„Byliśmy wdzięczni, że pan Andrzej przyjął nas pod swój dach. Tymczasem to był początek koszmaru”

Po latach tułaczki wreszcie trafiliśmy na człowieka, który nam pomógł. To było dla nas jak dar z nieba. Nie mieliśmy wówczas pojęcia, że właśnie wkraczamy do piekła.

Nigdy nie mieliśmy własnego domu. Od dnia ślubu tułaliśmy się z mężem i dwójką dzieci, bliźniakami Jasiem i Małgosią, po sublokatorskich mieszkaniach. Nie zdążyliśmy się dobrze zadomowić, a już musieliśmy się pakować i szukać nowego lokum. Nikt nie chciał mieszkać pod jednym dachem z dziećmi.
Najprościej byłoby oczywiście wynająć samodzielne mieszkanie, ale nie było nas na to stać. Żyliśmy więc tak z dnia na dzień, modląc się, by gospodarze, którzy po namowach zgodzili się nas przyjąć, pozwolili nam zostać jak najdłużej. Jedni wytrzymywali pół roku, inni kilka tygodni. Przez sześć lat przeprowadzaliśmy się chyba z dziesięć razy. Myśleliśmy, że nasza tułaczka nigdy się nie skończy… Tymczasem dwa lata temu zaświeciła dla nas iskierka nadziei.
To było niedługo po sylwestrze. Wrzuciliśmy do internetu informację, że poszukujemy pilnie jednego, dwóch niedrogich pokojów sublokatorskich do wynajęcia. Nawet takich do remontu. Wcześniejsze poszukiwania przez telefon nie dały rezultatów. Jak ludzie słyszeli, że mamy sześcioletnie bliźniaki, odkładali słuchawkę. Aby uniknąć rozczarowań, od razu napisaliśmy więc w ogłoszeniu, że mamy małe dzieci. „Może ktoś się jednak odezwie?” – łudziliśmy się.
Przez kilka dni nie dostaliśmy ani jednej propozycji. Byliśmy zrozpaczeni. Za trzy tygodnie mieliśmy się znowu wyprowadzić, a nowego lokum nie było. I kiedy już prawie straciliśmy nadzieję, stał się cud. Zadzwonił jakiś mężczyzna. Miał taki miły, spokojny głos.
– Mieszkam sam, mam pięciopokojowy dom z dużym ogrodem, możemy się spotkać i porozmawiać
– usłyszałam. Serce mi zabiło.
– Kiedy możemy przyjechać?
– Choćby zaraz – podał mi adres.
Szybciutko ubraliśmy z Kamilem dzieciaki i pół godziny później staliśmy przed pięknym starym domem w willowej dzielnicy miasta. Otaczał go duży ogród. Byłam zachwycona. Oczami wyobraźni już widziałam, jak moje maluchy bawią się w nim w ciepłe, letnie dni. Naciskając dzwonek, modliłam się, żeby mężczyzna nie odesłał nas z kwitkiem.

