„Straciłam męża i mój świat się zawalił. Choć dzieci płakały, czułam do nich odrazę, bo tak bardzo przypominały mi ojca”

„Mieliśmy tyle wspólnych planów. I nagle los to wszystko mi zabrał. Leżałam w naszym łóżku kilka godzin. Zostawiony w salonie telefon dzwonił wściekle, ale nie zwracałam na to uwagi”.

Myślałam, że jestem silną kobietą. A po śmierci Mariusza rozsypałam się na tysiąc kawałków. Ostatni rok ja i moje dzieci przetrwaliśmy tylko dzięki Marii, mojej teściowej. Data, po której nic już nie będzie takie samo, to 3 kwietnia 2021 roku. Rano zobaczyłam na wyświetlaczu numer telefonu szpitala. Byłam pewna, że dzwonią, by mi powiedzieć, że mogę przyjechać po męża. Trzy dni wcześniej jego lekarka mówiła, że lada dzień będzie mógł iść do domu.

– Pani Kamila? Bardzo mi przykro, ale mam złą wiadomość. Stan pani męża w nocy gwałtownie się pogorszył. Robiliśmy, co w naszej mocy, ale nie udało nam się go uratować… – lekarka mówiła dalej, ale telefon wyleciał mi z ręki. Zapadła ciemność.

Od początku pandemii i ja, i Mariusz pracowaliśmy zdalnie. Staraliśmy się nie spotykać z nikim, a jeśli już, to tylko w plenerze. Naprawdę zachowywaliśmy się bardzo rozsądnie… I cierpliwie czekaliśmy na szczepionki. W marcu Mariusz musiał jednak pojechać do biura. Szef się uparł.

– To tylko kilka godzin, będę bardzo ostrożny – obiecywał.

– Hej, mam nie najlepszą wiadomość. Mam to świństwo – powiedział szef Mariusza przez telefon. – Nie wiem, kiedy się zaraziłem. Przepraszam.

Test Mariusza był jednak pozytywny. Z początku się nie przejęliśmy. Maniek miał przecież tylko 44 lata, był zdrowy i wysportowany.  Jednak po pięciu dniach, kiedy myśleliśmy, że już po wszystkim, Mariuszowi się pogorszyło.

– Kama, obudź się, coś jest nie tak. Nie mogę złapać oddechu. Dzwoń po karetkę… – powiedział.
Cała się trzęsłam, nie byłam w stanie wybrać numeru.

Na pogotowie czekaliśmy dwie godziny. Maniek rzęził, był blady jak ściana. Kiedy ratownicy podali mu tlen, odetchnęłam z ulgą. Zanim zamknęły się drzwi karetki, podniósł w górę kciuk.

Wtedy widziałam po raz ostatni.

Jego mamę polubiłam od razu

Jak się poznaliśmy z Mariuszem? W pracy. Nasza agencja reklamowa starała się o kontrakt z firmą, w której pracował. Nic z tego nie wyszło, wybrali inną ofertę. Było mi trochę żal, bo ten wysoki rudzielec z ich marketingu wpadł mi w oko. „Trudno, po dwóch tygodniach zapomnę” – pocieszałam się. Okazało się, że nie muszę. „Hej, Kama. Muszę się do czegoś przyznać. Nie głosowałem za wyborem twojej firmy z czystego samolubstwa. Bo mam taką zasadę, żeby nie mieszać pracy z życiem prywatnym. A teraz mogę z czystym sumieniem zapytać, czy pójdziesz ze mną w sobotę na koncert”.

Poszłam. Potem na kolację, do kina, na wycieczkę rowerową. Pół roku później zamieszkaliśmy razem. Marię, mamę Mariusza, polubiłam od razu, choć bałam się tego spotkania. Poznałam ją, kiedy już byliśmy pewni, że to między nami to coś poważnego. A wiadomo, co się mówi o teściowych. Szczególnie  o matkach jedynaków… A Maria po prostu podała mi rękę, uśmiechnęła się i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pokazać z dobrej strony, powiedziała:

– Jestem pewna, że się zaprzyjaźnimy.

Rodzice Mariusza mieszkają w Borach Tucholskich. Nigdy nie mieli nic przeciwko, żeby w wakacje przygarniać nasze dzieci na kilka tygodni.

– Przecież nie będą siedzieć w tym waszym zadymionym mieście – powtarzała co roku Maria.
Po telefonie ze szpitala kilka godzin przesiedziałam na podłodze. Jedyne, co zrobiłam, to poprosiłam Maćka, żeby zabrał rodzeństwo do sąsiadki.

– Kama, co jest, Maciek powiedział, że się źle czujesz i żebym się nimi zajęła. Zajmę się, jasne, ale co jest… – Ewa mówiła jeszcze w przedpokoju. Ale kiedy mnie zobaczyła, zrozumiała, co się stało. – Boże. Maniek?

– Tak. Proszę, zostaw mnie. Muszę pobyć sama. Przyjdę po nich za kilka godzin – wydusiłam z siebie.

Przeczytaj Kontynuację

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->