Sława Przybylska ma 92 lata i zachwyca: Nie zrezygnuję ze śpiewania. Mogę nawet umrzeć na scenie

Któż nie zna takich piosenek jak “Gdzie są chłopcy z tamtych lat”, “Pamiętasz, była jesień” czy “Miłość w Portofino”. Sława Przybylska czaruje swym głosem i interpretacją piosenek już od 60 lat. Artystka wciąż występuje, na spotkania z nią fani zjeżdżają z całej Polski, a na scenie zaraża energią i radością. Bo choć ma 92 lata przyznaje, że nie zamierza siedzieć w kapciach w domu, a bez śpiewania nie potrafi żyć. W rozmowie z “Faktem” piosenkarka zdradza skąd, mimo dramatycznych przeżyć w dzieciństwie, czerpie radość i w jak wysokich szpilkach tańczy na scenie.

Skąd w pani tyle siły, energii i radości, która wręcz płynie ze sceny?

Myślę, że należę do osób, które miały szczęście, bo umiały decydować. To znaczy poświęcić życie temu co się kocha. Jeśli człowiek wypełnia życie ideą, ma po prostu energię i nie męczy się tym, co robi, bo wie, że ma to sens. To jest mój imperatyw, bo ja od dzieciństwa kocham śpiewać, wszystkie inne zajęcia mnie nudziły. Tylko śpiewanie było czymś istotnym. Nie wiem, skąd mam siłę, ja po prostu wychodzę na scenę i tym żyję. Mam do przekazania piosenki pełne wartości, słowa, które są komentarzem do życia, do tragedii, radości, wszystkiego, czym życie nas wzbogaca.

Nie ukrywa pani wieku, jest pani w znakomitej formie, no i te szpilki, w których pani występuje… Jak pani o siebie dba?

Szpilki mają dziesięć centymetrów. Nie dbam o siebie, żyję tym, że gdy wstaję rano i jest dobra muzyka w radio, to ja od razu tańczę. A jak nie ma nic dobrego, to od razu włączam sobie kasety z rytmami południowej Ameryki. Ja naturalnie mam potrzebę radości, wyśpiewania się, potrzebę piękna. Ostatnio urzekły mnie tańczące na wietrze brzozy. Uwielbiam tańczyć i jeśli czasami oglądam telewizję, to włączam tylko stację, gdzie mam balety. Szczególnie uwielbiam “Jezioro łabędzie”, w ogóle balety rosyjskie. Teraz nie za bardzo można mówić, że uwielbia się coś rosyjskiego, ale ja kocham muzykę Szostakowicza, Czajkowskiego. To nie ma nic wspólnego z wydarzeniami, polityką, wojną, a tylko z estetyką i pięknem.

Wiele młodszych koleżanek nie chce już śpiewać i występować. Ma pani 92 lata i koncertuje, publiczność jest pod wrażeniem, są oklaski bisy. Jak Pani dba o głos?

Życie jest ruchem i on jest we wszystkim, więc ćwiczenie głosu też jest ruchem, a ja jak mówiłam, wciąż tańczę. Jeśli jesteśmy bierni, powoli ucieka z nas życie. Jeśli chodzi o sam głos, to staram się regularnie ćwiczyć, a przed każdym występem wyśpiewuję cały repertuar. Włączam sobie magnetofon, sprawdzam, czy dobrze wchodzę w muzykę, czy interpretacja jest odpowiednia. Codziennie ćwiczę około pół godziny, a jak nie mam czasu, to choć 15 minut.

Zobacz rozmowę z gwiazdą. Sława Przybylska powinna być inspiracją dla każdego.

