„Oddałam córce wszystko – lata życia, pieniądze i mieszkanie. W nagrodę za to wszystko umrę sama, bo porzuciła mnie jak psa”

„Oni są na dorobku, tłumaczyłam sobie, im jest ciężko, a ja sobie dam radę. W końcu tak niewiele potrzebuję. Byłam głupia. Całe życie pracowałam na to, żeby mieć spokojną starość. A kiedy ta starość nadeszła, robiłam wszystko, by zniszczyć swój spokój”.
Mam tylko jedną córkę, Małgosię. Pewnie urodziłabym więcej dzieci, ale mój mąż zmarł ledwie sześć lat po ślubie. Małgosia miała wtedy pięć lat i połączyła nas – o czym byłam przekonana – specyficzna nić porozumienia… Pamiętam, że przez długie lata słyszałam od rodziny i znajomych:

– Miał chłop szczęście. Zawinął się raz dwa. Ani on nie cierpiał długo, ani wy nie musiałyście.

Trochę było w tym prawdy. Pewnego dnia Karol zemdlał w pracy. Zawieziono go do szpitala. Tam w stanie krytycznym trafił na stół operacyjny. Okazało się, że ma zaawansowanego raka trzustki. Dlaczego do tamtego momentu nic go nie bolało, Bóg jeden raczy wiedzieć… Tak więc, z jednej strony niby miałam szczęście, a z drugiej, rozpaczałam, że straciłam ukochanego człowieka. Jednak tak to już jest – życie daje nam trochę posmakować dobrego, a potem błyskawicznie nam to „coś” odbiera.

No więc całe swoje uczucie przelałam na córkę. W końcu byłyśmy tylko we dwie. Mężczyźni mnie nie interesowali, a ja nie interesowałam tych, którzy akurat pojawiali się w pobliżu. Czasem tak bywa. Pewnie gdzieś tam znalazłby się ktoś, z kim może znów byłabym szczęśliwa, ale się nie spotkaliśmy.

Chciałam dać córce wszystko, co najlepsze. Małgosia miała zawsze najładniejsze sukienki w klasie. Nie, nie kupowałam ich, nie było mnie na to stać. Ale jestem zdolną krawcową, potrafię wyczarować najlepsze kreacje na domowej maszynie do szycia. Co chyba ważniejsze, dawałam Małgosi także swój czas – odrabiałam z nią lekcje, rozmawiałam o życiu, o problemach. Razem z nią cieszyłam się z pierwszej randki, razem z nią płakałam, gdy chłopak złamał jej serce. Między nami było coś więcej niż tylko zwykłe uczucie łączące matkę z córką. Ufałyśmy sobie. Byłyśmy najbliższymi sobie osobami. Przyjaciółkami.

Lata mijały. Gosia wyszła za mąż

Zięć nawet przypadł mi do gustu. Marek to spokojny mężczyzna, niemal we wszystkim ulegał mojej córce. Może inne matki byłyby z tego powodu zadowolone, ja jednak z doświadczenia wiem, że bywają mężczyźni, którzy chodzą w kieracie bez słowa skargi całe życie. Inni przez lata milczą, a potem nieoczekiwanie „wychodzą po zapałki” i już nigdy nie wracają.

Kiedyś, widząc, jak Małgosia traktuje Marka, powiedziałam jej o tym. I wtedy ona odburknęła, że to jest jej życie, i że ja nie powinnam zaglądać do jej sypialni. Coś takiego usłyszałam od córki pierwszy raz. Poczułam nieprzyjemne ukłucie zaskoczenia. Nigdy nieproszona nie wtrącałam się do jej spraw osobistych, lecz zwrócenie uwagi na coś, czego sami nie dostrzegamy, było podyktowane troską, a nie chęcią wkładania palca w szparę cudzych drzwi. Pomyślałam sobie jednak, że może ona ma rację. Albo po prostu jest przemęczona, w stresie, może ma PMS i jest drażliwa. Wycofałam się.

Jakiś czas później Małgosia zaproponowała, abym przekazała jej swoje mieszkanie w formie darowizny, która przy tak bliskim pokrewieństwie jest nieopodatkowana.

– Prowadzę firmę – tłumaczyła. – Jeśli umieszczę w twoim mieszkaniu swoje biuro, będę mogła odpisać sobie więcej pieniędzy od comiesięcznego podatku. I zamiast wrzucać sześćset złotych do państwowego worka, dam je tobie. W końcu twoja emerytura nie jest taka znów wielka.

Rozwiązanie wydawało się sensowne i, jak wówczas rozumowałam, głupotą było stracić te pieniądze. Przez jakiś czas rzeczywiście na moje konto wpływało 600 złotych. Pewnego dnia córka zadzwoniła, że ma kłopoty finansowe, że zabrakło im na wyjazd, coś tam, coś tam. I że w tym miesiącu nie dostanę pieniędzy. Powiedziałam, żeby się nie przejmowała. Ale pieniądze nie pojawiły się ani w następnym miesiącu, ani w kolejnych. Powinnam była zadzwonić, monitować lub choćby poprosić o wytłumaczenie. Machnęłam na wszystko ręką.

