„Moja koleżanka dla teściowej była sprzątaczką, a dla męża służącą. Dziś ma 44 lata i zaczyna swoje życie na nowo”

„Coś ścisnęło mnie w gardle, a łzy napłynęły do oczu. Od razu poczułam do niej sympatię i… współczucie. Intuicja podpowiadała mi, że jest uczciwa. Było w niej coś takiego, że nie bałam się wpuścić jej do własnego domu”.

Obejrzałam się, skąd dochodzi głos. Wysoka kobieta stała tuż za moimi plecami. Trzymała w rękach mocno sfatygowaną podróżną torbę i dwie wypchane reklamówki. Uśmiechała się pogodnie, wbrew temu, co malowało się na jej twarzy. Miała sine worki pod oczami, była zmęczona, szara, w lichym ubraniu…

– Mogę sprzątać, gotować, opiekować się chorym, no i w ogóle… – zawahała się i spuściła głowę.

Jakiś mężczyzna stojący przede mną popatrzył na nią z wyrazem pogardy. Od kilku minut stałam pod dworcem na postoju taksówek. Próbowałam wezwać jedną przez telefon, ale w godzinach szczytu wszystko było zajęte. W końcu podjechała jedna, potem druga i przyszła moja kolej, ale przepuściłam kobietę z wielką walizką. Nie wiem, co kazało mi zagadać do tej wysokiej.

– A gdzie pani mieszka? – spytałam trochę bez sensu.

– Hm, tu w Warszawie to nigdzie. Tak przyjechałam… Byle pracę znaleźć…

– To nie ma pani żadnego kąta, żeby się podziać? – upewniłam się, a ona pokręciła przecząco głową.

Od razu rzucało się w oczy, że kobieta była biedna jak mysz kościelna, ale wyglądała schludnie. Zabrałam ją do domu przede wszystkim po to, żeby ją nakarmić. Nie mogłam patrzeć na zapadnięte policzki i ziemistą cerę. W lodówce miałam pustki. Ostatnie kilka dni spędziłam w Lublinie u Marzenki, mojej kuzynki. Pojechałam ją trochę podnieść na duchu, bo dręczyły ją choroby. „Wracam, a tu druga bieda” – pomyślałam i uśmiechnęłam się w myślach. Otworzyłam malutki pokój, który stoi pusty, odkąd Marek wyprowadził się z domu.

– Tu się proszę rozgościć – spojrzałam na podróżną torbę i tobołki, które wciąż trzymała w rękach. – Szafa jest prawie pusta, tylko na dole w szufladzie jest trochę szpargałów. Proszę się rozpakować. Tam jest łazienka. A jak pani na imię? Ja jestem Zofia – podałam jej rękę.
Ścisnęła ją mocno kościstą dłonią.

– Ojej, ale ja głupia jestem… – szybko wygrzebała z niedużej, zniszczonej torebki portfelik. – Ja mam na imię Ela, znaczy Elżbieta… M. O, tu jest mój dowód osobisty, żeby pani wiedziała… – patrzyła na mnie z mieszaniną radości i pokory. Takiej, jaką można dostrzec w oczach ludzi ciężko doświadczonych przez los.

Coś ścisnęło mnie w gardle, a łzy napłynęły do oczu. Od razu poczułam do niej sympatię i… współczucie. Intuicja podpowiadała mi, że jest uczciwa. Było w niej coś takiego, że nie bałam się wpuścić jej do własnego domu. Wiedziałam, że muszę jej podać rękę i wyciągnąć z tarapatów. Na sto procent miała kłopoty, nie musiałam pytać. Cała jej postać mówiła to jasno. Przez całe dorosłe życie komuś pomagam, ale takiego nieszczęścia dotąd nie spotkałam. Ela zamieszkała u mnie w październiku. Moi najbliżsi mówią, że ją przygarnęłam. Ja nie lubię tak o tym myśleć. Robię, co mi każe sumienie. Kiedy się zwierzyłam, że mam w domu sublokatorkę, od razu musiałam się nasłuchać…

– Całkiem ci odbiło – mówiła wtedy Agata, moja przyjaciółka. – Żeby obcą osobę wpuszczać do domu?! Przecież nie wiesz, czy mówi prawdę – przekonywała.

