„Dopiero po śmierci mamy, odkryłam jej mroczną tajemnicę. Przez 50 lat ukrywała przed wszystkimi, że ma nieślubnego syna”

„Obok mamy siedział jakiś obcy, bardzo przystojny mężczyzna. Z całą pewnością nie był to mój tata. Tymczasem trzymał dłoń na brzuchu mamy w tak czuły sposób, w klimacie takiej intymności, że kim innym, jak nie ojcem oczekiwanego dziecka mógł być?”.

– Mam do ciebie prośbę, Moniczko… – zaszemrał ojciec. Czy on kiedykolwiek „miał do mnie prośbę”? Nie, on wymagał i egzekwował. To był raczej słownik mamy: „proszę cię, córeczko, zrób coś”. I łagodne spojrzenie. Nie było mowy, żeby odmówić, postawić się, zbuntować. Moja kochana, zawsze delikatna mama. Trzeba było jej śmierci, żeby tata się zmienił.

– Nie czuję się na siłach szperać w jej rzeczach. Wiem, że to ja powinienem zrobić z nimi porządek, ale… Nie mogę, rozumiesz mnie, Moniczko? Ubrania to może kiedy indziej, ale przejrzyj chociaż te szpargały w szufladach. I biżuterię trzeba jakoś porozdzielać. Zdecyduj, co sama chcesz wziąć, co dać Zosi – miał na myśli moją bratową.

Dobra córka ze mnie, posłuszna, wychowana

Musiałam się zgodzić, chociaż wolałabym tego nie robić. Wolałabym, żeby to ojciec przejrzał i porozdzielał, skoro mama nie zdążyła. Pewnie, że nie zdążyła, nie wierzyła przecież, że tak szybko umrze. Była niezwyciężoną optymistką, do ostatniej chwili. To ojciec nie miał złudzeń, ona zawsze tchnęła optymizmem. Była promieniem słońca w życiu nas wszystkich.

Z ciężkim sercem otwierałam szuflady. Ojciec uciekł do parku na spacer. Przebierałam wśród dobrze mi znanych bransoletek, zegarków, naszyjników, kolczyków. Nie były bardzo cenne, ale przywodziły piękne wspomnienia. Metodycznie – to też słowo ze słownika mamy – tworzyłam oddzielne kupki: to dla mnie, to dla Zośki, dla Zośki więcej, żeby obdzieliła córki, żeby zostało im coś po babci. Pomyślałam też o siostrze mamy, zawiozę jej jakiś drobiazg na pamiątkę – postanowiłam. Po świecidełkach przyszła kolej na dodatki.

Jakież to śliczne – patrzyłam z zachwytem na czarną torebeczkę z aksamitu, wpuszczoną w siatkę ze srebrnych kółeczek. Pamiętałam to cudeńko z dzieciństwa, kiedy rodzice chodzili jeszcze na sylwestrowe bale albo do opery. Otworzyłam torebkę i zajrzałam do wyściełanego jedwabiem środka. Coś w nim było. Fotografia. Czarno-biała, kolory wyblakłe i pożółkłe, na krawędzi nierówne ząbki. Niewątpliwie bardzo stara.

Widziałam zdjęcia z okresu, kiedy mama była za mną w ciąży, lubiłam do nich wracać. Piękna młoda kobieta oczekująca pierwszego dziecka, roześmiana i szczęśliwa, szczupła, chociaż z dużym brzuchem. To zdjęcie różniło się jednak od pozostałych. Obok mamy siedział jakiś obcy, bardzo przystojny mężczyzna. Z całą pewnością nie był to mój tata. Tymczasem trzymał dłoń na brzuchu mamy w tak czuły sposób, w klimacie takiej intymności, że kim innym, jak nie ojcem oczekiwanego dziecka mógł być?

Zaraz, zaraz – pomyślałam w panice. O co tu chodzi? Co to ma być? Szumiało mi w głowie, poczułam się tak, jakby ktoś walnął mnie z całej siły w czaszkę wielkim młotem. Nic nie rozumiałam. Siedziałam wmurowana w fotel i przypatrywałam się szczegółom tajemniczej fotografii, choć zrobiło mi się słabo. Mama wyglądała na niej dokładnie tak samo, jak na tamtych zdjęciach, które znałam, miała nawet tę samą sukienkę. Ale mogłam się mylić.

