„Bratowa wzięła kuzynkę na matkę chrzestną córki, bo tamta śpi na kasie. Gdy zobaczyła prezent, pożałowała tej decyzji…”

„Myślałam, że to ja zostanę matką chrzestną Kasi. Niby wiedziałam zawsze, że Monika jest interesowna; w końcu nawet listę gości na swoje wesele układała według klucza, kto ile przyniesie w kopercie. Ale sądziłam naiwnie, że jeśli chodzi o dziecko, to będzie się kierowała innymi pobudkami”.

Kiedy mama zapowiedziała, że do mnie wpadnie po południu, przez moment nawet trochę się zdziwiłam, że znajdzie dla mnie czas. Przecież od pewnego czasu każdą wolną chwilę spędzała u mojego brata, opiekując się Kasią.

Kasia to moja bratanica i pierwsza wnuczka w rodzinie. Nic dziwnego, że wszyscy dostali hopla na jej punkcie. Przyznaję, że ja też. Ta mała kruszynka, chociaż ma tylko cztery miesiące, wydaje mi się nie tylko najsłodszym, ale i najmądrzejszym dzieckiem na świecie.

Jakaś kuzynka ma ją trzymać do chrztu?

Pod koniec lata na rodzinną wokandę wypłynęła sprawa chrztu malutkiej. Byłam przekonana, że jako siostra ojca właśnie ja zostanę matką chrzestną Kasi. W naszej rodzinie zwyczajowo to matka chrzestna zapewnia dziecku ubranko. Ja sukienkę znalazłam jeszcze przed narodzinami bratanicy. Śliczną, z delikatnej bawełny pokrytej haftem richelieu. Oczywiście, na wszelki wypadek wzięłam większy rozmiar, ale Kasia rosła jak na drożdżach. Tymczasem brat z bratową strasznie zwlekali z uroczystością… Bałam się, że sukienka zrobi się za mała.

– Może ty znasz ich plany? – zapytałam mamę.

W sumie to się nawet dobrze złożyło, że przyszła, bo mogłyśmy wreszcie swobodnie pogadać. Ostatnio przecież widywałyśmy się głównie u brata.

– O ile wiem, chcą te chrzciny zrobić za trzy tygodnie – stwierdziła mama.

– Nareszcie! – ucieszyłam się. – Jak sądzisz, co powinnam włożyć? – poleciałam od razu do szafy. – No bo wiesz, muszę być jednocześnie elegancka i skromna…

– Ja właśnie w tej sprawie – bąknęła mama dziwnie spięta.

Spojrzałam na nią zaskoczona. Dopiero teraz zauważyłam, że pije swoją kawę małymi łyczkami, jakby jej nie smakowała, a przecież zaparzyłam jej ulubioną, o smaku wanilii.

Siadłam więc przy niej.

– Masz prawo czuć się trochę rozczarowana, ale… – mama poprawiła się na fotelu. – Monika z Jackiem postanowili na matkę wziąć kogoś innego.

– Jak to? – zatkało mnie.

– Monika zadecydowała, że jednak matką chrzestną zostanie jej kuzynka Joasia – powiedziała mama cicho.

– I Jacek się na to zgodził? – poczułam, że zalewa mnie fala goryczy. – Naprawdę już tak bardzo chodzi na pasku żony, że… – do oczu napłynęły mi łzy, z którymi nie miałam nawet siły walczyć.

– Kotuś, to nie tak…

Mama odstawiła filiżankę i natychmiast mnie przytuliła.

– Nie tak? No to jak? – rozszlochałam się na dobre.

Poczułam na włosach jej ciepłą, opiekuńczą dłoń.

– Tak bardzo się na to cieszyłam! – wybulgotałam jej w ramię. – Jestem siostrą Jacka! Dlaczego oni mi to robią? Dlaczego?!

– Nie wiem, Edytko – stwierdziła łagodnie mama.

– Ale ja wiem! – poderwałam się nagle, jednym ruchem ocierając łzy z oczu. – Monice jak zwykle chodzi o pieniądze!

No cóż, ja nie zarabiam kokosów…

Kiedy tylko padło imię Aśki, od razu dodałam dwa do dwóch. Kuzynka Moniki przez ostatnie dwa lata pracowała w Irlandii. I w rodzinie mojej bratowej panowało przekonanie, że teraz siedzi na forsie. Wiedziałam zawsze, że Monika jest interesowna; w końcu nawet listę gości na swoje wesele układała według klucza, kto ile przyniesie w kopercie. Ale sądziłam naiwnie, że jeśli chodzi o dziecko, to będzie się kierowała innymi pobudkami.

– Liczy na bogate prezenty, teraz i w przyszłości… – wiedziałam, co mówię, i było mi strasznie przykro, bo ja byłam gotowa do finansowych poświęceń.

