„Mamę gnało w świat, mnie podrzucała dziadkom. Obdarzała miłością kolejnych kochanków, ale poskąpiła jej własnej córce”

„W pewnym momencie przestałam na nią czekać. Zrozumiałam, że mogę liczyć tylko na siebie i na dziadków, i już nie dzwoniłam. Odcięłam się od mamy. Zbudowałam własne życie, a ją traktowałam jak znajomą, którą widuje się raz czy dwa razy w roku”.
HANNA, 38 LAYT / 12.02.2023 19:15
dziewczynka, która tęskni za matką

fot. Adobe Stock, iloli

Koło szóstej poszłam pobiegać, potem szybki prysznic. Miałam jeszcze tyle spraw do załatwienia! Stałam więc w strudze letniej wody i zastanawiałam się, od czego zacząć, gdy nagle przypomniałam sobie słowa mojego ginekologa: „Bada się pani czasem?”. „Nigdy” – odpowiedziałam sama sobie w myślach. I choć tamta rozmowa odbyła się rok temu, odruchowo dotknęłam piersi.

Powinnam się badać, bo jestem w grupie ryzyka, ale jakoś nie umiałam się zmusić. Ja, kobieta odpowiedzialna, która nie boi się wyzwań, truchlałam na samą myśl o tym, co mogę poczuć pod palcami. Na wszelki wypadek nie dotykałam się wcale.

Codzienność męczyła ją. Czuła, że się dusi

Odetchnęłam z ulgą, kiedy niczego nie znalazłam. I nie zamierzałam powtarzać tego doświadczenia. Przynajmniej nie szybko.

– A jednak to nie mój problem – powiedziałam do swojego odbicia w lustrze. – Nie ja będę tą naznaczoną.

Od śmierci mamy nie mogłam zapomnieć, że być może nad kobietami w naszej rodzinie wisi klątwa. Najpierw ciotka, potem ona. Kto będzie następny? Kogo zabierze choroba? Może jednak nie mnie… W końcu tak bardzo różniłyśmy się od siebie.

Czasem w dzieciństwie wyobrażałam sobie, że podmieniono mnie w szpitalu; że gdzieś tam żyje kobieta, która mogłaby mi dać tyle ciepła, ile potrzebowałam. Bo ja, w przeciwieństwie do mamy, chciałam spokojnego, normalnego życia, a ją wciąż gdzieś gnało. Nawet po moich narodzinach, jak opowiadała mi babcia, nie mogła długo wytrzymać w domu.

– Nudzę się, duszę – mówiła mama i już wsiadała do pociągu.

Jechała w góry, na rowery, w Himalaje, do Indii, Australii czy na Biegun Północny. Przysyłała kartki, przywoziła zabawki, całowała, zachwycała się moimi pierwszymi ząbkami albo postępami w chodzeniu, dzień czy dwa zajmowała się mną, a potem znowu jej nie było.

 Nie tak miało wyglądać moje życie – żaliła się babci, jakby to mogło cokolwiek tłumaczyć. – No wiesz, gdyby z Jankiem się udało. Gdyby nie zostawił mnie dla tamtej szantrapy, dzisiaj bylibyśmy cudowną rodziną. A tak…

Co z tego, skoro słowa rozsądku nie robiły na mojej mamie większego wrażenia. Lubiła czuć się ofiarą losu… Dlatego niechętnie ponosiła odpowiedzialność za swoje czyny i zajmowała się mną bez entuzjazmu.

– Muszę poukładać swoje życie, potem przyjdzie czas na Hanię. Zabiorę ją gdzieś ze sobą – obiecywała i po kilku tygodniach znowu mnie porzucała.

Jak nie dla podróży, to dla idei albo kolejnego faceta. Miałam pięć, dziesięć, piętnaście lat – a ona wciąż szukała miłości. Podrzucała mnie dziadkom lub, już później, zostawiała samą w domu i pędziła na drugi koniec Polski, bo tam czekał jakiś ważny „on”. Najczęściej zajęty. Miał dla niej godzinę lub dwie w tygodniu wyrwane własnej rodzinie. Nie zważała na to. Wynajmowała kawalerkę, znajdowała dorywczą pracę i żyła czekaniem.

Najlepiej czuła się, gdy jej ukochany miał jakieś problemy: alkoholowe, z narkotykami, prawem czy zdrowiem. Wtedy poświęcała się dla niego bez reszty. Z czystym sumieniem zatracała się w uczuciu i zapominała o całym świecie, w tym także o mnie.

Traktowałam ją jak daleką znajomą

A ja tęskniłam… Dzwoniłam, pisałam listy. Prosiłam, żeby nie zapomniała chociaż o świętach czy moich urodzinach. Obiecywała przyjechać, ale często kończyło się na kartkach z życzeniami. Spałam potem z nimi wciśniętymi pod poduszkę.

W pewnym momencie przestałam na nią czekać. Zrozumiałam, że mogę liczyć tylko na siebie i na dziadków, i już nie dzwoniłam. Odcięłam się od mamy. Zbudowałam własne życie, a ją traktowałam jak znajomą, którą widuje się raz czy dwa razy w roku. Nie zwierzałam się jej, raczej podsuwałam jej okrojone historie ze swojego życia. Za to ona lubiła wylewać łzy, radzić się mnie po kolejnej utraconej miłości czy zawiedzionych nadziejach, bo nagle lukratywne zlecenie spaliło na panewce albo okazywało się nie tym, czego oczekiwała.