Moja siostra dziwiła się, bo sama pewnie by się bała zrobić to co ja, ale zaraz dodała, że spełniłam chrześcijański obowiązek. Syn też mi radził, żeby nie robić niczego pochopnie. Owszem, pomóc kobiecie w potrzebie – proszę bardzo, ale nie żeby od razu brać ją do domu, narażać siebie na straty, kłopoty, a może nawet na niebezpieczeństwo.

– Mamo, skąd możesz wiedzieć, jakie ona ma zamiary? – pytał Marek.

Pewnie, że nie wiedziałam, ale jak inaczej pomóc człowiekowi, którego największym nieszczęściem w danej chwili jest brak dachu nad głową?

Czy ona jest służącą teściów?!

Już tego pierwszego popołudnia zostawiłam Elżbietę w mieszkaniu samą i poszłam do najbliższego sklepu. Kiedy wróciłam z zakupami, od razu razem wzięłyśmy się za szykowanie jedzenia. Ela jadła łapczywie, widać od dawna była głodna. Kiedy skończyła, wzięła się za zmywanie.

– Nie trzeba. Jest zmywarka… Ale skoro już pani zaczęła, to proszę skończyć. A potem zapraszam do pokoju. Porozmawiamy, dobrze? – widziałam, że jest bardzo stremowana, ale kiedy usiadła na kanapie, od razu zaczęła mówić.

– Pani chce wiedzieć coś o mnie, prawda? – skinęłam głową. – No to opowiem…

To była strasznie smutna historia. Do stolicy przyjechała szukać pracy i jakiegoś spokojnego kąta. Kiedyś mieszkała z mężem i trójką dzieci u teściów, którzy wykorzystywali ją do ciężkiej pracy. Mąż, dużo od Eli starszy, uważał, że jest zdrowa i silna, więc nie zaszkodzi, jeśli pomoże w gospodarstwie rodziców.

Była posłuszna. Pochodziła z wielodzietnej rodziny, od dziecka żyła w biedzie, dlatego nie narzekała. Wiedziała, że przy mężu czeka ją lepszy los. On stawiał dla nich dom obok swoich rodziców. Kiedy skończył, Ela za pieniądze uciułane przez lata pracy w spółdzielni mleczarskiej kupiła nowe łóżko, szafę i meblościankę do pokoju. Uszyła firanki. Była wreszcie panią na swoim, chociaż nadal chodziła do teściów oporządzać gospodarstwo, zupełnie jakby była ich służącą. Ale i tak się cieszyła. Dzieci – urodziła w sumie trójkę, dwie dziewczynki i chłopca rok po roku – rosły, chowały się zdrowo.

Kiedy poszły do szkoły, szczęście odwróciło się od Elżbiety. Jej mąż Romek, któremu dotąd zdarzało się czasem Elce naubliżać albo ją uderzyć, teraz zaczął żonę bić na poważnie. Dzieci nieraz wracały ze szkoły i znajdowały matkę posiniaczoną, leżącą w kącie kuchni albo w komórce na węgiel. Kilka razy lądowała w szpitalu. 

