„Mąż osiwiał w jedną noc, od tamtej pory nie mógł sobie wybaczyć. Aż Jaśminka przyniosła mu tę dziwną muszlę”

Poznałam mojego męża siedem lat po tragedii, jaka go spotkała. Świetnie rozumiem jego niechęć do morza… Dominik nie stanął wtedy na wysokości zadania – łagodnie mówiąc.

Były to pierwsze wakacje Jaśminki nad morzem. Przez pięć lat nigdzie z nią nie jeździliśmy, a już szczególnie trzymaliśmy się z dala od wody. Szanowałam decyzję męża, chociaż nie wyobrażałam sobie, że przez całe życie będziemy przeżywać jego traumę. Miałam nadzieję, że w końcu czas zaleczy rany i Dominik skoncentruje się na nas – swojej nowej rodzinie, zamiast na tej, którą utracił.

Byłem egoistą…

Poznałam go siedem lat po tragedii, jaka go spotkała. Zawsze mówił, że przed nią był zupełnie innym człowiekiem, i na pewno nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego.
– Byłem straszliwym egoistą – zwierzył mi się. – Interesowały mnie tylko imprezy i to, czy podobam się dziewczynom. Wszystko kręciło się wokół mojej rzeźby, byłem maniakiem siłowni.
– No to pewnie sporo miałeś tych dziewczyn – rzuciłam żartem, a on zupełnie poważnie pokiwał głową.
– Zwłaszcza że tańczyłem też hip-hop. Mieliśmy z chłopakami grupę, tańczyliśmy na rynku przy głośniku, żeby zebrać kasę na imprezowanie. A jak już szliśmy do klubu i puszczali naszą muzę, to dawaliśmy takiego czadu, że ludzie schodzili z parkietu, stali tylko dookoła i bili nam brawo, a potem stawiali drinki. No to sama rozumiesz, że nie musieliśmy się zbytnio wysilać, żeby podrywać dziewczyny. To one podrywały nas. Boże, strasznym byłem wtedy dupkiem, jak tak pomyślę…

Miał na imię Adam

Jedną z tych dziewczyn, jak mi powiedział, była niejaka Sylwia, która po miesiącu gorącej znajomości oznajmiła, że zaszła z nim w ciążę.
– Prawdę powiedziawszy, niewiele to zmieniło. Nawet jako przyszły ojciec byłem takim samym głupim palantem albo i jeszcze większym – wyznał.

Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Poznałam Dominika na sesjach medytacji, na które chodziłam, żeby wyciszyć choć trochę swoje ADHD.

Od razu zwróciłam na niego uwagę, bo był jednym z dwóch mężczyzn w całej grupie. Poważny, wyciszony, o mądrym spojrzeniu, w którym odbijało się zrozumienie i uważność – tak go wtedy odebrałam.
Zaczęliśmy się spotykać poza sesjami i już wiedziałam, że niewiele się pomyliłam. Dominik był ode mnie o dziewięć lat starszy i temu przypisywałam jego siwe włosy i dojrzałość.
Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że osiwiał w jedną noc i w tę samą noc zmienił się z rozpuszczonego gnojka – jak sam siebie opisywał – w człowieka, którego pokochałam.

Wydawał się zdumiony tym, że go chciałam. Miałam wrażenie, że nie do końca wierzył w to, iż zasługuje na szczęście. Potem przyznał, że bardzo dobrze to wyczułam.
– Nie było mnie tam, kiedy mój syn utonął, ale nie dlatego się o to obwiniam – powiedział, kiedy już podjął decyzję, że opowie mi o swoich demonach przeszłości.
To była smutna opowieść o chłopaku, który oznajmił dziewczynie spodziewającej się jego dziecka, że nie jest gotowy na założenie rodziny.
– Sylwia najpierw się wściekała, a potem ciągała mnie po sądach – wspominał. – Boże, gdybym wtedy wiedział, co się stanie, nigdy bym nie kłócił się z nią o te alimenty. Ale, jak ci powiedziałem, byłem dupkiem i egoistą, więc robiłem wszystko, żeby płacić jak najmniej. W pierwszym roku życia Adama widziałem go może z pięć razy. Potem trochę się ogarnąłem i zacząłem regularnie zabierać go na soboty. To był cudowny dzieciak… Pokochałabyś go…

