Trzy dni przed ślubem do wsi przyjechała kobieta z ciężarną dziewczyną. “Twoja dziewczyna jeszcze kogoś sobie znajdzie, a moja jest już w ósmym miesiącu ciąży”

Stary tramwaj nigdzie się nie spieszył. Gorące słońce ogrzewało jego łuszczące się od farby boki. Powoli ze zmęczeniem toczył się po ulicach miasta. Pasażerowie obezwładnieni upałem również nigdzie się nie spieszyli – nie mieli nawet na to siły. Zofia zostawiła samochód na parkingu przed hotelem i wybrała się w podróż po mieście – zawsze tak robiła w wolnym czasie. Zostawiła samochód, wsiadała do autobusu lub tramwaju i jeździła po mieście, do którego przyjechała w podróż służbową. Niedaleko jednego z przystanków tramwaj zaczął ciężko zgrzytać, a kierowca zza kierownicy w pewnym momencie oznajmił: „drodzy państwo, tramwaj dalej nie pojedzie, zepsuł się”. Pasażerowie trochę marudzili i zaczęli narzekać na urzędników, upał i inne, denerwujące ich rzeczy. Zofia poszła do kierowcy, aby zapytać o drogę:

– Pierwszy raz tu jestem, proszę mi pomóc…

– Zosia?!

– Damian?!

Z niegdyś pięknego, posągowego chłopca Damian zamienił się w zaniedbanego mężczyznę zmęczonego życiem. Włosy miał już trochę siwe, a jego oczy stały się chłodne. Oboje czuli się niezręcznie.

– Nadal jesteś urażona? – milczenie przerwał Damian.

–  To nie ja kilka dni przed ślubem Ci odmówiłam, tylko Ty mi. Ale dobrze, że tak się stało. Nie jest przypadkiem, że ludzie mówią: “Nic nie dzieje się bez przyczyny”. Wtedy jednak bardzo mnie to zabolało. Chciałam wtedy zapaść się pod ziemię ze wstydu i uciec przed ludzkimi plotkami.

– Życie mnie też pokarało. Może to za to, co Ci zrobiłem? Jedna z moich córek jest niepełnosprawna. Żona pracuje z domu – szyje na zamówienie, gdy tylko jest to możliwe. Ja za to pracuję i dorabiam, biorąc poza godzinami pracy drobne naprawy samochodów. Ty za to dobrze wyglądasz i chyba dobrze Ci się żyje.

– Mam wszystko, co mi jest potrzebne do szczęścia: wspaniałą rodzinę i dobrą pracę.

 Zosia chciała dopiec Damianowi, jak on kiedyś jej.

Ludzie z okolicy wówczas często zamiast nazwy sąsiadujących wsi mówili: „trzeba iść na drugą stronę stawu”, a kiedy ktoś spotykał się z osobą z sąsiadującej wsi mówili z kolei “on wziął żonę/ona męża z tamtej strony stawu”.

– Dobra z nich para – mówili tak o nich zarówno mieszkańcy jednej, jak i drugiej wsi. – Damian ma zamiar iść na studia, chyba idzie w ślady Zosi.

– E tam, łazi za innymi dziewczynami, za każdą spódniczką się ogląda! Kręci się po centrum wsi i ludzie mówią, że widziano go z innymi dziewczynami – dało się słyszeć także i odmienne opinie.

– A widziałaś go z innymi?

– A widziałam!

– Bo to już nie można z żadną dziewczyną porozmawiać?! Po prostu pewnie spotkał kogoś przypadkiem. Zresztą, w centrum naszej wsi to on pracuje. Jak długo to już trwa?

– Wydaje mi się, że trzeci rok.

– No, więc sama widzisz!

Do ślubu zostało wtedy bardzo mało czasu. Gospodynie wędziły mięso, piekły ciasta i gotowały, a panowie przygotowywali grilla. 

Kiedyś w pobliżu wiejskiego sklepu zatrzymał się samochód osobowy. Z samochodu wyszła nieznana kobieta. Na ławce siedziało kilka lokalnych plotkar, którym kobieta zadała pytanie:

– Czy Damian Frankiewicz tutaj mieszka?

– Tutaj – wskazały ruchem głowy kobiety – A kim pani jest?

– Jego przyszłą teściową.

Po usłyszeniu takiej odpowiedzi oczy plotkar zrobiły się ogromne jak spodki.

