„Chłopak zrobił mi dziecko i zwiał za granicę od >>problemu<<. Gdyby nie teściowa, wylądowałabym z brzuchem na bruku"

„Podejrzewałam, że chce mi zrobić awanturę o to, że zaszłam w ciążę z jej synem, obarczyć mnie całą odpowiedzialnością. Wcześniej Marek umył ręce, powiedział, że nie planował tego wydarzenia. Wydarzenia! Dziecko, które miało przyjść na świat, nazywał wydarzeniem?”.
Matkę Marka, moją niedoszłą teściową, zobaczyłam przez szybę sklepu, w którym pracowałam. Stała na chodniku i wyraźnie na coś czekała. Albo na kogoś… Podejrzewałam, że na mnie. Zbliżał się koniec mojej zmiany, ona musiała o tym wiedzieć. Najchętniej schowałabym się na zapleczu i przeczekała. Może by się znudziła i poszła?

Podejrzewałam, że chce mi zrobić awanturę o to, że zaszłam w ciążę z jej synem, obarczyć mnie całą odpowiedzialnością. Wcześniej Marek umył ręce, powiedział, że nie planował tego wydarzenia. Wydarzenia! Dziecko, które miało przyjść na świat, nazywał wydarzeniem?

Nie rozumiałam, co się dzieje, nagle mój świat się zawalił. Kochaliśmy się z Markiem, planowaliśmy ślub, chcieliśmy mieć dzieci, więc co się stało? Dlaczego zostałam sama z „kłopotem”, jak elegancko określiła mój stan mama? Marek oznajmił mi, że wyjeżdża za granicę do pracy, żebym go nie szukała, bo on nie zamierza zakładać rodziny. Poza tym nie jest pewien, czy dziecko jest jego. Kiedy to usłyszałam, poczułam się, jakbym dostała w twarz.

Jak mógł mnie tak potraktować?

Jeszcze niedawno świata poza mną nie widział, snuł plany na przyszłość, a teraz podkulił ogon i zwiał jak ostatni tchórz. Musiałam powiedzieć o dziecku rodzicom. W domu wybuchła kolejna awantura, ojciec kazał mi wynosić się z domu i nie wracać bez narzeczonego, bo kto to słyszał wstyd po okolicy obnosić. Miałam ściągnąć Marka choćby siłą i zmusić do małżeństwa, żeby ludzie nie wzięli nas na języki i żeby porządek był.

– Jak ty tego nie zrobisz, ja się tym zajmę – pienił się ojciec. – A teraz wynocha!

Uciekłam do swojego pokoju, ale okazało się, że tata mówił poważnie. Miałam opuścić dom, wrócić mogłam tylko z narzeczonym, czyli Markiem. Gdyby nie chrzestna, która czasowo przyjęła mnie pod swój dach, nie miałabym się, gdzie podziać, ale ona też nie była zachwycona.

– Rozumiem, że jesteś w trudnej sytuacji, ale jak widzisz przyszłość? – pytała co wieczór. – Chyba wiesz, że nie możesz zostać ze mną na zawsze. Co powiedzieliby twoi rodzice? To bardzo niezręczna sytuacja.

Cierpłam w środku od takich słów, tym bardziej że chrzestna miała rację. Chciałam tego dziecka, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie przyszłości z maleństwem. Gdzie zamieszkam, kto mi pomoże przy dziecku, gdy wrócę po macierzyńskim do pracy? Czy Marek się opamięta i wróci do nas? Pytań było wiele, odpowiedzi żadnej. Coraz bardziej się bałam, nie wiedziałam, co będzie ze mną i dzieckiem.

Chce, bym z nią zamieszkała?

Ponownie wyjrzałam przez okno. Niedoszła teściowa stała na chodniku jak wmurowana, nigdzie się nie wybierała, nie miałam szans jej umknąć. Znałam ją, Marek zabrał mnie do niej kilka razy, ale nie przypadłyśmy sobie do gustu. Bardzo się od siebie różniłyśmy. Nie udało nam się znaleźć wspólnego języka, po kilku grzecznościowych formułkach zajęła się synem i nie zwracała więcej na mnie uwagi, nie licząc kosych spojrzeń, z których mogłam wyczytać brak aprobaty dla mojej osoby.

Nie taką dziewczynę wymarzyła sobie dla Marka. Zmiana się kończyła, nie mogłam w nieskończoność ukrywać się w sklepie. Wyszłam na spotkanie tej kobiety, starając się nie kulić ramion.

– Julia? – zdecydowanie ruszyła w moim kierunku. – Twoja chrzestna do mnie dzwoniła, wiem o wszystkim. Musimy porozmawiać.

– O czym? – przystanęłam.

– O tobie, o dziecku. Jak wyobrażasz sobie waszą przyszłość?

Chciałam odkrzyknąć szczerze, że w ogóle sobie nie wyobrażam i chcę, żeby wszyscy dali mi święty spokój, ale milczałam. Matka Marka pokiwała głową, jakby usłyszała słowa, których nie wypowiedziałam.

– Tak myślałam. U chrzestnej nie możesz zostać, więc pakuj się, moja panno. Pójdziesz do mnie.

