja, wie pan… Ja nie jestem łatwa!

– Może być nawet sok pomidorowy – parsknąłem śmiechem, teraz już nie mogąc się powstrzymać, bo rzadko zdarzało mi się widzieć dorosłe kobiety, które zachowywały się jak piętnastolatki.

I tak to się między mną a Agatą zaczęło. Po pierwszej kawie przyszły kolejne. Spotykaliśmy się również w parkach, chodziliśmy na spacery nad rzekę, zwiedzaliśmy romantyczne zakamarki naszego miasta. Po 2 tygodniach byłem zakochany po uszy. Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie przydarzyło. Agata ujęła mnie swoją naturalnością, szczerością i prostotą. Rzeczywiście nie była łatwa. Pierwszy raz pocałowaliśmy się po kilku tygodniach. O czymś więcej nie mogło być na razie mowy.

– Nie pakuję się w przypadkowe związki – mówiła moja piękna dziewczyna. – Muszę być pewna, że to coś naprawdę poważnego.

Szanowałem jej zdanie, chociaż czasami wprost szalałem z pożądania. Byłem jednak pewien, że znalazłem kobietę swojego życia. Nasz pierwszy raz był bardzo romantyczny. Zaprosiłem Agatę na weekendowy wyjazd na Mazury. Tam poprosiłem ją o rękę.

– Nigdy tak nie kochałem – przyznałem, nie wspominając jej, że w miasteczku mam opinię casanovy. – Jesteś wyjątkowa. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie za mąż?

Agata aż podskoczyła z radości i to wystarczyło mi za wszystkie „tak”. Dziś myślę, że mogliśmy być tacy szczęśliwi. I pewnie bylibyśmy, gdybym jak ostatni głupek wszystkiego nie zepsuł…

Zaczęliśmy przygotowania do ślubu

Muszę uczciwie przyznać, że większością spraw zajmowała się Agata. To ona wybierała salę, zespół, dekoracje… Ba, nawet garnitur dla mnie wybrała, bo przez 2 tygodnie nie miałem czasu pojechać do salonu ślubnego, żeby go kupić. A przynajmniej taką wersję oficjalną wszystkim podawałem – że nie mam czasu. Prawda była tymczasem zupełnie inna.

Im bliżej był dzień ślubu, tym mocniej czułem, jak ogarnia mnie panika. Nocami budziłem się zlany zimnym potem. Już naprawdę do końca życia będę tylko z Agatą? Nie usłyszę więcej zachwytów innych kobiet? Nie przeżyję przygody? Pytania kłębiły mi się w głowie. Choć starałem się odpędzać te natarczywe myśli, one powracały, bezpowrotnie niszcząc spokój. A wkrótce miało przyjść coś, na co w ogóle nie byłem przygotowany.

Pewnego dnia Agata zadzwoniła do mnie wyjątkowo podekscytowana.

– Spotkajmy się wieczorem, kochanie. Mam ci coś do powiedzenia – mówiła do słuchawki, z trudem kryjąc radość.

– Co takiego? Znalazłaś niespotykane kwiaty? Zamówiłaś piętrowy tort weselny? – mruknąłem sarkastycznie, bo paniczny lęk przed związaniem się z jedną kobietą na całe życie w ostatnim czasie dokuczał mi wyjątkowo mocno.

– Nie, skarbie – odpowiedziała Agata. – To coś znacznie poważniejszego. Wiesz, czasami zastanawiam się, czy ty się w ogóle cieszysz z naszego ślubu.

– Cieszę się, oczywiście, że się cieszę – zapewniłem ją szybko, fałszywym entuzjazmem pokrywając zakłopotanie. – Po prostu przyjdź wieczorem do warsztatu, to porozmawiamy.

– Wolałabym zrobić to w bardziej romantycznych okolicznościach – westchnęła Agata. – Może umówmy się w parku.

Na spotkanie szedłem z ciężkim sercem. Jakbym wewnętrznie przeczuwał, że to, co ma mi do powiedzenia narzeczona, całkowicie odmieni moje życie.

Agata czekała na mnie rozpromieniona

Włosy miała spięte w kucyk, podobnie jak tego dnia, kiedy się poznaliśmy… Obiektywnie wyglądała przepięknie. Tylko że ja już tego tak nie odbierałem. Tak jakby wszystko ze mnie wyparowało. Pod skórą pulsowało mi tylko napięcie, jakbym czekał na cios. I on nadszedł.

– Kubuś – szepnęła Agata, obejmując mnie za szyję. – Będziemy mieli dziecko. Jestem w ciąży – wyszeptała mi do ucha.