W 1959 r. zdobyła pani nagrodę Polskiego Radia “Najlepszy głos mikrofonowy”, to bardzo pomogło pani karierze

Nie przypuszczałam, że tak będzie, to koleżanki namówiły mnie do udziału i powiedziały, że jest taki ogólnopolski konkurs. Ja nie za bardzo wierzyłam, że to, co jest moim hobby, moim ukochaniem, mogę tak profesjonalnie potraktować. Ten konkurs to zmienił i mnie w tym upewnił. Oczywiście musiałam się wiele uczyć. U pani profesor Warmińskiej uczyłam się jak oddychać, tego jak śpiewać. Wcześniej jednak Szpilman zorganizował roczne studium, gdzie był Bardini, Skarżanka… I właściwie te kontakty dały mi najwięcej. Szczególnie Bardini, który mówił: “Masz trzy minuty i w tej piosence musisz zawrzeć wszystko, i emocje i to, co wyraża ta piosenka”. Uczył nas wyobraźni, bo nie wystarczy, że się nauczysz tekstu i muzyki, ważne co jest w środku tej piosenki. Jeśli śpiewasz o chłopaku, to wyobraź sobie, jak on wygląda. To, co mamy w wyobraźni, podczas śpiewania, przekazujemy publiczności i ona to odbiera.

Sława Przybylska była świadkiem zagłady żydowskich sąsiadów

Jest w pani wiele radości, ale były też smutne, wręcz tragiczne wydarzenia, mam tu na myśli zagładę Żydów w pani miasteczku. Była pani ich świadkiem.

Tak, ale trzeba się nauczyć być szczęśliwym, niezależnie od zewnętrznych wypadków. Szczęście polega na tym, że my w sobie dbamy o to poczucie radości. Naokoło mogą być wojny, ale chroni nas to, co mamy w środku. To moja recepta, by mimo przeciwności losu, złych wydarzeń być szczęśliwą. Ale trzeba się tego nauczyć.

Jak więc można się nauczyć szczęścia?

Na przykład przy pomocy medytacji, ale przede wszystkim trzeba siebie poznać i chronić piękno. Potrzebę piękna przekazała mi moja mama, która urodziła się na wsi, gdzie praca i praktycyzm są najważniejsze. Mama umiała zauważyć w przyrodzie piękno, mówiła mi: patrz jaki zachód słońca, zaraz go nie będzie. To są ulotne chwile tak jak i samo życie. Mówiła mi: Jak będziesz umiała widzieć piękno, będziesz słuchała ptaków, zauważała te tańczące brzozy, to już jest dobrze. Mama to umiała, była dla mnie autorytetem najwyższym, bo nigdy nie narzekała, nigdy nie obmawiała, była po prostu pięknym człowiekiem. Swoją postawą, zachowaniem uczyła mnie, nigdy nakazem, zakazem, tylko tym jaka była. A była dla mnie tak bliska, że wszystko, co ona robiła to ja też. Mama szyła, to ja też od razu szyłam. Wszystko, co robiła, było wzorem. Jeśli ma się taki autorytet, wzór i miłość, to człowiek jest naprawdę szczęśliwy, niezależnie jakie złe losy go potem dotykają.

Nadal śpiewa pani w Jidisz?

Oczywiście, wciąż mam koncerty, zapraszana jestem na festiwale. Śpiewam w tym języku, to jest taki mój osobisty pomnik pamięci, bo jako dziecko byłam świadkiem zagłady i zabijania na moich oczach sąsiada Żyda. To były przeżycia, które zapadły w pamięć na zawsze, więc jako dorosły człowiek, poszłam na kurs Jidisz do Teatru Żydowskiego i chciałam pamięć o tych wszystkich ludziach przekazać przy pomocy śpiewania. Dla mnie to była wielka tajemnica, ja nie tylko śpiewam, wcześniej otoczyłam się książkami, chciałam dotknąć sedna. Dowiedzieć się czegoś o narodzie, który mimo takiej zagłady, tylu złych rzeczy, przetrwał dzięki religii, tradycji i pieśniom również.

Czego więc możemy pani dziś życzyć?

Niczego, no może bym nie zgubiła tej radości istnienia

Ale ze śpiewania pani nie zrezygnuje?

Nie, będę śpiewała do śmierci. Hanka Bielicka marzyła o tym, by umrzeć na scenie, niestety zmarła w szpitalu, więc ja mogę za nią powtórzyć, że chcę umrzeć na scenie, śpiewam, śpiewam i nagle mnie nie ma, to byłoby cudowne

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->