„Córka wymusiła na mnie urodzinową imprezę i jeszcze kupiła mi obrzydliwy prezent. Miałam udawać, że mi się podoba?”

„Zastanawiałam się, skąd Gośce przyszło do głowy, żeby mi kupić coś takiego?! Znała przecież mój gust. A może to Witek, mój zięć, ją namówił? Posprzeczaliśmy się ostatnio i może w ten sposób się na mnie odegrał? Tak, byłam pewna, że to jego wina. No i co teraz, mam udawać, że jestem zadowolona? Aż taką dobrą aktorką nie jestem”.

W naszej rodzinie nie było zwyczaju obchodzenia urodzin. Ot, składaliśmy sobie życzenia, czasem wręczaliśmy kwiatek, ale to wszystko. Goście, rodzinne nasiadówki przy stole i prezenty zarezerwowane były na dzień imienin. Przywilej zdmuchiwania świeczek na urodzinowym torcie miało tylko najmłodsze pokolenie – czyli nasze wnuki, 7-letni Olek i o rok od niego młodszy Kuba. To kochane chłopaki, i jak na swój wiek, obaj są niezwykle bystrzy. No ale zbliżały się moje pięćdziesiąte urodziny i Gosia, moja starsza córka, orzekła, że taki jubileusz to jednak trzeba należycie uczcić.

Cóż, ja wcale tak nie uważałam

Czułam się młodsza niż wskazywała metryka i nie za bardzo lubiłam, gdy mi przypominano mój prawdziwy wiek, choćby za sprawą urodzinowego przyjęcia. Ale ponieważ mieszkałam razem z Gosią, to niewiele miałam w tej kwestii do powiedzenia. Ona tu była gospodynią i w większości spraw miała ostatnie słowo. Zgodziłam się więc na małą uroczystość, wyłącznie w gronie rodzinnym, bez drogich prezentów, a co najważniejsze, bez tortu ze świeczkami, które musiałabym zdmuchnąć. Mieliśmy spotkać się wszyscy przy stole w piątkowe popołudnie. Dzień wcześniej poczyniłam odpowiednie zakupy jedzeniowe, upiekłam szarlotkę, którą wszyscy lubili, drobne ciasteczka dla dzieciaków… Szarpnęłam się nawet na butelkę szampana.

„A niech tam, niech mają te moje pięćdziesiąte urodziny, jak tak bardzo chcą” – pomyślałam.

Ponieważ Gosia pracowała cały tydzień na poranną zmianę, więc to ja zajmowałam się Olkiem i Kubą. Robiłam im śniadania, a potem zaprowadzałam jednego do przedszkola, a drugiego do szkoły. Tamtego piątkowego ranka obaj już wstali, umyli się i ubierali w swoim pokoju, a ja smażyłam dla nich jajecznicę. Zamyśliłam się trochę, jak to będzie wieczorem, gdy wszyscy się zejdą, dzieciaki będą szaleć, córki plotkować, a zięciowie pić moje zdrowie nie tylko tą jedną, kupioną przeze mnie, butelką szampana.

– Babciu kochana, życzymy ci zdrowia – nagle usłyszałam za sobą okrzyk Kuby i aż się wzdrygnęłam.

Odwróciłam się i zobaczyłam ich stojących w drzwiach… Mieli bardzo tajemnicze miny i każdy z nich trzymał w ręku po kilka kwiatów. Natychmiast zorientowałam się, że był to rozerwany na pół, misternie kiedyś ułożony bukiet. No cóż, podzielili się sprawiedliwie, tylko skąd oni go wzięli…?

– Dziś są twoje urodziny, masz już pięćdziesiąt lat, strasznie jesteś stara, babciu – odezwał się Olek, wręczając mi kwiaty. – Ale ja i tak cię kocham, bo jesteś ładniejsza od innych babć i robisz mi pyszne naleśniki z nutellą.

– A mnie smażysz kotlety i też cię za to kocham – dodał szybko Kuba.

Ale życzenia!

Obaj przypadli do mnie, ucałowałam ich i wyściskałam, wyjęłam ostrożnie kwiaty z ich rąk i układając je ponownie w bukiet, usiłowałam ochłonąć po tak oryginalnych życzeniach.

– Ale przecież moje urodziny będziemy obchodzić dopiero po południu, jak rodzice wrócą z pracy i przyjedzie ciocia – powiedziałam. – I skąd wzięliście te kwiaty?