– Co ty gadasz? – powoli zdjąłem jej ręce z szyi. – Jak to: dziecko? Jak to: w ciąży? Przecież się zabezpieczaliśmy!

– Oj, Kuba, co ty, życia nie znasz?! – zaśmiała się Agata. – Wpadki się zdarzają. Ale to przecież nie ma znaczenia. Za kilka tygodni zostaniemy małżeństwem. I od razu rodziną. Jestem taka szczęśliwa!

Ja nie byłem. Czułem się tak, jakby ziemia usuwała mi się spod stóp. Nie tak to sobie wyobrażałem. Owszem, przełknąłem to, że będę mężem Agaty. Sam zresztą tego chciałem. Ale nie brałem pod uwagę faktu, że od razu zostaniemy pełnoetatowymi rodzicami. Pieluszki, kupki, wstawanie w nocy… Zdecydowanie nie tak to wszystko miało wyglądać.

– Nie cieszysz się? – narzeczona spojrzała na mnie podejrzliwie. – Szczerze mówiąc, to nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje, Kuba. Odnoszę wrażenie, jakbyś wcale nie chciał tego ślubu.

– Ależ chcę, oczywiście, że chcę i cieszę się – zacząłem się pospiesznie jąkać. – Tylko to wszystko mnie zaskoczyło.

Tak bardzo, że chciałbym uciec gdzie pieprz rośnie… Dokończyłem w myślach, ale na głos już nic nie powiedziałem. Pod pretekstem tego, że muszę sobie wszystko ułożyć w głowie, skończyłem spotkanie. Ale nie poszedłem prosto do domu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy, odkąd zacząłem się spotykać z Agatą, urządziłem sobie wycieczkę do innego miasta. Tam poszedłem do klubu. Do 3 nad ranem bawiłem się w oparach alkoholu i innych używek. Jak za dawnych czasów, nie mogłem opędzić się od kobiet.

– To jest dopiero życie! – pomyślałem, wychodząc z klubu. – Jak mogę dobrowolnie się zgodzić, żeby to wszystko stało się tylko wspomnieniem?

Dziś myślę, że już tamtej nocy podjąłem decyzję. Z realizacją czekałem jednak jeszcze kilka dni. W międzyczasie załatwiałem niezbędne sprawy. Zwolniłem się z pracy. Poprosiłem jednak szefa, żeby zachował moją decyzję w tajemnicy.

– Mam trochę kłopotów – szepnąłem.

– Jakich kłopotów?

– Nic poważnego, ale muszę na pewien czas zniknąć.

– Ale na swoim weselu się pojawisz? – zapytał z niepokojem w głosie wujek.

– Oczywiście, oczywiście, że tak – kiwałem głową, ale wtedy miałem już plan.

Kilka godzin później kupowałem bilet do Londynu

Do rodziny i Agaty wysłałem tylko krótkie wiadomości. Napisałem w nich, że ich przepraszam, ale to wszystko – ślub, dziecko – mnie przerosło. Narzeczonej życzyłem powodzenia. W swojej naiwności wierzyłem, że nie skrzywdziłem jej tak bardzo… Jak bardzo się myliłem.

Ułożyłem sobie życie w Anglii. Po kilku tygodniach wyprowadziłem się z Londynu, znalazłem pracę, zamieszkałem sam. Czułem się szczęśliwy i spełniony. Nie myślałem zbyt dużo o przeszłości. Wieczorami chodziłem do klubów. Znowu podrywałem dziewczyny. Byłem gość! Po 2 latach poznałem Susan. Jej tata był Polakiem, ale ona nie mówiła już po polsku. Dorabiała jako modelka, wyglądała zjawiskowo. Kiedy wchodziłem z nią do klubu, widziałem zazdrosne spojrzenia wszystkich mężczyzn dokoła.

Zakochałem się do szaleństwa. Po raz pierwszy od dawna poczułem to, co czułem na początku przy Agacie. Motylki w brzuchu. Tęsknotę i niecierpliwość oczekiwania na każde spotkanie. Po pół roku poprosiłem Susan o rękę. Byłem wniebowzięty, kiedy powiedziała „tak”, chociaż wydawało mi się, że zrobiła to z lekkim wahaniem. Wtedy nie utrzymywałem już kontaktu z rodziną w Polsce.