Tego się nie spodziewałam. Nie chciałam z nią mieszkać, ale czy miałam wybór? Poza tym to był dom Marka, mogłam tam na niego zaczekać, aż wróci. Opamięta się, przemyśli wszystko i powie…

– Na mojego syna nie licz, przynajmniej na razie – ciągnęła matka Marka, energicznie popychając mnie przed sobą. – Nie tak go wychowałam, w świętej pamięci ojca swojego się wrodził. Tadeusz też taki zapalny i uparty był, ale zawsze na końcu potrafił postąpić właściwie. Co zrobi Marek, nie wiem, jest dorosły, nie mogę za niego odpowiadać. Ale mogę zrobić, co do mnie należy. Przeprowadzisz się do mnie, to dobre rozwiązanie. Oczekujesz mojego wnuka i potrzebny ci spokój, inaczej dziecko urodzi się płaczliwe. Nie będę ciosała ci kołków na głowie, nie bój się. Stara jestem, ale pamiętam, jak to jest być w ciąży. Będzie ci u mnie dobrze.

Nie od razu się zgodziłam, dopiero kiedy okazało się, że chrzestna już mnie spakowała, zabrałam torbę i kryjąc łzy, poszłam za kobietą, która miała być moją teściową. Matka Marka kazała mi zwracać się do siebie po imieniu.

Zalałam się łzami

– Lucyna jestem, w skrócie Lusia – przedstawiła się, patrząc na mnie ze współczuciem. – Czujesz się pewnie jak zbity pies? To przejdzie, zobaczysz, jeszcze zaświeci dla ciebie słońce.

Nie spodziewałam się po niej takiej życzliwości, więc kompletnie się rozkleiłam. Zalałam się łzami, nos mi się zapchał i nagle poczułam, że znalazłam się w jej ramionach.

– Płacz, dziecko, płacz, to ci przyniesie ulgę – kołysała mnie lekko.

– Dlaczego pani to robi? – wyjąkałam, czując dziwność sytuacji.

Lusia była przecież matką chłopaka, który wyrzekł się mojego dziecka, powinna trzymać jego stronę, należała do przeciwnego obozu.

– Bo tak się należy – odparła stanowczo. – Ktoś musi ci pomóc, prawda? A ja jestem babcią twojego dziecka, nawet jeśli mój syn nie stanął na wysokości zadania. My, kobiety, musimy trzymać się razem.

Przyprowadziła moich rodziców

Zostałam z Lusią. Z początku przyglądałam się jej nieufnie, byłam pewna, że nie jest do końca szczera. Z czasem przekonałam się jednak, że pozory mylą. Ta kobieta miała wielkie serce i niezłomne przekonanie, jak żyć przyzwoicie. Było ono różne od tego, które miał na myśli mój ojciec, wyganiając mnie z domu. Lusia uważała, że jako ciężarnej należą mi się wszystkie możliwe względy, mam mieć spokój i niczym się nie martwic. Była dla mnie lepsza niż moja własna rodzina. Nie zważała na okoliczności, chroniła mnie i dziecko.

Pokazała, czym jest czysta, bezwarunkowa miłość i życzliwość dla drugiego człowieka.
Z początku miałam nadzieję, że Marek do mnie wróci, ale szybko ją porzuciłam. Wiedział, że mieszkam w jego domu, Lusia mu powiedziała, ale nie zmienił zdania. Zostałyśmy we dwie, do czasu.

– Tak dłużej być nie może, do czego to podobne, żeby córka nie widywała rodziców – oznajmiła pewnego dnia przy śniadaniu.

Codziennie wstawała wcześnie rano, żeby dopilnować, bym zjadła solidny posiłek przed wyjściem do pracy.

– Tato zapowiedział, żebym bez męża nie wracała – odparłam, parząc sobie usta gorącą herbatą.

– Bzdura – burknęła cicho Lusia. – Zjadłaś? No to z Bogiem, dziecko, i uważaj na siebie. Niczego nie dźwigaj i często odpoczywaj.

Codziennie żegnała mnie matczyną litanią zaleceń, a ja niezmiennie odpowiadałam, że będę na siebie uważała. Wychodziłam do pracy rozgrzana ciepłem, jakie od niej biło. Tego dnia wróciłam z pracy na ostatnich nogach, mój stan zaczął dawać mi się we znaki. Marzyłam, żeby położyć się na chwilę, ale okazało się, że czekają na mnie goście.

– Przyprowadziłam twoich rodziców, dawno się nie widzieliście – powiedziała, patrząc na mnie, po czym pokazała mi plecy, odwracając się do mojego ojca. – Tylko żadnych awantur – huknęła na niego. – Ta mała potrzebuje spokoju, nosi pod sercem mojego wnuka.

– Chyba także mojego – nie wytrzymała mama.

– Właśnie, naszego – zawtórował jej mój ojciec.

Uśmiechnęłam się do niej z całego serca

– O proszę, dziadkowie się odnaleźli – rzuciła cicho Lusia, puszczając do mnie oko. – Mówiłam, że wszystko się ułoży?

Była wspaniałą, niezłomną kobietą i prawym człowiekiem, miałam nadzieję, że mój syn wrodzi się w babcię. Niczego więcej sobie nie życzyłam. Dzięki niej pogodziłam się z rodzicami, nawet wróciłam na krótko do domu, ale po porodzie pojechałam z dzieckiem do Lusi.

Chciałam, żeby pobyła z wnukiem, bardzo jej na tym zależało. Nasz pobyt u niej miał być krótki, a przeciągnął się do roku. Nadal z nią mieszkamy. Mój syn ma w niej kochającą babcię, a ja najlepszą przyjaciółkę, która wyciągnęła do mnie rękę, gdy wszyscy mnie opuścili.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->