Chciałby cofnąć czas

Zawsze kiedy opowiadał o synu, Dominik miał łzy w oczach. Wiedziałam, że to nie tylko dlatego, że za nim tęsknił. Miał też ogromne poczucie winy i oddałby życie, żeby cofnąć czas. Żałował każdej złotówki, której nie chciał dać matce swojego syna na jego utrzymanie, i każdej chwili, której nie spędził z rosnącym dzieckiem.

Adam miał już, a może tylko, dwanaście lat, kiedy pojechał nad morze na jakiś obóz. Do Dominika zadzwoniła Sylwia, cała rozhisteryzowana, bo wychowawca z kolonii zaalarmował ją, że Adam i dwóch innych chłopców wymknęli się na noc z ośrodka.
– Najpierw byłem wściekły, myślałem, że gówniarze robią sobie jaja, może coś piją – opowiadał Dominik ze ściągniętą bólem twarzą. – Ale kiedy Sylwia powiedziała mi, że znalazł się jeden z tych chłopców, a do akcji wkroczyły policja i straż wodna, zrozumiałem, że to coś naprawdę poważnego…
Ciało drugiego chłopca znaleziono następnego dnia.
Ten, który przeżył, opowiadał, że we trzech poszli nocą na plażę, żeby się wykąpać. Zdobyli piwo, ktoś im kupił. Ten ktoś, tak naprawdę, był odpowiedzialny za śmierć tych dzieci…
– Szukali Adama przez cały następny dzień, a potem noc…
Dominik nie patrzył mi w oczy; patrzył chyba w głąb swoich straszliwych wspomnień.
– Byłem już tam, razem z Sylwią. Znaleźli go nad ranem…

On nie był winien…

Chociaż śmierć syna nie wynikała bezpośrednio z jego winy, Dominik uznał, że gdyby był lepszym, uważniejszym, bardziej odpowiedzialnym ojcem, syn nie wpadłby na tak głupi pomysł. Kiedy więc poznałam go siedem lat później, zobaczyłam człowieka, który chciał naprawiać świat, ale nie umiał naprawić sam siebie.

W końcu jednak uwierzył, że wciąż ma prawo do miłości. Związał się ze mną i widziałam, że daję mu szczęście. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam pewna, że na całej ziemi nie ma nikogo, kto będzie lepszym ojcem dla naszego dziecka. Byłam bardzo szczęśliwa.

Ustaliliśmy, że Jaśminka pozna prawdę o tym, co się działo w życiu jej taty, nim się pojawiła, kiedy będzie dorosła. Nie chcieliśmy, żeby dojrzewała w cieniu niewyobrażalnego dramatu. Dla niej Dominik był po prostu ukochanym tatusiem, a nie kimś, kto borykał się z poczuciem winy wobec innego, martwego dziecka. Nie miała pojęcia, że już kiedyś był ojcem, i nawalił.

Myślę, że to z miłości do niej, Dominik w końcu zgodził się na wyjazd nad morze. Nie rozmawialiśmy od dawna o Adasiu, nasze życie było tu i teraz.
– Mama, musielka! – krzyczała nasza śliczna córeczka, biegając po plaży.
– Tata! Meduzia!
Zbierała te malutkie, białe muszelki i z fascynacją przyglądała się galaretowatym stworzeniom wyrzuconym na brzeg. Ja zerkałam tylko na Dominika i widziałam napięcie na jego twarzy, kiedy córka zbliżała się do wody. Był gotów w każdej sekundzie rzucić się i porwać ją w ramiona, aż musiałam go uspokajać, że morze jest spokojne, a ona tylko moczy nóżki.