Na miękkich nogach przeszłam do pokoju ojca, gdzie na półkach leżały stare albumy. Dużo ich nie było, w tamtych czasach ludzie nie fotografowali się tak często jak dziś. Bez trudu odnalazłam interesujące mnie fotografie. Mama była na nich sama, nigdy mnie to nie dziwiło. Tata pstrykał, mama pozowała. Ta sama twarz? Jak się ma lat dwadzieścia trzy, a tyle miała mama, gdy mnie urodziła, wygląda się mniej więcej podobnie jak na przykład dwa lata wcześniej czy później, zwłaszcza w ciąży, która pogrubia rysy.

Wpatrywałam się uważnie, ale nie byłam w stanie ocenić, czy fotografie pochodzą z tego samego lata. Na jednej i na drugich włosy mamy zgodnie z modą były rozpuszczone i spięte ozdobną wsuwką, ale nosiła je w ten sposób jeszcze wiele lat, sama pamiętam. A jej dziewczęca figura zmieniła się znacznie później. Szukałam jakiegoś szczegółu, który rozwiałby wątpliwości, ale na próżno. Nawet ta sukienka… Przecież mama nie miała ich wtedy wiele.

Co robić? W jaki sposób dowiedzieć się prawdy, rozsupłać tajemnicę, z której w skrajnym wypadku wynikać by mogło nawet i to, że mój ojciec nie jest wcale biologicznym ojcem? Nonsens, ale tak czy siak, sprawa wydała mi się mroczna, ciężka, lepka. Mam go tak po prostu zapytać, kim był ów facet?

Teraz, gdy tata jest w dołku od czasu śmierci mamy? Niemożliwe, to by go jeszcze bardziej psychicznie pogrążyło. A jeśli to nie jestem ja, w brzuchu mamy na tym zdjęciu, to skąd pewność, że tata w ogóle cokolwiek mi wytłumaczy?

Może będzie tak samo zszokowany jak ja

Teraz przypatrywałam się mężczyźnie. Na pewno kilka lat starszy od mamy, dużo bardziej od niej dojrzały,, szczupły, z wąsami, o ciemnych włosach zaczesanych zgodnie z modą. Ja też jestem wysoka, szczupła i ciemnowłosa, a tata to trochę „świński blondyn” i, przynajmniej do niedawna, zawsze „dobrze wyglądał”.

Wydawało mi się jednak, że z rysów twarzy jestem do niego bardzo podobna. Co prawda rodzina mamy twierdziła inaczej, często wykrzykiwano: „wykapana mama”, „kropka w kropkę”, „co do joty”. Tknęło mnie. Jasne, ciotka mi wszystko powie. W takiej sytuacji puści farbę, nawet jeśli niegdyś poprzysięgła milczenie.

Zdecydowałam się poprowadzić to śledztwo, jak gdyby dotyczyło ono kogoś innego niż moja nieżyjąca kochana mama. Nie byłam w stanie do końca uwierzyć w to, co zobaczyłam na fotografii, w to, co moje odkrycie miałoby znaczyć, nie czułam się na siłach snuć scenariuszy. Byłam w szoku. Działałam jak detektyw w nieswojej sprawie. Ot, niezwykle interesująca zagadka domagająca się wyjaśnienia, mało jednak osobista.

Dziwne uczucie. Schowałam fotografię do portfela, skończyłam pracę, przekazałam tacie informację, komu co podarować, o ile on nie zdecyduje inaczej. Następnie wybrałam numer telefonu. Uznałam, że starsza o kilka lat siostra mamy, ciocia Krysia, musi orientować się w wydarzeniach sprzed lat. Tylko jak z nią rozmawiać? Od czego zacząć? Nie umiałam się zdecydować, kiedy więc tego samego wieczoru usiadłam przy stole w maleńkiej kuchni jej kawalerki, po prostu wyciągnęłam fotografię i w milczeniu jej ją podałam, bacznie przypatrując się reakcji. Takiego zdumienia moja ciotka udać by nie umiała. Znam ją.

– O, Teresa – oświadczyła, jakbym mogła mieć jakiekolwiek w tym względzie wątpliwości.

– Jasne. Tylko kim jest ten pan, który tak poufale trzyma ją za brzuszek?

– Nie mam zielonego pojęcia.

Zapanowała między nami ciężka cisza, gęsta od niewyjaśnionych zdarzeń.

– Ciociu, czy mama jest tu w ciąży ze mną? Powiedz, proszę.

– A z kim? Przecież nie z twoim bratem, urodzonym dziesięć lat później. Inaczej już wtedy wyglądała.

– Ale może była w jeszcze jednej ciąży? Na przykład przede mną? Nic ci nie wiadomo na ten temat?

– Nie.

– A gdyby była, musiałabyś o tym wiedzieć, prawda?

