„Szwagrowie liczyli, że w spadku dostanie im się biżuteria teściowej. Cóż, będą się musieli obejść smakiem, krwiopijcy”

„Tapicer włożył rękę między siedzenie a oparcie fotela, po czym wyciągnął z głębi jakiś woreczek. Zaskoczona ważyłam w ręku zawiniątko z eleganckiego bordowego aksamitu. Coś w nim dźwięczało i nie musiałam wcale do niego zaglądać, by wiedzieć, co tam jest”.

Pogrzeb mojej teściowej był dla mnie dużym przeżyciem. Nie tylko dlatego, że takie uroczystości nie należą do przyjemnych, a ja szczerze żałowałam, że tej kobiety już nie ma pośród nas. Byłam w psychicznej rozsypce, ponieważ doskonale wiedziałam, że rodzeństwo mojego męża zrobi wszystko, aby ten dzień zamienić w prawdziwy koszmar. I, niestety, nie pomyliłam się.

Mój ukochany Grzegorz ma trzech braci i naprawdę trudno powiedzieć, który z nich jest najgorszy, najbardziej chciwy i kłótliwy. Po prostu wszyscy są siebie warci. Zdawałam więc sobie sprawę, że kiedy tylko dojdzie do dzielenia spadku, to panowie pokłócą się o każdy grosz. Teściowa nie należała do osób zamożnych, więc dzielić nie było specjalnie czego, ale – jak mawia moja mama – największe awantury wybuchają o nic.

Kiedy tylko zobaczyłam braci mojego męża w kościele, pochylających się nad otwartą matczyną trumną, wyczułam napiętą atmosferę. Jeden łypał na drugiego, czy ten przypadkiem czegoś nie knuje po kryjomu. I znowu uświadomiłam sobie, że w stosunkach, które ich łączyły, nie było nigdy ani krztyny miłości. Przynajmniej ja jej nie zauważyłam…

Już od dawna zastanawiałam się, jak to możliwe, że są tak bardzo pozbawieni uczuć. Przecież ich matka była tak dobrą, pełną ciepła kobietą! Ale dochodziły mnie słuchy, że z kolei zmarły przed wieloma laty teść, którego nigdy nie poznałam, trzymał swoich synów wyjątkowo twardą ręką, więc może przez niego stali się tacy antypatyczni i gruboskórni.

Słyszałam, jak o tym dyskutują

Na szczęście nie spotkało to mojego Grześka, bo urodził się ostatni, kiedy ojciec był już bardzo chory i nie miał siły zajmować się synami. Dlatego Grzegorz był silnie związany z matką, która przelała na niego ogrom swojej miłości. Owszem, czasem mąż też zachowuje się dziwnie, egoistycznie, ale mogę śmiało powiedzieć, że potrafi okazywać uczucia. Pewnie dlatego nasze małżeństwo przetrwało tak długo, podczas gdy wszystkie związki jego braci się rozpadły.

W dniu pogrzebu teściowej patrzyłam ze zgrozą, jak moi szwagrowie, którzy ledwie co pochowali matkę, od razu zaczęli rozmowy o spadku. Skoro jednak już do tego doszło, i ja chciałam w nich jakoś uczestniczyć. W końcu byłam w tym gronie jedyną synową, która się jeszcze ostała. Tymczasem najstarszy z braci, bezceremonialnie wypchnął mnie z pokoju.

– Gdzie idzie? Żona to nie rodzina! Tym bardziej cudza! – stwierdził Marian, zgryźliwy dwukrotny rozwodnik, i zarechotał jak z najlepszego dowcipu.

Poszukałam wzrokiem Grzegorza, licząc na to, że mnie obroni, w końcu jesteśmy małżeństwem od prawie dwudziestu lat i chyba należy mi się szacunek, ale on dał mi gestem i miną do zrozumienia, że może lepiej będzie, jeśli jednak wyjdę. „W sumie racja. Nic tu po mnie…” – pomyślałam ze smutkiem. I tylko upewniłam się w tym przekonaniu, gdy zamykając za sobą drzwi, usłyszałam niechcący, jak Marian mówi o jakiejś biżuterii, którą matka jednak musiała sprzedać, skoro jej znaleźć nie można.

Poszłam po raz ostatni rozejrzeć się po niewielkim mieszkaniu teściowej – żaden z synów nie zadbał o to, by je wykupić na własność, i nadal należało do spółdzielni – aby wybrać sobie jakąś pamiątkę po niej. Skromną, bo wiadomo, że szwagrowie nie pozwoliliby mi zabrać niczego cennego. Chodziło bardziej o sentyment.

W dużym pokoju zadumałam się, patrząc na ulubiony fotel teściowej, ustawiony tuż koło okna, gdzie było najwięcej światła. Prawie ją zobaczyłam, jak siedzi w tym fotelu i coś szyje albo trzyma na kolanach którąś z moich dziewczynek i czyta jej bajki. Była ich ukochaną babcią i to dzieci chyba najbardziej przeżyły jej odejście. Pięcioletnia Zosia jeszcze nie za bardzo rozumiała słowa „śmierć”, ale Majeczka, dwa lata od niej starsza, już doskonale wiedziała, że pożegnała swoją babcię na zawsze.