– Tatusiu, jesteś na mnie zły? – zapytała w pewnym momencie, błędnie interpretując jego skrajnie napięty wyraz twarzy.
– Nie, kochanie! – zapewnił ją natychmiast. – Jestem tylko…
Urwał i widziałam, że zacisnął powieki, a jabłko Adama zaczęło mu chodzić w górę i w dół jak zawsze, kiedy był bardzo zdenerwowany.
– Nic mi nie jest… – zapewnił jednak zatroskaną córeczkę. – Jeśli chcesz, pójdziemy się wykąpać.

Dopiero wieczorem powiedział mi, że dłużej tego nie zniesie.
– Patrzę na nią i widzę Adama – wyznał. – Nie było mnie przy nim, kiedy był w jej wieku na wakacjach. Ani potem też. Nie nauczyłem go, żeby uważał na wodę, nie wpoiłem mu ostrożności… Renata, ja po prostu nie mogę…

Płakał, a ja go przytulałam. Powiedziałam, że następnego dnia, ostatniego przed wyjazdem, może zostać w domu, a ja pójdę z córką na plażę sama. Chciała jeszcze nazbierać muszelek.

Siedziałam na ręczniku, Jaśminka bawiła się obok.
Coś do siebie mówiła, pouczała gumową kaczkę, że nie wolno dziobać muszelek. Na moment przymknęłam oczy, ale cały czas byłam czujna.

Muszelkę ma do dziś

Kiedy znowu spojrzałam na córkę, ze zdumieniem zobaczyłam w jej rączkach okazałą białą muszlę wielkości mojej dłoni.
– Jaka piękna! – zachwyciłam się, bo nigdy nie widziałam takiej muszli na polskiej plaży. – Znalazłaś ją?
Córka spojrzała na mnie jakby zdziwiona, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo za moimi plecami pojawił się Dominik. Zerwała się i doskoczyła do niego z tą muszlą w dłoni.
– O, jaka śliczna muszla! – powtórzył moje słowa. – Skąd ją masz?
– Od mojego brata – powiedziała Jaśminka, jakby to była jakaś oczywistość. – Wyszedł z morza i mi ją dał.
Poczułam ciarki na plecach, a po minie Dominika widziałam, że ledwie utrzymał się na nogach.

– Kochanie… ty nie masz brata… – zaczęłam, tłumiąc uczucie grozy.
– To pewnie był jakiś chłopiec, tak?
– To mój brat – córka zamachała nóżkami i Dominik odstawił ją na piasek. – On tak powiedział.
– Co powiedział? – ja już się trzęsłam.
– Że mam coś powiedzieć naszemu tacie – córka obracała w paluszkach piękną muszlę o perłowym połysku.
– Dał mi muszelkę i powiedział, żebym ci powiedziała – tu spojrzała na ojca – żebyś już się o niego nie martwił, bo on cię bardzo kocha i jest szczęśliwy. Pewnie ma dużo fajnych zabawek – dodała z namysłem.

Złapałam wzrok Dominika i przestraszyłam się, że zaraz upadnie. Ale dzielnie zapytał córkę, jak wyglądał ten chłopiec i dokąd poszedł.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami, jakby ta rozmowa już ją nudziła. – Kupisz mi loda, tatusiu?

Jaśminka nigdy więcej nie mówiła o chłopcu, który kazał jej coś powiedzieć „ich tacie”. Z czasem, w jej wspomnieniach „brat” zmienił się po prostu w jakiegoś chłopca z plaży, jakby zapomniała całą ich rozmowę.
Muszlę jednak ma do dziś.

Wciąż nie powiedzieliśmy jej o śmierci przyrodniego brata. Nigdy nikt jej nie powiedział, że ktoś taki istniał. I nie mogła wiedzieć, że utonął w morzu.

Ale takie muszle nie leżą po prostu na bałtyckich plażach. Poławia się je w głębi morza, wiele kilometrów od brzegu… „Wyszedł z morza i mi ją dał” – powiedziała wtedy beztroskim tonem. Nie mogę o tym zapomnieć.

Renata, 36 lat

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->