Chociaż pracuję w biurze jako zwyczajna urzędniczka i kokosów nie zarabiam – do chrztu dziecka brata przygotowywałam się od chwili, gdy usłyszałam, że Monika jest w ciąży. Założyłam specjalną lokatę i wpłacałam tam po 200 złotych miesięcznie. Może to dla kogoś jest nic, ale dla mnie całkiem sporo, zważywszy że dostaję 2500 złotych na rękę.

Jako uposażoną do konta zrobiłam właśnie Kasię, kiedy się tylko urodziła. Jest już na nim 1600 złotych, a do jej pełnoletności zbierze się całkiem niezła sumka. Może nie wystarczy na mieszkanie, jednak na jakiś nieduży, używany samochód na pewno… Zresztą, czy w chrzcie chodzi jedynie o pieniądze? A gdzie rodzinne więzi, gdzie miłość? Czy ta Joaśka będzie kochała Kasię tak jak ja? Pospieszy jej na pomoc w potrzebie?

– Na pewno nie, nie ma mowy! – wymamrotałam.

– Co mówisz? – spyta mama, patrząc na mnie z troską.

– Mówię, że jest mi przykro! – nie owijałam w bawełnę. – Także z tego powodu, że mój brat nie miał cywilnej odwagi, żeby mi tę nowinę zakomunikować osobiście. Nie sądzisz, że to z jego strony świństwo?

– No, sama wiesz, córciu, jaki jest Jacek. Taki… – mama szukała odpowiedniego słowa.

– Tchórzliwy! – stwierdziłam.

Nie zaprzeczyła.

– Pewnie Monika mu powiedziała, że sam musi ze mną pogadać, bo jestem jego siostrą, on to zrzucił na ciebie… A kto będzie w takim razie chrzestnym? – zainteresowałam się.

Byłam pewna, że ktoś z naszej rodziny, bo przecież przeważnie tak się robi. Albo może któryś z kolegów Jacka.

– O ile wiem, to mąż tej Aśki – powiedziała niepewnie mama.

A więc to tak! Nasza rodzina została ze chrztu w ogóle wykolegowana! Pięknie… „Oby Monika się na tym nie przejechała” – pomyślałam.

Na jesienny chrzest stawiłam się ze sztucznie pogodną miną. „Dobrze chociaż, że sukienka jest na Kasię jeszcze dobra” – myślałam, bo mała oczywiście została ubrana w strój, który ja wcześniej kupiłam. Ta Aśka nawet o sukience nie pomyślała… Podobno w ich rodzinie nie ma takiego zwyczaju.

Na widok prezentu wszystkich zatkało

Trudno mi było patrzeć, jak zamiast mnie trzyma przed ołtarzem moją kruszynkę, ale jakoś opanowałam emocje. A potem wszyscy goście zostali zaproszeni do restauracji na przyjęcie. Przyznam, że zżerała mnie ciekawość, co dadzą dziecku rodzice chrzestni. Kiedy zobaczyłam niewielkie tekturowe pudełko, ładnie opakowane w kolorowy papier, bardzo chciałam, by bratowa jak najszybciej je otworzyła.

Monika także była ciekawa, rozerwała więc papier i naszym oczom ukazała się… porcelanowa skarbonka w kształcie różowej świnki! Taka, jaką można kupić w Polsce za kilkadziesiąt złotych.

 Skarbonka to taki irlandzki zwyczaj… – stwierdziła Aśka, widząc nasze zdumione miny.

– Mam nadzieję, że przynajmniej jest pełna – mruknął, acz mało dyskretnie, mój ojciec, który nigdy nie owijał w bawełnę tego, co ma do powiedzenia.

Skarbonka jednak, jak przewidziałam, była pusta. Rodzice chrzestni najwyraźniej sądzili, że dali dziecku „solidne podstawy”, a oszczędzać ma już ktoś inny.

Widziałam, że im bardziej do Moniki dociera, że to koniec prezentów od chrzestnych, tym bardziej jest wściekła! W końcu musiała dorwać gdzieś Aśkę na stronie i powiedzieć, co jej leżało na wątrobie. A na to usłyszała:

– A co ty myślisz, że my śpimy na forsie? Od kiedy dwa miesiące temu wróciliśmy z Irlandii, jesteś piątą kuzynką, która poprosiła mnie na chrzestną. Skąd mam nastarczyć tyle pieniędzy? Przecież pojechałam za granicę zarobić na swoje mieszkanie, a nie na cudze dzieci!

A na pytanie, dlaczego w takim razie zgodziła się podawać Kasię do chrztu, odparowała, wznosząc wysoko podbródek:

– Nie wiesz, że w takim wypadku się nie odmawia? Nie wolno, to… niechrześcijańskie!

Monika nie znalazła riposty. A ja? No cóż, może i czuję niesmak po tym wszystkim, ale przecież nadal kocham to niewinne dziecko. Jako ciocia będę obecna na jej urodzinach, komunii, ślubie… I jeśli tylko będę mogła, zawsze jej pomogę. Także finansowo. Dlatego, wychodząc wieczorem z restauracji, włożyłam dwieście złotych do brzydkiej, zapomnianej skarbonki, która stała na stole. Na dobry początek.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->