Pewnego dnia wrócił do domu i od progu krzyczał: – Mam dość płaczu tych dzieci i ciebie w dresach!

Mojego męża poznałam jeszcze na studiach. To był ten jedyny – dosłownie! Mąż jest moim pierwszym i ostatnim partnerem. Jestem jednych z przedstawicieli wymierającego gatunku kobiet, które czekają na odpowiednią osobę i są jej wierne przez całe życie.

Ślub wzięliśmy na trzecim roku studiów. Byliśmy młodzi i naiwni. Nie wiem, czy nasza miłość była wyjątkowa, ale prawdopodobnie tak, bo przetrwaliśmy razem przez tyle lat. Nie byliśmy jedyną parą na Uniwersytecie, a jednak, jako jedyni wytrwaliśmy w długim związku. Dlaczego? Chyba dlatego, że zawsze się wspieraliśmy, byliśmy razem „na dobre i na złe”.

Rok później zostaliśmy rodzicami. Jednak wykładowcy poszli nam na rękę i daliśmy radę kontynuować naukę. Dzięki wytrwałości i uporowi udało nam się ukończyć studia i uzyskać dyplom. Ja i mąż wszystkie obowiązki domowe dzieliliśmy wtedy na pół.

Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego męża. Mój Paweł był ideałem, prawdziwą drugą połówką. Doskonale się dogadywaliśmy i prawie w ogóle nie kłóciliśmy. Właśnie w takiej atmosferze powinny rodzić się dzieci, dlatego 2 lata później zdecydowaliśmy się na kolejne. Na świat przyszła dziewczynka.

A czemu nie? Miałam troskliwego męża, zdrowego i wesołego syna… Więc córka była niezbędna, żebym mogła stwierdzić, że mam już wszystko.

Wydaje mi się, że byłam wtedy najszczęśliwszą kobietą na świecie. Paweł kochał mnie i pomagał, mimo pracy. Zaraz po dyżurach wracał do domu i bawił się z dziećmi, a ja miałam czas, żeby odetchnąć. Nic nie zapowiadało kłopotów, aż do czasu, gdy zauważyłam, że mąż się ode mnie oddala.

Paweł zostawał coraz dłużej w pracy. Był ciągle nerwowy i zirytowany, warczał na mnie. Kiedyś na pytanie, jak się czuje, odpowiedział, że moją sprawą powinno być gotowanie zupy, wycieranie dzieciom nosa i zadowalanie go w nocy.

Po takiej odpowiedzi straciłam ochotę na zabawy w sypialni i wystawanie przy garach. Myślałam, że Paweł to zauważy, przemyśli, poprawi swoje zachowanie, ale było coraz gorzej. Z czasem maż zaczął pić i wychodzić wieczorami. Z kochającego męża i troskliwego taty, stał się prawdziwym tyranem.

Pewnego dnia wrócił do domu i od progu krzyczał:

– Mam dość płaczu tych dzieci i ciebie w dresach! Nigdy nie robiłaś nic, żebym mógł być dumny z tego, jak wyglądasz. Nie dbasz o siebie, nie czeszesz się ładnie i nie ubierasz wyjściowo. Nie mogę cię nigdzie zabrać, bo jesteś zaniedbana. Ciągniesz od mnie pieniądze, a nikt nie pyta, czego ja potrzebuję!

Zadzwoniłam na skargę do teściowej, ale zaczęła bronić syna i prosić mnie, żebym nie składała pozwu o rozwód. Spakowałam się i przeprowadziłam z dziećmi do wynajętego mieszkania. Przyjaciółka pomogła mi zapisać córkę do przedszkola i znalazłam dorywczą pracę. Nie jest nam łatwo, ale radzimy sobie. Przynajmniej nikt na nas nie krzyczy!

Na rozprawie rozwodowej okazało się, że mój mąż jest chory psychicznie. Jego rodzice specjalnie to przede mną ukrywali. Zależało im na naszym związku, ponieważ byłam idealną żoną dla ich psycho-synalka. Teściowa próbowała leczyć go w Niemczech, ale bezskutecznie. Przez wiele lat Paweł brał tabletki, dlatego wcześniej nie dostrzegłam objawów choroby. Oczywiście jest mi przykro, ale nie potrafię mu wybaczyć. Nie chcę już z nim mieszkać. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby jego choroba nie przeniosła się na dzieci.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->