To wszystko było dla nas i to praktycznie za darmo

Pan Andrzej, bo tak miał na imię właściciel domu, przyjął nas bardzo ciepło. Od razu wzbudził nasze zaufanie. Włosy przyprószone siwizną, jowialny uśmiech. Poczęstował nas kawą, dzieciom zrobił kakao.
Gdy opowiedzieliśmy mu, w jak tragicznej sytuacji mieszkaniowej jesteśmy, wydawał się poruszony.
– To koniec waszych problemów. Możecie się wprowadzać choćby jutro. I mieszkać dziesięć lat. Oddam wam dwa pokoje na górze. Chcecie zobaczyć? – zapytał.
– Bardzo chętnie – zakrzyknęliśmy.
Gdy weszliśmy na piętro, stanęliśmy jak wryci. Pokoje były czyste, świeżo odmalowane. Wystarczyło wstawić meble i już można było mieszkać.
– No i jak, odpowiada wam takie gniazdko? – usłyszeliśmy za plecami głos pana Andrzeja.
– Bardzo. Tylko nie wiemy, czy nas na nie stać. Nie rozmawialiśmy jeszcze o pieniądzach – zamilkłam.
Gospodarz zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział:
– Nie martwcie się, dogadamy się. Nie chcę na was zarabiać. Ludzie powinni sobie pomagać, prawda? Wystarczy, że zapłacicie za prąd, ogrzewanie, wodę. Może być?
– Oczywiście! – ucieszyliśmy się.
– No to chyba wszystko mamy ustalone! – uśmiechnął się.
– Ale Jaś i Małgosia na pewno nie będą panu przeszkadzać? – dopytywałam jeszcze na wszelki wypadek.
– Ależ skąd! To takie miłe i grzeczne maluchy. A poza tym, ja naprawdę bardzo kocham dzieci. Nawet te, które troszkę rozrabiają – puścił do nas oko.
Z radości miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Nawet nie przypuszczałam, co kryje się za tymi słowami.
Wprowadziliśmy się tydzień później. Kanapę, na której spały dzieci, wstawiliśmy do mniejszego pokoju, my zamieszkaliśmy w większym.
Pan Andrzej był bardzo miły. Nie wtrącał się w nasze życie, nie kontrolował, czy w pokojach jest wszystko w porządku, nie denerwował się, gdy Jaś i Małgosia ze śmiechem zbiegali ze schodów. Czasem wpadał do nas na kawę. Zawsze się jednak zapowiadał, pytał, czy przypadkiem nie jesteśmy zajęci. I przynosił słodycze dla dzieci. Maluchy były zachwycone.
– Chyba Bóg nam go zesłał, innego wytłumaczenia nie ma – powiedziałam któregoś wieczoru do męża.
Naprawdę święcie wierzyliśmy, że spotkaliśmy na swojej drodze anioła.
O tym, że może nie być tak pięknie, jak nam się wydawało, usłyszałam po raz pierwszy mniej więcej pół roku po przeprowadzce, od sprzedawczyni w pobliskim sklepiku. Nigdy wcześniej ze mną nie rozmawiała, ale tamtego dnia zebrało się jej na pogaduchy. Ponarzekałyśmy na upały, rosnące ceny, wrednych polityków… Aż w końcu zeszła na TEN temat.

Postanowiliśmy odtąd baczniej mu się przyglądać

– No i jak się państwu mieszka u tego… no, Andrzeja? – zapytała w pewnym momencie.
– Super! To wspaniały człowiek. Nasz dobroczyńca – uśmiechnęłam się.
– Doprawdy? – skrzywiła się
– Tak. A co, dziwi to panią?
– Nie, nie… – zmieszała się. – Ale niech pani lepiej uważa na córkę – dodała po chwili namysłu.
– Słucham? Nie rozumiem. O co pani chodzi? – zdenerwowałam się.
– O nic, Po prostu ostrzegam – ucięła i nie powiedziała nic więcej.
Próbowałam pociągnąć ją za język, ale odwróciła się do mnie plecami i zajęła się ustawianiem towarów na półce. Zachowywała się tak, jakby żałowała, że w ogóle zaczęła ten temat, i chciała, żebym już wyszła ze sklepu i dała jej święty spokój.
Po powrocie do domu opowiedziałam o dziwnym zachowaniu sprzedawczyni mężowi. Był oburzony.
– No tak! Zawsze znajdzie się w sąsiedztwie jakaś zazdrośnica, która chce wbić porządnemu człowiekowi nóż w plecy! – stwierdził.
– Tak myślisz?
– No pewnie. Zazdrości mu domu, majątku i tyle – prychnął. – A może po prostu lubi mącić.
– A jeśli jednak coś jest na rzeczy? – nie ustępowałam.
Dyskutowaliśmy tak jeszcze z pół godziny. Koniec końców ustaliliśmy, że będziemy bardziej czujni niż dotychczas, i że przyjrzymy się bardziej wnikliwie naszemu gospodarzowi. Jedyne, co nam przychodziło do głowy, to to, że pan Andrzej może któregoś dnia stracić cierpliwość i uderzyć Małgosię. Nasza mała zrobiła się wyjątkowo krzykliwa i płaczliwa…
Jaś był dość spokojny i opanowany. A ona? Z byle powodu darła się wniebogłosy. Nie widzieliśmy w tym niczego niepokojącego. Myśleliśmy, że po prostu ma taki rogaty charakter albo nie potrafi jeszcze poradzić sobie z emocjami. Do dziś nie możemy sobie darować,
że byliśmy tacy ślepi…