– Wczoraj byliśmy na zakupach i tata je kupił. Rodzice schowali je w swoim pokoju i nie kazali ci nic mówić – odparł Kuba. – Ale my chcieliśmy być pierwsi…

– Czekaj babciu, bo mamy jeszcze jeden prezent dla ciebie – przerwał mu Olek i jak strzała wyleciał z kuchni.

Po chwili wrócił, niosąc sporą torbę.

– To też jest prezent dla ciebie, zobacz, czy ci się podoba.

Z mieszanymi uczuciami wzięłam torebkę… Miała znaczek znanej firmy, więc musiała sporo kosztować. Tylko że była zupełnie nie w moim guście! Nie dość, że wściekle żółta, to jeszcze z jakimiś złotymi łańcuszkami i falbankami po bokach. Fakt, wspominałam czasem, że przydałaby mi się nowa torebka, ale przecież nie taka. Mowy nie było, żebym z czymś takim wyszła na ulicę.

– To teraz nam ją oddaj, bo musimy ją schować w pokoju rodziców – Olek niemal wyrwał mi torebkę z rąk. – I nic im nie mów, że ci ją już daliśmy, oni jak wrócą, to ci jeszcze raz dadzą.

– A jak nie będziesz miała siły zdmuchnąć swoich świeczek na torcie, to my ci pomożemy – zapewnił Kuba.

Przez resztę dnia nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o tej okropnej, żółtej torebce. Zastanawiałam się, jak mi przejdą przez gardło słowa zachwytu i podziękowania?

„No przecież oni od razu się zorientują, że mi się ich prezent nie podoba” – panikowałam, bo nie umiałam za bardzo udawać.

Zastanawiałam się, skąd Gośce przyszło do głowy, żeby mi kupić coś takiego?!

Znała przecież mój gust

„A może to Witek, mój zięć, ją namówił? Posprzeczaliśmy się ostatnio i może w ten sposób się na mnie odegrał?” – różne pomysły przychodziły mi do głowy. „Ale co tam torebka – pomyślałam w końcu. – Nie prezenty są przecież najważniejsze. Ważne, że zbierze się cała moja rodzina i że w domu będzie gwarno i wesoło”.

I tak rzeczywiście było. Musiałam zdmuchnąć świeczki, na szczęście były to tylko dwie woskowe cyferki, a nie pięćdziesiąt. Życzeniom nie było końca, wreszcie jednak nadszedł czas otwarcia prezentów. Od starszej córki dostałam piękny jedwabny szal. A potem Gosia z uśmiechem wręczyła mi papierową torbę, tę samą, którą rano przynieśli do kuchni chłopcy. Trochę się zdenerwowałam, wiedząc, co z niej wyciągnę. Na wszelki wypadek już się uśmiechnęłam, a potem przymknęłam oczy, sięgnęłam do torby i… zmartwiałam, widząc elegancką, czarną torebkę, z lakierowanymi wstawkami. Musiałam mieć głupią minę, bo córka spojrzała na mnie z niepokojem.

– Nie podoba ci się, mamo? – spytała. – Myślałam, że właśnie taką…

– Ależ podoba, i to jeszcze jak – przerwałam jej szybko. – Właśnie taką chciałam mieć, widziałam ją w tym włoskim sklepie w galerii, ale tyle kosztowała, że…

– No to bardzo się cieszymy, że jesteś zadowolona – uśmiechnęła się Gosia. – To właściwie Witek ją wybrał, on chyba lepiej zna twój gust niż ja.

– Bo ty byłaś zajęta oglądaniem tego żółtego cuda z łańcuchami – zaśmiał się zięć. – Wie mama, Gośka nie byłaby sobą, jakby przy okazji takich zakupów nie kupiła czegoś i dla siebie. Sprawiła sobie taką torebkę, że aż wzrok poraża, niczym żółty neon.

– Właśnie, że jest piękna – zaperzyła się córka.

Spojrzałam na Olka i Kubę, ale zajęci zabawą, nie zwracali na mnie uwagi. Mali spryciarze! Wiedzieli, że ich rodzice kupili mi torebkę, więc przynieśli rano tę, która leżała na wierzchu, bo moja była pewnie gdzieś głęboko schowana. Żebym później miała prawdziwą niespodziankę. A ja miałam nawet dwie niespodzianki.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->