– Uciekłam, jak mi szczękę złamał. Poskładali mnie w powiatowym szpitalu i jak tylko lekarz powiedział, że wszystko dobrze się goi, wyszłam bez wypisu. Miałam parę groszy, kupiłam bilet i pojechałam do cioci do Krakowa… Tylko nic ze sobą nie miałam – uśmiechnęła się blado. – Było lato, niewiele mi było potrzeba…

W Krakowie Ela sprzątała po domach. Miała sporo zleceń. Szła za nią dobra sława: była uczciwa, pracowita, dokładna w robocie, pogodna, nie brała dużo pieniędzy… Mogłaby tak żyć. Ale zaczęła tęsknić za córkami i synem. Cała trójka już była dorosła, na swoim. Marta i Magda powychodziły za mąż, syn Rafał pracował w tartaku. Ela zadzwoniła do Magdy, spytać, co słychać…

– Dzieci się zorientowały, że jestem w Krakowie, i zaraz Romek u ciotki się zjawił i… Ech, szkoda mówić… – Ela machnęła ręką.

Mąż wszczął straszną awanturę, pobił żonę, ale nie na tyle mocno, żeby nie mogła wrócić z nim na wieś. Już po trzech dniach spędzonych pod własnym dachem znów wylądowała u chirurga z rozciętą wargą.

– Musiałam znów uciekać – wytarła rękawem mokre oczy i mówiła dalej.

Jakaś kuzynka obiecała jej kąt w Warszawie. Ela zabrała mężowi trochę pieniędzy, przyjechała do stolicy. Niestety, kuzynka nie dotrzymała słowa i Ela pierwszą noc spędziła na dworcu, drugą i trzecią w noclegowni dla bezdomnych. Od pierwszej chwili po przyjeździe chodziła po mieście z całym dobytkiem i szukała pracy, schronienia, no i jak już straciła nadzieję i postanowiła wrócić do męża, spotkała mnie.

Dzieci w ogóle jej nie wspierają

Już na drugi dzień sama, bez proszenia, wszystko mi w domu posprzątała, ugotowała obiad… Po trzech dniach spytała, czy może jeszcze dzień lub dwa zostać, bo dotąd żadnej pracy nie znalazła. Poleciłam ją do sprzątania mojej szefowej, ona komuś innemu, i tak się zaczęło. Nasze relacje ułożyły się nadspodziewanie dobrze. Nie wchodzimy sobie w drogę, a jedna drugiej pomaga. Ela wierzy, że kiedyś będzie mogła wrócić do swojego domu. Gdyby tylko mogła liczyć na pomoc najbliższych… Niestety, jej dzieci nie chcą słyszeć o rozwodzie rodziców.

– Przysięgałaś tacie przed ołtarzem, że go nie opuścisz aż do śmierci – mówi syn.

– Ojciec na pewno się zmieni, a rozwód to grzech – przestrzegają córki.

Nawet jej matka namawia córkę, żeby wróciła do męża. Tak nakazuje Kościół…

– A gdyby Romek pobił cię na śmierć? Widziałaś w telewizji, że tak się zdarza? – spytałam, kiedy Ela któregoś wieczoru roztaczała przede mną wizję powrotu do domu na święta i powiedziała, że jej Romek już się zestarzał, to pewnie już mocno nie uderzy.

Nie powinnam się wtrącać w jej życie, ale też nie mogę pozostać obojętna. Tłumaczę jej, że nie musi się godzić na ten koszmar. Choć sama jestem wierząca, to uważam, że Pan Bóg na pewno nie skazałby Elżuni na poniewierkę i ból zadawany ręką sadysty. Powoli próbuję ją przekonać, żeby ze wszystkich szpitali, w których leżała po ciężkich pobiciach, pozbierała dokumentację i wniosła o rozwód z orzekaniem o winie męża.

Ela ma 44 lata. Późno, żeby zaczynać wszystko od nowa, ale wiem, że warto spróbować. Gdy byłam w jej wieku, rozwód miałam już za sobą. Przez lata ustępowałam mężowi tyranowi, który choć nie bił, to każdego dnia zatruwał mi życie. Godziłam się na upokorzenia, ale w końcu powiedziałam: „dość”. Nie wolno niszczyć własnego życia w imię religijnych nakazów. Mam nadzieję, że Ela już niedługo to zrozumie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->