„W knajpie czekał ognisty kochanek, a u moich drzwi płakała sąsiadka. Może jestem bez serca, ale musiałam wybrać”

„Wiedziałam, że to koniec. Samce alfa łatwo nie wybaczają. Ścisnęło mnie w żołądku, bo naprawdę sporo sobie obiecywałam po tej znajomości…”.

Sąsiadka stała na klatce i płakała. Miała na sobie krzywo zapięty płaszcz, spod którego wystawał fartuch. Do piersi przyciskała torebkę.

– Dobry wieczór, pani Krysiu. Coś się stało? – spytałam.

Podniosła na mnie wzrok. Ale nie byłam pewna, że mnie poznała. Wiedziałam, że bardzo słabo widzi, od dawna namawiałam ją, żeby zoperowała zaćmę.

– Pani Krysiu, to ja, Natalia.

– Natka, dziecko, chwała Bogu – pani Krysia złapała mnie za rękę i znowu zaczęła płakać. – Jan… Zabrali Jana.

– Kto go zabrał? Co się stało?

Udało mi się ustalić, że pana Jana zabrało pogotowie.

Nie mogłam jej zostawić

– Pogorszyło mu się. Już nie mógł oddychać. Błagał, że nie chce do szpitala, ale przecież musiałam coś zrobić. Zabrali go, a mnie zostawili. Chciałam jechać z nimi, ale nie pozwolili. Nie mam pojęcia, gdzie go zabrali i co z nim. Dziecko, pomóż.

Pani Krystyna znała mnie, odkąd przyszłam na świat. Gdy byłam malutka, czasem mama zostawiała mnie pod opieką sąsiadki. Ona i jej mąż nie mieli dzieci.

W mieszkaniu, w którym się wychowałam, zamieszkałam znowu trzy lata temu. Moi rodzice po przejściu na emeryturę zamieszkali na wsi, w domu po dziadkach. Ustaliliśmy, że sprzedamy moją kawalerkę, a ja przeniosę się do ich mieszkania.

W kamienicy jestem najmłodsza. Większość lokatorów pamięta, jak byłam smarkulą. I tak mnie ciągle traktują, choć niedługo skończę 30 lat. Nie przeszkadza mi to. Ciągle otwieram wszystkim drzwi, pomagam wnosić po schodach zakupy i pamiętam, żeby ukłonić się jako pierwsza.

U pana Jana dziesięć lat temu zdiagnozowano raka płuc. Przeżył, ale od tamtej pory jest bardzo słaby. Ma wycięte jedno płuco i ciągłe kłopoty z oddychaniem. Ostatnio bywał już tak słaby, że prawie nie wychodził. Mieszkamy na drugim piętrze, w domu nie ma windy. Całe dnie spędza więc na balkonie, otulony kocem.

Pani Krysia do niedawna trzymała się świetnie. Dokuczały jej tylko oczy, ale do operacji tej zaćmy za nic nie mogłam jej przekonać. Ostatnio zauważyłam jednak, że czasami jest zdezorientowana. Raz na przykład stała wycieraczce i nerwowo szukała kluczy do mieszkania.

– Natka, Boże, zgubiłam klucze, a Jan sam w środku – zawołała na mój widok.
Spojrzałam na drzwi. Klucze zwisały z zamka.

Tego wieczoru wyglądała na kompletnie zagubioną. Spojrzałam na zegarek. Cholera, późno. Ale nie miałam wyjścia, nie mogłam zostawić sąsiadki bez pomocy. Zabrałam ją do siebie, dałam wody.

– Proszę pomyśleć, ratownicy na pewno mówili, gdzie zabierają pana Jana.

Pani Krysia tylko przecząco kiwała głową. Złapałam za komórkę. Dochodziła 20. „Przepraszam, ciut się spóźnię” – wystukałam SMS-a do Adama. Ciągle miałam nadzieję, że pomimo wszystko uda mi się dotrzeć do restauracji.

Adama poznałam kilka tygodni temu. Od razu wpadł mi w oko. Typ twardziela, czyli mój typ. Lubię z nimi walczyć i pokazywać, że też jestem twarda. Zaprosił mnie na drinka tydzień temu. Musiałam w ostatniej chwili odwołać spotkanie – wtedy z powodu pracy. Nie był zadowolony.

Drugi krok wykonałam ja – i zaprosiłam go dziś na kolację. Chyba go zaskoczyłam. Zapytał: „Jak zapraszasz, to i stawiasz?”. „Oczywiście” – zapewniłam. Bardzo byłam ciekawa, czy rzeczywiście bez mrugnięcia okiem pozwoli mi zapłacić. „Czekam” – odpowiedział krótko. Wyobraziłam sobie, jak siedzi sam w knajpie i robi się coraz bardziej zły.

Obdzwoniłam kilka szpitali. Miałam nadzieję, że pan Jan jest w tym najbliższym. Odprowadzę panią Krysię i pognam do restauracji. Nic z tego. Znalazłam go w specjalistycznym na drugim końcu miasta.

– Pani Krysiu, już wiem, pan Jan jest w szpitalu na Zielonej. Wezwę pani taksówkę, dobrze? – obliczyłam, że jak taksówka będzie za kilka minut, to może zmieszczę się nawet w „kwadransie akademickim”. Może ego Adama tyle wytrzyma.

Wiedziałam, że to koniec

– Natka – pani Krysia złapała mnie za rękę. – Natka, ja się tak boję. On tak źle wyglądał, jak go zabierali. A jak nie zdążę? Jedź ze mną, proszę, boję się….

Sąsiadka znowu zaczęła płakać. Wiedziałam, że nie mogę jej zostawić.

– Jasne, pani Krysiu. Pojedziemy razem, tylko minutka.

Poszłam do pokoju i zmieniłam szpilki na tenisówki. „Adam, to nagła sytuacja. Muszę jednak odwołać naszą kolację. Bardzo cię przepraszam. Wyjaśnię później” – napisałam.

Odpowiedź przyszła natychmiast. „Raczej nie będziesz mieć okazji. Miłego życia. PS. Choć miałaś stawiać, za swoje wino zapłacę sam”.

Wiedziałam, że to koniec. Samce alfa łatwo nie wybaczają. Ścisnęło mnie w żołądku, bo naprawdę sporo sobie obiecywałam po tej znajomości…

– Natka? – usłyszałam głos pani Krysi.

– Jestem gotowa. Jedziemy – złapałam kluczyki do auta. – Wszystko będzie dobrze.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->