„Mąż wystawił mi walizki za drzwi. Skazał mnie i syna na tułaczkę. Z luksusowych salonów przeniosłam się na stare osiedle”

„Fakt, jego ojciec jest eleganckim przystojnym mężczyzną w szykownych garniturach. A tu postawny miłośnik piwa i orkiestr górniczych, tak samo jak inni tutaj powtarzający, że przez całe swoje życie pracuje na darmozjadów. Bałam się, że syn nie zaakceptuje nowej rzeczywistości”.

Zanim na dobre rozpadła się nasza rodzina, mój syn był świadkiem wielu gorszących scen i widział, jak jego ojciec psychicznie znęcał się nade mną. Mój mąż nie ukrywał, że w jego życiu jest inna kobieta i mówił mi to wprost oraz, że lepiej będzie dla mnie, abym się wyniosła. Sam wyprowadzić się nie chciał, bo to przecież było jego mieszkanie. A ja nie miałam dokąd pójść. No i nie chciałam ułatwiać mu sprawy.

– Mam skazywać siebie i syna na tułaczkę, bo jaśnie panu przeszkadzamy w realizacji nowego pomysłu na życie? – oburzałam się, gdy rodzice namawiali mnie, abym przeprowadziła się do nich. – Mam stracić wszystko, a on nic?!

Patryk słyszał to wszystko i znienawidził ojca

 Podczas ostatniej kłótni wszedł do pokoju i powiedział do niego:

– Jesteś największym draniem na ziemi!

– Dobrze, że to już wiesz – usłyszał. – Łatwiej będzie nam się rozstać. Radzę wam ułożyć sobie życie beze mnie.

Skapitulowałam. Zwłaszcza gdy zobaczyłam, jak mój syn w rozpaczliwym geście sprzeciwu zaczął pakować swój plecak. W ciągu godziny i ja byłam gotowa do wyjścia, a rodzice powiadomieni, że jedziemy do nich.

– Reszta w rękach sądu – oznajmiłam po przyjeździe.

I w ten oto sposób gwałtownie wyrwani z warszawskiego blokowiska, znaleźliśmy się na starym górniczym osiedlu, otoczeni zupełnie innymi ludźmi. Ja dobrze ich znałam z dzieciństwa, mój syn patrzył na nich jak na przybyszy z innej planety. Bywał tu rzadko, tylko z okazji świąt lub uroczystości rodzinnych.

– Nie rozumiem, co oni mówią – złościł się.

Nic mu tu nie odpowiadało: dziadkowie – Ślązacy, ich tradycyjna kuchnia, anegdoty o życiu górników, a także nowa szkoła i nowi koledzy.

– Harują jak woły – mówił z pogardą o Ślązakach mój szesnastoletni mądrala. – Ciągle powtarzają, że przez lata wykarmiali tych darmozjadów z Warszawy, i że teraz też tak jest, a potem wlewają w siebie hektolitry piwska i chrapią obok swoich żon.

Nigdy nie było w tym chłopaku tyle agresji

To był dodatkowy skutek jego rozstania z ojcem. Czułam się bezradna. Tym bardziej, że byłam w tym czasie skrajnie wyczerpana. Rozpaczliwie szukałam pracy i z trudem godziłam się, że jesteśmy z Patrykiem na garnuszku dziadków emerytów. A do tego próbowałam walczyć z mężem o tę część majątku, która była do podziału. Adwokat z urzędu nie przesadzał z gorliwością, a mąż działał bez skrupułów. Ta jego nowa kobieta miała chyba spore wymagania…

Minęło kilka miesięcy. Patryk po czasie głośnego buntu zamknął się w sobie. Już sama nie wiedziałam, która sytuacja była lepsza, gdy się awanturował, czy teraz, gdy unikał kontaktu z kimkolwiek, godzinami siedział w swym malutkim pokoiku i grał w mroczne gry komputerowe. Czułam, że tracę z nim kontakt.

To właśnie w takich okolicznościach pojawił się w naszym życiu nadsztygar. To mój starszy kolega z podstawówki, sąsiad z osiedla, ale przez lata tak odmieniony, że przy pierwszym spotkaniu w ogóle go nie poznałam.

Siwy, łysiejący, z piwnym brzuchem. Słowem, używając terminologii Patryka, „obciach”. A dla mnie był przede wszystkim uosobieniem spokoju. Zaczęło się od tego, że Jura, nadsztygar, czyli inżynier pracujący w kopalni, załatwił mi tam posadę. Potem zaczął zapraszać wieczorami na sąsiedzkie pogawędki. A że jest przeciwieństwem mojego męża – zrównoważony, umie słuchać, doradzić, a do tego wymienić uszczelkę czy przepchać zapchany zlew – przylgnęłam do niego.