Zamyśliła się.

– Niekoniecznie. Przecież studiowałam tutaj, w Warszawie, a Teresa, dopóki nie wyszła za twojego ojca, wynajmowała mieszkanko w Rzeszowie. Tam uczyła się w liceum i tam potem znalazła sobie pracę, sama wiesz, opowiadała. Nie byłyśmy wtedy zbyt blisko ze sobą, twoja mama trochę mi zazdrościła życia studenckiego w stolicy, a ja… ja miałam swoje sprawy. Nie zwierzałyśmy się sobie.

– Myślisz, że mogła być w tak zaawansowanej ciąży i rodzina w ogóle by o tym nie wiedziała? I o dziecku, które urodziła? To brzmi absurdalnie.

Znowu to długie milczenie.

– Pamiętajmy, jakie to były czasy. Panny nie chwaliły się błogosławionym stanem. Dziadkowie nie byliby zachwyceni, delikatnie mówiąc. Mogła w ogóle im się na wsi nie pokazywać, unikać spotkań. A dziecko mogło urodzić się zbyt wcześnie i umrzeć. Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia – rozłożyła bezradnie ręce.

Patrzyła na mnie tak samo ogłupiałym wzrokiem, jak ja na nią.

– A tata? Słyszałam zawsze, że pobrali się rok przed moim narodzeniem. Byłaś na ich ślubie? Bo przecież ja żadnego dokumentu na oczy nie widziałam. Może to wcale nieprawda!

– Prawda. Byłam druhną Teresy.

– Więc mój ojciec musi być moim ojcem? – naciskałam.

– No, wiesz… Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Chociaż teraz to już niczego nie jestem pewna.

– Jak myślisz, ciociu, kto by mógł cokolwiek tu wyjaśnić?

– No… Chyba tylko twój ojciec. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy.

– Boję się z nim teraz o tym rozmawiać. A może pamiętasz jakąś jej przyjaciółkę z tamtego okresu?

– Bingo! Oczywiście, Aleksandra.

– Znały się wtedy? Nie wiedziałam. Ale tak, skoro to przyjaciółka z Rzeszowa…

– Przyjaźniły się z twoją mamą od liceum. Dopiero później to ostygło, gdy Tereska wyjechała do Warszawy. Założę się, że Ola coś wie, musi wiedzieć.

Bardzo ostygło, bo Aleksandrę nawet mało znałam, była ze dwa razy u nas, ale dawno, dawno temu. Czasem rozmawiały z mamą przez telefon, lecz  nie przyjechała pogrzeb, wymówiła się złym stanem zdrowia. Dzwoniłam do niej, więc numer miałam w komórce. Postanowiłam udać, że służbowe sprawy ściągają mnie do jej miasta, i że w związku z tym chętnie bym ją odwiedziła. Wydała mi się nieprzyjemnie zaskoczona.

– Ale ja się bardzo źle czuję, Moniko – zastrzegła. – Mam kłopoty z sercem, a jeszcze doszło do tego, że złamałam prawą rękę. Ręka bardzo boli i szczerze mówiąc, ciężko by mi było nawet zrobić ci herbatę. Nie chcę nadwyrężać dobrej woli sąsiadki, która mi pomaga, ale i tak poświęca na to zbyt wiele czasu.

– Zależy mi na tym spotkaniu. Chcę cię o coś zapytać, o coś dla mnie bardzo ważnego. Nie przejmuj się, ciociu, długo nie zabawię. A i z herbatą sobie poradzę. Bardzo cię proszę.

– No dobrze – westchnęła zrezygnowana; może domyśliła się, o co ją będę pytać?

– Franek! – wypaliła na widok fotografii.

– Znasz go?

– Oczywiście… to znaczy znałam. Nigdy bym nie przypuszczała, że Teresa zostawi jednak sobie to zdjęcie. Myślałam zawsze, że calutką swoją przeszłość porzuciła tutaj, w Rzeszowie.

– Miała je schowane w wieczorowej torebce. Nieużywanej od wieków, schowanej na dnie szuflady.

– Nie dziwię się. Na jej miejscu pozbyłabym się wszelkich dowodów.

– Dowodów na co?

– Nie widzisz?

– Widzę. Nie jestem jej pierwszym dzieckiem, jak przez lata utrzymywała?

– No, nie jesteś. Masz trochę starszego braciszka, Piotra. Albo miałaś. Kto wie, czy jeszcze żyje.

– Co się z nim stało? Co się stało z ojcem tego dziecka? Frankiem?