Rodzice się mnie wyrzekli. Dalsza rodzina też nie chciała mnie znać po tym, co ich zdaniem zrobiłem Agacie. Nie przejmowałem się tym. Chciałem zbudować swoje życie od nowa i wierzyłem, że przeszłość można wymazać jakby ktoś przejechał po niej gumką myszką. Tym razem to ja marzyłem o dzieciach. Bardzo chciałem mieć coś, co połączy mnie z Susan na zawsze. Podświadomie chyba czułem, że narzeczona nie jest do końca przekonana do naszego związku. Dziecko trwale by go scementowało. Byłem wniebowzięty, gdy Susan oznajmiła mi, że jest w ciąży.

– Nasz syn będzie najbardziej rozpieczonym dzieckiem w całej Wielkiej Brytanii – powtarzałem.

– Skąd wiesz, że to będzie syn? – stopowała mnie Susan. – Nie ciesz się tak, nic jeszcze nie jest przesądzone.

Nie rozumiałem wtedy tej jej zachowawczej postawy. Dla mnie sprawa była oczywista. Moja narzeczona była w ciąży, będziemy mieli dziecko. Susan jednak zaczęła się dziwnie zachowywać. Budziła mnie w nocy, mówiła, że ma przeczucia, że intuicja jej mówi, że coś jest nie tak z naszym dzieckiem. Śmiałem się z tego, powtarzałem, że to zwykłe lęki ciężarnej. Raz czy dwa zawiozłem ją nawet na izbę przyjęć. Lekarze stwierdzali, że ciąża przebiega prawidłowo. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że Susan przesadza. Ale ona nie przestawała mówić tych strasznych rzeczy.

– Mam złe przeczucia – powtarzała.

Raz powiedziała coś o karmie, która wraca

Podobno usłyszała o tym we śnie. Nie wiedziałem, o co jej chodzi, ale wtedy po raz pierwszy zacząłem się naprawdę martwić. Nie o nasze dziecko, a o zdrowie psychiczne Susan. Wierzyłem, że wszystko się poprawi, kiedy wreszcie synek przyjdzie na świat. Staś – tak, to jednak był chłopiec – urodził się jako wcześniak, prawie 6 tygodni przed terminem.

Lekarze mówili, że to spowodowało u Susan traumę i było przyczyną depresji, w którą popadła po porodzie. Ale ja czułem, że to coś więcej. Już wówczas żona ciągle mówiła, że ma poczucie, że poniesiemy karę… Jaką? Tego nie wiedziało żadne z nas. Ale z tym zagrożeniem karą żyliśmy na co dzień.

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Rano wyszedłem jak zwykle do pracy. Susan została ze Stasiem. W środku dnia wyświetlił mi się nieznany numer komórkowy. Mimo to odebrałem.

– Sir, proszę przyjechać na komendę… Emergency. Your wife… your baby… – jak we mgle wyławiałem kolejne słowa.

Nie pamiętam, jak dotarłem na miejsce. Ale było już za późno. Zginęli w pożarze  Po tej tragedii nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do Polski.

Byłem wrakiem człowieka

A to jeszcze nie był koniec. Po powrocie do rodzinnej miejscowości poznałem prawdę, która sprawiła, że inaczej spojrzałem na swoje życie. Chciałem spotkać się z dawną narzeczoną, wyjaśnić, może błagać o wybaczenie? Pojechałem do domu jej rodziców. Otworzyła mi jej matka ubrana w czarną sukienkę. Wyglądała kilkanaście lat starzej, niż ją zapamiętałem.

– Agata? Agata nie żyje. Nie ma jej…

Wtedy dowiedziałem się, że 6 miesięcy wcześniej zginęła razem z naszym dzieckiem w wypadku samochodowym.

– To twoja wina – usłyszałem jeszcze na pożegnanie. – Masz na sumieniu śmierć mojej córki i waszego dziecka.

Nie było sensu zaprzeczać. To była prawda. Nagle wszystko zaczęło w mojej głowie układać się w logiczną całość. „Karma wraca” – przypomniały mi się słowa Susan. Później to, co mówiła o karze. W końcu dotarło do mnie, że miała rację. Od początku miała rację. Musiałem odpokutować swoją winę. I odpokutowałem – w najstraszliwszy z możliwych sposobów.

Od tych wydarzeń minęło 5 lat. Nadal nie stanąłem na nogi. Co noc biorę garść leków, żeby choć na chwilę zmrużyć oko. I mimo tych leków co noc śni mi się Staś. Mój syn w tych snach jest starszy, ma na sobie angielski mundurek ucznia. Patrzy długo, z wyrzutem, i powtarza:

– Karma wraca, tato. To przez ciebie.

A ja budzę się zlany potem i z przerażeniem uświadamiam sobie, że to wcale nie jest sen, a smutna rzeczywistość. Do której sam doprowadziłem…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->