Kiedy Patryk dowiedział się o naszym romansie, gęsto się musiałam tłumaczyć przed własnym dzieckiem.

– Mamo, jak ty możesz zadawać się z takim gościem?! – wykrzykiwał mój bezczelny syn.

Kpił z niego. Mówił tylko z pogardą w głosie

Fakt, jego ojciec jest eleganckim przystojnym mężczyzną w szykownych garniturach, popijającym luksusowe drinki. A tu grubawy miłośnik piwa i orkiestr górniczych, tak samo jak inni tutaj powtarzający, że przez całe swoje życie pracuje na darmozjadów z Warszawy (takich, dodajmy, jak mój mąż).

Przez długi czas Patryk mówił o nim pogardliwie: „ten twój nadsztygar”. Myślę, że niechęć Patryka do Jury brała się między innymi stąd, że chłopak, pamiętający krzywdy, jakich doznałam od jego ojca, próbował przyjąć rolę mego obrońcy.

Tym bardziej, że z jego punktu widzenia moje relacje z Jurą były nie do przyjęcia, wręcz skandaliczne. Jeszcze nie żona – potrafiłam godzinami czekać z obiadem na swego mężczyznę, a gdy wracał po paru piwach – usługiwać mu jak służąca. Trzeba bowiem przyznać, że ja – dotychczas znana memu synowi jako wyemancypowana warszawianka, która ze Śląska uciekła od tradycyjnej roli żony – teraz z łatwością do niej powróciłam.

I tak, jak kiedyś moja mama czekała na powrót swojego górnika, tak teraz ja wyglądałam mojego (choć Jura w odróżnieniu od ojca na co dzień nie pracuje pod ziemią). Patryk tego modelu nie umiał zaakceptować. Buntował się w moim imieniu, pojmując moje zachowanie jako upokorzenie. Nie wiedział tego, co ja teraz dobrze już rozumiałam – że praca górników jest tak trudna, że zasługuje i na uznanie, i na troskę.

Mój syn przekonał się o tym dopiero wówczas, gdy pewnego dnia „z łaski” przyjął zaproszenie Jury do kopalni. Zjechali wtedy obaj pod ziemię i trzeba trafu, że mój syn był świadkiem awarii czujników rejestrujących pomiar stężenia metanu. Takie zagrożenie to nie przelewki. Jura przejął natychmiast dowodzenie, zarządzając ewakuację.

Na szczęście po niedługim czasie zdrowi i bezpieczni, wszyscy znaleźli się na powierzchni, ale i tak mój syn nieźle najadł się strachu. To wydarzenie wzbudziło w nim tyle emocji, że nie odmówił Jurze i jego pracownikom udziału w posiadówie w pobliskiej knajpie.

Błogosławię los, że „darmozjad” nas wyrzucił!

Nie zapomnę tego wieczoru, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłam syna pijanego. Dla młodego chłopaka ta ilość piwa, którą dorośli faceci piją przy takich okazjach, okazała się nadmierna. Ale tego dnia syn zaakceptował „mojego nadsztygara”. Poczuł siłę, jaka tkwi w Jurze, jego opanowanie, coś, co różni mężczyznę od chłystka, jakim niewątpliwie jest jego ojciec.

Zaimponował mu też ten duch solidarności, który towarzyszył akcji ewakuacyjnej i późniejszej przyjaznej biesiadzie, a także szacunek i poważanie, jakie Jura ma u ludzi. Długo w noc, ululany, opowiadał mi o tym, a i potem przez wiele dni wracał do tych wspomnień.

Dla mnie ta odmiana ich wzajemnych relacji oznacza, że teraz już dwóch mężczyzn czeka, aby ich nakarmić, gdy po szychcie wracają głodni do domu. Bo Patryk zaczął działać jako wolontariusz w grupie ratowniczej w kopalni (oczywiście nie uczestniczy na razie w akcjach, ale pełni służbę pomocniczą). Zdecydował też, że w przyszłości chce studiować na Akademii Górniczo-Hutniczej. O powrocie do Warszawy i o kontaktach z ojcem „darmozjadem” – a jakże! – mowy być nie może.

A ja dziś błogosławię los, że ten „darmozjad” nas wyrzucił! Ileż więcej szacunku ma dla mnie ten, komu usługuję przy stole, niż tamten, który w najlepszych latach zapraszał mnie do drogich restauracji!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->