Brał ją na kolana, tulił, kazał nazywać dziadziem

Na początku wydawało się, że mąż miał rację. Pan Andrzej to porządny człowiek, a złośliwa sprzedawczyni rozsiewa jakieś głupie plotki. Ale po kilku dniach zaczęliśmy dostrzegać rożne rzeczy, drobiazgi, na które wcześniej nie zwracaliśmy większej uwagi.
Na przykład to, że nasz gospodarz nie bardzo lubił Jasia. Gdy mały prosił, by się z nim pobawił, odpychał go, mówił, że nie ma czasu. Nie był też zadowolony, gdy synek chciał pobiegać na parterze. Gdy widział, że patrzymy, był milutki i uprzejmy. Kiedy jednak wydawało mu się, że jesteśmy daleko, wyganiał go na górę. Za to Małgosię zapraszał do siebie bardzo chętnie. Brał ją na kolana, przytulał, kazał nazywać dziadziem. Proponował nam, że zabierze ją na spacer albo do zoo. Tylko ją.
– To bliźniaki, nie mogą bez siebie żyć – mówiłam wtedy.
– Naprawdę? No cóż, dobrze… to może kiedy indziej pójdziemy – wycofywał się natychmiast.
Wydało nam się to bardzo dziwne.
– Wiesz, chyba lepiej będzie, jak Małgosia przestanie chodzić sama do pana Andrzeja – powiedziałam któregoś razu do męża.
– Masz rację. Pewnie to nic takiego, ale lepiej dmuchać na zimne – odparł.
Chyba podobnie jak ja jeszcze nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że nasz gospodarz to potwór. W tym domu z pięknym ogrodem było nam przecież tak dobrze i wygodnie. Nie chcieliśmy się przeprowadzać…
Panu Andrzejowi nie spodobało się, że córka przestała go odwiedzać. I wcale tego nie krył.
– Dlaczego Małgosia wczoraj do mnie nie przyszła? Chciałem przeczytać jej bajkę – pytał z pretensją.
– Źle się czuła, miała rozpalone czoło, więc położyłam ją do łóżka – odparłam, obserwując jego reakcję.
– Aha, to w porządku – mruknął.
Później karmiłam go takimi wykrętami jeszcze wiele razy. W końcu przestał w nie wierzyć. Stał się nerwowy, opryskliwy, niegrzeczny. Nagle wszystko zaczęło mu przeszkadzać. Włączony telewizor, śmiech dzieci, nawet nasze ciche rozmowy. Ni z tego, ni z owego wpadał do nas na górę i robił karczemne awantury.
– Przygarnąłem was pod swój dach, okazałem serce. A wy tak się odwdzięczcie? – wrzeszczał.
Uspokajał się dopiero wtedy, gdy w polu widzenia pojawiała się Małgosia. Patrzył na nią wtedy takim dziwnym, łakomym wzrokiem, oblizywał wargi. Jak ktoś, kto szykuje się do zjedzenia ulubionego ciastka.