– Może Pani szuka jakiegoś innego Damiana? Ten tutaj wkrótce będzie miał inną teściową, ślub już niebawem.

– Paulina, wysiadaj z samochodu! – zawołała nieznajoma.

Z samochodu ledwo wytoczyła się ciężarna dziewczyna.

– O tutaj jest jego przyszła żona, która od ośmiu miesięcy nosi jego dziecko, a on się w ogóle nią nie interesuje!

– Ale on z Zosią spotyka się od liceum!

– A co, ta Zośka też jest w ciąży?

– Nie! – chórem odpowiedziały kobiety.

– No i dobrze – odetchnęła z ulgą nieznajoma – Znajdzie sobie innego faceta. Wsiadaj Paulina, jedziemy do teściów. Gdzie dokładnie jest ich dom?

Wieść szybko rozpowszechniła się po obu wsiach. Zosia wraz z rodziną nie mogli w to wszystko uwierzyć.

– Roman, weź rower i jedź do Frankiewiczów, żeby to wyjaśnić – matka Zofii chciała jak najszybciej wszystko wiedzieć – Może ktoś coś pomieszał, może nie o niego chodziło, albo ktoś z zawiści rozpuścił jakieś paskudne plotki.

Na podwórku Frankiewiczów stał obcy samochód, a przez sąsiednie ogrodzenia zaglądały wścibskie oczy. Roman wszedł do domu i zobaczył nieznajomą mu kobietę, mężczyznę i i piegowatą dziewczynę.

Wtedy wszystko stało się zrozumiałe – nikt niczego nie pomieszał. Zapytał jednak dla pewności:

– Damian, czy to prawda?

– Tak Panie Romku, nie będzie naszego ślubu, przekaż Zosi.

Roman odwrócił się i odszedł.

– Twoja córka jeszcze sobie kogoś znajdzie – krzyknęła na odchodne matka ciężarnej.

Gospodarze liczyli straty i sprzedawali to, co się udało, aby nie być aż tak stratnym na tym ślubie, które się nie odbędzie. Ludziom było żal Zosi i ciągle szeptali za jej plecami. Damian z ciężarną Pauliną i jej rodzicami wyjechali do miasta.

Nadeszło lato – wieczory były gwiaździste i ciepłe, w dodatku pachniało wokół skoszoną trawą i kwiatami. Zofia siedziała wtedy sama nad brzegiem stawu – dziś miał być jej ślub. Miała być najszczęśliwsza na świecie, a zamiast tego czuje nieznośny ból. Nagle jakby jakaś niewidzialna siła wzięła dziewczynę za rękę i poprowadziła do wody. Chłód dotknął jej stopy i duszy.

– Córeczko! krzyk ojca rozbrzmiał w ten cichy wieczór. Roman zdesperowany wskoczył w kapciach do wody.

– O co Ci chodzi, tato? Skąd się tutaj wziąłeś?

– Miałem złe przeczucia i po prostu poszedłem za Tobą. Nie waż się robić sobie krzywdy i narażać się na ciężki grzech za to, co zrobił Damian, nie jest tego wart. Wybrał inną i tyle, krzyż mu na drogę.

– Nie mów nic mamie. Dziecko Damiana urodziło się chore – Paulina od początku często trafiała do szpitala z dzieckiem. W końcu rodzice ich obojgu zrzucili się na mieszkanie w jednym z miast, w których znajduje się specjalna klinika, do której i tak ciągle jeździli w ramach leczenia ze swoim dzieckiem. Bali się mieć drugie dziecko.

Zofia po ukończeniu studiów zaczęła pracować w biurze podróży i tam poznała swojego męża Karola. Teraz mają własne biuro podróży i dwóch synów. Ich życie jest naprawdę szczęśliwe. 

–  Zofia, na jak długo tu przyjechałaś?

– Na dwa dni.

– Może później gdzieś się jeszcze spotkamy i powspominamy stare czasy?

– Po co? To, co było jest już przeszłością i nie ma co do tego wracać. Ten tramwaj już dalej nie pojedzie, dokładnie jak w życiu. Damian, żegnaj.

– Skręć w lewo. Stamtąd odjeżdżają autobusy i tramwaje…

– Dziękuję! Życzę Ci szczęścia!

Zofia uśmiechnęła się, machnęła ręką jak dziewczynka, zeskoczyła ze schodów i skręciła w prawo. Damian z żalem patrzył, jak odchodzi…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->