Słuchałam jej więc, pocieszałam, jak umiałam najlepiej, serwując bulion, którym w takich sytuacjach często wzmacniała mnie babcia. A potem pakowałam ją do samochodu i żegnałam przed kolejną wyprawą. To babcię kochałam jak mamę, a dziadek zastępował mi ojca. Dzięki ich miłości i wsparciu łatwo znosiłam rozstania z mamą i życie w ogóle, mimo świadomości, że ojciec oprócz nazwiska i strzępu genów nie dał mi nic.

Zakochałam się, założyłam rodzinę. Moim dzieciom wpajałam zasady, których kiedyś nauczyli mnie dziadkowie. Nie dziwiło mnie, że moje maluchy do nich mówią: „babciu” i „dziadku”, a moją mamę traktują jak jakąś daleką, szaloną ciotkę. Ten układ odpowiadał wszystkim. Do czasu, gdy zachorowała na raka piersi. Trzecie, zbyt późno wykryte stadium nie dawało jej żadnych szans. Lekarze mówili o trzech miesiącach, mama przeżyła rok. Zmarła w moim mieszkaniu, otoczona opieką całej rodziny.

Choroba jej nie zmieniła. Nie otworzyła na nas… Odeszła tak, jak żyła – skupiona na sobie. Z pretensjami do mężczyzn, dla których traciła głowę, a którzy tak łatwo o niej zapomnieli; do świata powierzchownych znajomości i krótkich zachwytów.

Nawet w chwili ostatecznego rozstania nie miałam matki… Żałowała jedynie, że nie może mnie zabrać w żadną z tych szalonych podróży, i pokazać miejsc, jakie dane jej było zobaczyć. Wtedy tego nie rozumiałam. Bolało mnie, że nawet przez chwilę nie może się zachowywać jak prawdziwa rodzicielka. Nie tuli, nie wyznaje, jak bardzo żałuje, że mnie nie rozpoznała – tylko wzdycha do dalekich krajów. Dopiero później zrozumiałam w jak różnych żyłyśmy światach. Może naprawdę chciała, bym poznała ten jej? Ale czy ona pragnęła zbliżyć się do mojego? Nie.

„Może jednak zostałam podmieniona w szpitalu? Może więc i rak nie jest pisany ani mnie, ani mojej córce?” – myślałam, wsiadając tamtego październikowego poranka do samochodu, i po raz kolejny oddychając z ulgą, że nie wyczułam żadnego guzka.

Najpiękniejszy był powrót do domu

Więcej nie zamierzałam się badać. Wiem, że to głupie, ale tak postanowiłam. Los jednak zadrwił sobie ze mnie okrutnie.  Dwa lata później okazało się, że i mnie dotknęła ta choroba. Miałam więcej szczęścia od mamy. Pierwsze stadium i nadzieja na pokonanie wroga. Bolesna chemioterapia, sterydy i wyczerpanie, a jednocześnie ogromne wsparcie bliskich. Dzieci, męża, dziadków. To dla nich walczyłam o siebie. Zdawałam sobie sprawę, że babcia nie przeżyje kolejnej śmierci w rodzinie, i dźwigałam się mimo bólu i braku sił.

Przetrwałam. Od tamtego czasu minęły trzy lata. Nigdy nie odważę się powiedzieć, że pokonałam raka, ale nauczyłam się żyć chwilą. Cieszyć każdym dniem, promieniem słońca, deszczem, mgłą unoszącą się nad miastem, smakiem porannej herbaty, dotykiem dłoni męża, uśmiechem dzieci, a nawet przypalonym obiadem czy awanturą ze wścibską sąsiadką. Bo to zawsze może się nagle skończyć.

Po ostatniej wizycie u lekarza, po trzech latach od początku choroby, bliscy zorganizowali dla mnie przyjęcie. Był szampan i różne wymyślne dania. Wyjść za kucharza to prawdziwe szczęście, więc byłam szczęściarą… Tamtego wieczoru poczułam coś jeszcze: ogromną tęsknotę za mamą. Jeszcze nie wiedziałam, o co mi chodzi, lecz rano już byłam pewna. I oznajmiłam mojemu zaskoczonemu mężowi, że muszę wyjechać. Nie gdzie indziej jak… do Indii.

Wkrótce ucałowałam dziadków, męża, dzieci i wsiadłam do samolotu lecącego na Wschód. Szlakiem, który mama przebyła po rozstaniu z moim ojcem. Odwiedzałam miejsca znane mi z jej pocztówek, oglądałam świat, w którym kiedyś ona próbowała się odnaleźć. Wróciłam do domu spokojniejsza, z radością witałam rodzinę.

Nadal nie wiem, co gnało moją mamę w świat. Dlaczego stale pędziła przed siebie, skoro tak blisko miała wszystko, czego potrzebowała. Bo dla mnie najpiękniejszy w tej wyprawie okazał się powrót do domu. Do ludzi, których kocham i dla których jestem ważna. Do cudownego męża, do moich dzieciaków, naszych radości i smutków, do dziadków, którzy dali mi wszystko, czego potrzebowałam. Bez nich nie umiałabym żyć nawet w najpiękniejszym miejscu na globie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->