– Tak, Frankiem. Wielka miłość twojej mamy. Zabił się na motorze, zderzył się z drzewem. Ale to było już długo po tym, jak zerwali ze sobą i jak Tereska wyszła za twojego ojca. Wiem, bo czytałam nekrolog.

– A dziecko?

– Poszło do adopcji od razu po urodzeniu. Teresa wyrzekła się rodzicielskich praw. Ojciec nieznany, podała w urzędzie.

– To niemożliwe. Nie wierzę. Moja mama nigdy w życiu by czegoś takiego nie zrobiła! Nigdy, przenigdy! Była taką dobrą, czułą, kochającą matką. A potem babcią. Na widok dziecka rozpływała się w uśmiechach. Wielbiła dzieci.

Patrzyłam na Aleksandrę z nienawiścią

Stara ropucha. Coś między nimi zaszło, przestały się przyjaźnić i teraz wrednie obgaduje dawną przyjaciółkę. Może w ogóle jej się w głowie poprzestawiało i bzdury opowiada. Naoglądała się filmów i wszystko jej się pomieszało, fikcja, życie, losy różnych ludzi. Zwariowała po prostu.

Ale przecież w głębi ducha wiedziałam, że mówi prawdę. Tylko chyba niepotrzebnie ja tej prawdy dochodzę. Nie chcę jej, nie potrzebuję, boję się jej i przed nią bronię. Przez tyle lat jej nie znałam, na co mi ona teraz, gdy już i tak jest za późno? Za późno, żeby wypowiedziała się mama, żeby cokolwiek mi wytłumaczyła. Za późno, żeby odnaleźć Piotra, mojego starszego brata. Tak zawsze marzyłam, żeby mieć starszego brata…

– Mój ojciec wiedział o tym?

– Jego pytaj.

Niespodziewanie w głosie Aleksandry pojawiła się miękkość, delikatność. Jakby coś się w niej przełamało.

– Monisiu, to było przeszło pół wieku temu. Inne czasy, nawet nie masz pojęcia, jak inne. A Franek był już żonaty, gdy Tereska się w nim zakochała, na zabój, szaleńczo. Jej rodzice na wsi nigdy nie zaakceptowaliby ślubu córki z rozwodnikiem, mającym już dzieci z inną kobietą. Gdyby w ogóle doszło do rozwodu, bo na to się nawet nie zanosiło. Znałaś dziadka. Wyobrażasz sobie, jak zareagowałby na wieść o nieślubnym wnuku? Twoja mama nie chciała aborcji. Urodziła dziecko, oddała je. Zrobiła tak, jak jej sumienie nakazało. Nie osądzaj tego zbyt surowo.

– Czy mama wiedziała, gdzie się jej synek wychowuje? Znała jego nowych rodziców?

– Nie. Wyrzuciła to dziecko ze swojego życia i z pamięci. Tak w każdym razie zawsze twierdziła. Rozmawiałyśmy o tym nieraz, oczywiście nie w waszym domu. Początkowo tego nie rozumiałam, nie akceptowałam, ale z upływem lat doszłam do wniosku, że dobrze zrobiła. Zbudowała sobie życie na nowo.

– Kłamała!

– Nie wiem. Zauważ, że nie odnalazłaś zdjęcia dziecka. Tylko to… – popatrzyła jeszcze raz na zdjęcie i podała mi je z powrotem. – Wiesz, lepiej je zniszcz. Nie żyje już żadne z tej romantycznej pary. Ta fotografia dla nikogo nie ma, nie powinna już mieć, znaczenia.

Nie powiedziałam nikomu o niczym

Pozostawało pytanie, czy rozmawiać o tym z ojcem. Spytać go, czy wiedział coś o Franku i Piotrze. Długo biłam się z myślami. Obserwowałam go, zadawałam podchwytliwe pytania, czujnie badałam reakcje. Widziałam człowieka złamanego śmiercią długoletniej towarzyszki życia. Zatrzaśniętego w swoim bólu.

Ostatecznie zrezygnowałam. Skoro mama nie znała dalszych losów swojego pierwszego dziecka, on też znać ich nie mógł. A tylko to, jedynie i wyłącznie wiedza na temat mojego starszego brata, mogła być wartością płynącą z otwartej rozmowy na temat tajemnicy, która przetrwała tyle lat.

Cała reszta byłaby wyłącznie ranieniem lub rozdrapywaniem starych, zabliźnionych ran. Skoro tak, niech tajemnica dalej trwa. Nie powiedziałam nikomu o niczym. Fotografię schowałam głęboko pośród moich własnych szpargałów.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->