Usiadłam na moment w fotelu teściowej, co rzadko robiłam za jej życia, bo to było przecież jej miejsce. I poczułam niespodziewanie, jaki jest wygodny. „A może powinnam go zabrać? – przebiegło mi nagle przez głowę. – To by była naprawdę piękna pamiątka po teściowej, a poza tym jakże praktyczna!” Nie sądziłam, by któryś ze szwagrów protestował, że zabieram stary mebel. Nie chciałam się z nimi szarpać, a byłam pewna, że on akurat guzik ich obchodzi.

Nie podziewałam się jednak zupełnie, że jako pierwszy zaprotestuje mój mąż.

– A po co ci ten rozwalający się grat? Tylko będzie zawadzał w salonie! – rzucił, gdy wzięłam go dyskretnie na bok i poinformowałam o swoich zamiarach.

– Nie chcę go stawiać w salonie, tylko w naszej sypialni – podkreśliłam.

– Jeszcze gorzej! Nie będę się o niego potykał w drodze do łóżka! – Grzegorz zrobił nieprzejednaną minę, którą doskonale znałam: oznaczała, że za nic w świecie nie zmieni zdania, chyba że…

– Tatusiu, prosimy! My kochamy ten fotel, bo to jest fotel naszej babuńci! – rzuciły się do niego dziewczynki.

Mąż natychmiast zaczął mięknąć. Wiedziałam, że tylko jego ukochane córki są w stanie go namówić, więc wyszłam z pokoju, pozwalając im działać. Dosłownie parę minut później Grzesiek, przekonany do starego fotela, rozmawiał ze swoimi braćmi.

– Bierz sobie tego grata! Jeszcze ci dopłacimy, żeby się go pozbyć! – śmiali się.

No tak, to nie były przecież dolary ani złoto. Co im po takim starym fotelu, przecież nawet go nie sprzedadzą… I tym sposobem, z pomocą córek weszłam w posiadanie ulubionego fotela teściowej. Mąż zarządził, abyśmy go wzięli do domu od razu w dniu pogrzebu.

– Mam relingi i pasy, przewieziemy go na dachu – oświadczył zadowolony.

Ale nam się poszczęściło!

Dziewczynki z przejęciem towarzyszyły ojcu, gdy go mocował. Obładowani wyruszyliśmy w podróż do domu. Trochę się bałam, czy nic nam się nie stanie, bo na trasie szalały TIR-y, a było dosyć ślisko, ale na szczęście dotarliśmy cali i zdrowi.

Fotel, tak jak myślałam, idealnie wkomponował się we wnękę pod oknem. Zupełnie jakby tam stał od zawsze! „A może bym mu zmieniła pokrycie… To jest już zniszczone i nie bardzo pasuje do pokoju…” – pomyślałam. Bałam się, że Grzegorz już za nic nie zgodzi się na taki wydatek. Pewnie powie, że woli wyrzucić grata na śmietnik i kupić coś porządnego za mniejsze pieniądze. Nie śmiałam więc poruszyć tej sprawy, aż pewnego dnia mąż sam zaczął:

– Słuchaj, a może byśmy oddali ten fotel do tapicera? Ma już tyle lat, siedzenie mu się przeciera… Obok mojej pracy jest taki jeden, nawet całkiem niedrogi.

– Doskonały pomysł! – prawie rzuciłam się Grzegorzowi na szyję.

Od razu zadzwoniłam do tapicera i umówiłam się, że przywieziemy fotel.

– Kupili państwo materiał na obicie? – zapytał, gdy się u niego pojawiliśmy.

– Już coś tam oglądałam i wiem, jaki mi się podoba, ale zupełnie nie mam pojęcia, ile tego potrzeba – przyznałam.

– A to zaraz obliczymy! – tapicer wyjął centymetr i zaczął tańczyć wokół mebla mierząc go ze wszystkich stron.

W pewnym momencie włożył rękę między siedzenie a oparcie, aby dosunąć miarkę do końca, i zdziwiony stwierdził:

– A tutaj coś jest!

Po czym wyciągnął z głębi fotela jakiś woreczek i podał mi go. Zaskoczona ważyłam w ręku zawiniątko z eleganckiego bordowego aksamitu. Coś w nim dźwięcznie się przelewało i w zasadzie nie musiałam wcale do niego zaglądać, aby wiedzieć, co tam jest. Biżuteria teściowej.

Tak, starsza pani właśnie tam ją schowała… Trudno powiedzieć czemu. Ukryła ją przed złodziejami czy własną rodziną? A może, jak to bywa ze starszymi ludźmi, chciała mieć swój skarb pod ręką? Tak czy owak, dzięki temu, że zaopiekowałam się jej fotelem, biżuteria się znalazła. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby ten fotel nikogo nie zainteresował i znalazł się na śmietniku…

W zawiniątku znajdowały się dwa złote pierścionki, złoty zegarek i bransoletka teściowej. Szczęśliwi i wdzięczni losowi po wyjściu od tapicera popatrzyliśmy po sobie.

– Pierścionki dostaną dziewczynki na osiemnaste urodziny, aby zawsze pamiętały o babci. Bransoletka należy się tobie, kochanie, a mnie zegarek – oznajmił mąż.

„A więc nie miał wcale zamiaru dzielić się swoim znaleziskiem z braćmi!” – przebiegło mi przez głowę. I w sumie dobrze, bo żaden z nich nie byłby nam za to wdzięczy… Pewnie by jeszcze podejrzewali, że coś dla siebie ukryliśmy. Niech się więc obejdą smakiem, krwiopijcy!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->