Nagle zorientowałam się, że Małgosia gdzieś zniknęła

Zaczęliśmy się bać. Postanowiliśmy poszukać nowego mieszkania. przeglądaliśmy ogłoszenia, dzwoniliśmy. Bez rezultatu. Jeszcze więc próbowaliśmy się oszukiwać. Tłumaczyliśmy sobie, że być może pan Andrzej się uspokoi, zmieni. Niestety…
Tamto straszne popołudnie będę pamiętać do końca życia. Dzień był piękny i ciepły, więc dzieci bawiły się w ogrodzie. Co chwila zerkałam na nie przez otwarte okno.
W pewnym momencie zorientowałam się, że nie słyszę głosu Małgosi. Wybiegłam przed dom – nigdzie jej nie było. Nie zastanawiając się nawet chwili, wpadłam do pokoju pana Andrzeja… Siedział rozebrany. Trzymał moją córkę. Zaczęłam krzyczeć. Do pokoju wbiegł Jaś. Przestraszył się i zaczął płakać. Małgosia też płakała. Złapałam dzieci i pobiegłam na górę. Zastawiłam drzwi krzesłami i zadzwoniłam do męża. Byłam tak roztrzęsiona, że ledwo mogłam mówić…
Kamil przyjechał po pół godzinie. Aż kipiał z wściekłości. Od razu zaczął przeszukiwać parter.
– Gdzie jesteś, zboczeńcu, pokaż się! – wrzeszczał, biegając po pokojach, ale Andrzeja nigdzie nie było.
Wyszedł. I dobrze, bo gdyby mąż go wtedy dorwał, zatłukłby go na śmierć.
Wróciliśmy na górę. Usiedliśmy na na kanapie i próbowaliśmy zebrać myśli. Zgłosić to na policji? Ale czy nam uwierzą? Przecież nie mamy dowodów. Jego słowo przeciwko mojemu.
Uciekać? Ale dokąd? Pod most? Nie wiedzieliśmy, co robić. I wtedy pojawił się pan Andrzej. Nie był sam. Obok niego stało dwóch rosłych mężczyzn. Patrzyli na nas spod oka.
– Jak zapomnicie o tym, co tu się stało, będziecie mogli mieszkać spokojnie. Jeśli nie, inaczej porozmawiamy. Wypadki chodzą po ludziach. Dzieci też znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Zastanówcie się więc dobrze, zanim narobicie jakichś głupot – wysyczał.
W nocy nie zmrużyliśmy oka nawet na minutę. Nasłuchiwaliśmy, czy nasz „dobroczyńca” wreszcie położył się spać. Ale on bawił się z kolegami w najlepsze. Pili wódkę, krzyczeli, śmiali się. Nad ranem wreszcie usnęli. Wymknęliśmy się wtedy cichutko i pojechaliśmy prosto na policję.
Pan Andrzej został aresztowany jeszcze tego samego dnia. Byliśmy zaskoczeni, że to wszystko tak szybko się potoczyło. Baliśmy się, że policjanci nie potraktują nas poważnie, a oni od razu zabrali się do roboty. Gdy ja zeznawałam, mąż pojechał z Małgosią na badania. Okazało się, że nie doszło do najgorszego. Chociaż tyle.

Nie rozumiem, dlaczego nie powiedziała mi tego wprost

Kiedy go wyprowadzali w kajdankach, przed domem zgromadzili się sąsiedzi. Szeptali coś między sobą, patrząc na nas znacząco. Pojawiła się też sprzedawczyni z pobliskiego sklepiku.
– Co, ten gnojek dotykał pani dziecko? – zapytała bez ogródek.
– Tak – wykrztusiłam.
– No to teraz już nie wyjdzie z pierdla przez długie lata – stwierdziła.
Spojrzałam na nią zdumiona.
– To pani wiedziała, że to pedofil?
– Wszyscy tu o tym wiedzieli. W tym domu bywało wiele małych dziewczynek. Ma już sprawę za molestowanie jednej z nich. Mieszkała tu z matką przed wami – odparła.
– Dlaczego więc mnie pani nie ostrzegła?! – wrzasnęłam.
– Przecież powiedziałam, żeby pilnowała pani córki! – obruszyła się.
– Mogła powiedzieć pani wprost!
– Nie mogłam. Przecież go jeszcze nie skazano. Nie wolno rozsiewać plotek – wzruszyła ramionami.
Nie zostaliśmy w domu pana Andrzeja. Kiedy on siedział w areszcie, jego adwokat kazał nam się wynosić. Z dnia na dzień. Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i przeprowadziliśmy się na kemping. Szef męża pożyczył nam przyczepę. Mieszkaliśmy w niej do późnej jesieni. A potem? Potem stał się cud. Tym razem prawdziwy.
W zamian za pomoc i opiekę przyjęła nas pod swój dach miła starsza pani. I mieszkamy u niej do dziś… A piękny stary dom z ogrodem? Stoi pusty, bo nasz „dobroczyńca” siedzi. Za molestowanie tamtej dziewczynki dostał sześć lat, za naszą córkę dołożyli mu drugie tyle. Nie wiem, czy doczeka wolności. Podobno w więzieniu nie lubią takich jak on…
Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->