Oni są na dorobku, tłumaczyłam sobie, im jest ciężko, a ja sobie dam radę. W końcu tak niewiele potrzebuję. Byłam głupia. Całe życie pracowałam na to, żeby mieć spokojną starość. A kiedy ta starość nadeszła, robiłam wszystko, by zniszczyć swój spokój.
Dlaczego bywamy tak niedojrzali, choć niekiedy mamy już na karku szósty, a nawet i siódmy krzyżyk?

Mówimy swoim dzieciom: „Uważaj, gdyż w przeciwnym wypadku…”, „Nie idź tam, ponieważ…”, „Nie rób tego, bo…”. Kiedy jednak sami mamy zadbać o swoje „tu” i „teraz”, postępujemy jak niedoświadczone młokosy. Pełni nadziei, że świat jest sprawiedliwy.

Otóż nie jest. I nie zawsze odpłaca nam dobrem za dobro. Kiedy skończyłam 70 lat, zaczęłam wymagać bezpośredniej opieki. Córka natychmiast znalazła na to radę:

– Mamo, po co masz siedzieć sama w swoim trzypokojowym mieszkaniu? – zapytała po prostu. – Czas, żebyś zamieszkała z nami.

– Ale kto zajmie się moim mieszkaniem… – wahałam się.

– Przeniosę firmę na powrót do swojego domu. U ciebie mogłam podnająć tylko jeden pokój, który odliczałam sobie od podatku. Teraz wynajmiemy całe mieszkanie i będziesz dostawała co miesiąc sporą gotówkę – oznajmiła Małgosia. – My mamy dom. To, że zajmiesz pokój na parterze, zupełnie nie będzie nam przeszkadzało.

Jakiś czas temu dostała tę ofertę

Zgodziłam się na propozycję Małgosi. Nie chodziło mi o pieniądze, tylko nie chciałam być samotna. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że nie będziemy razem oglądać telewizji ani prowadzić wspólnego życia rodzinnego. Zawsze to jednak inaczej, kiedy człowiek ma świadomość, że za ścianą jest ktoś bliski.

Przez kolejne miesiące uzależniłam się od córki. Nie chciałam widzieć, że źle się odnosi do mnie, że wnuki wcale mnie nie szanują. Poświęciłam jej przecież całe swoje życie, więc nie potrafiłam uznać, że wszystkie moje starania poszły na marne. Ale w końcu musiałam przejrzeć na oczy. Innego wyjścia nie miałam. To stało się już wtedy, gdy nie mogłam się poruszać o własnych siłach i praktycznie leżałam cały czas w łóżku. Tamtego wieczora przyszła do mnie i usiadła na brzegu łóżka.

– Chcielibyśmy z Markiem i dziećmi wyjechać na wakacje – powiedziała. – Trafiła nam się okazja, dwa tygodnie na Malcie za bardzo okazyjną cenę. Jest jednak pewien problem.

– Ja nim jestem – dopowiedziałam, siląc się na spokojny ton.

– Jak wiesz, nie bardzo jest nas stać na wynajęcie pielęgniarki, która by się tobą zaopiekowała, gdy wyjedziemy – stwierdziła córka sucho.

– Chcecie zrezygnować z wyjazdu? – spytałam naiwnie.

Małgosia spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby w duchu powiedziała do siebie: „Głupia czy co?”.

– Chyba znalazłam rozwiązanie – powiedziała radośnie. – Jutro wpadnie do nas nasz lekarz rodzinny. Powiedziałam mu już przez telefon, że czujesz się coraz gorzej, i masz coraz większe problemy z sercem.

– Raczej ostatnio mi się polepszyło – zaprzeczyłam.

Przez skórę czułam, że nie spodoba mi się to, co moja córka wymyśliła.

– Jak przyjdzie, to powiesz, że pogorszyło – odparła stanowczo. – Tego nie da się tak jednoznacznie określić.

– Po co to wszystko?

– Dostaniesz od niego skierowanie do szpitala… – zaczęła mówić jak do mało rozgarniętego dziecka.

Ostatnio często przybierała ten ton, który bardzo mnie ranił. W końcu to ja ją wychowałam, to ja byłam przez lata jej mentorem.

– Nasz znajomy ma kolegów na oddziale kardiochirurgii, więc to żaden kłopot. Tylko na tym skorzystasz. Przebadają cię, no i na pewno będziesz miała w pokoju jakieś towarzystwo.

Zgodziłam się. Czy miałam wyjście?

Pomyślałam sobie później, że może i wyjdzie mi to na dobre. Przebadają mnie, podleczą… Tak więc ja poszłam do szpitala, a córka z rodziną pojechała na swoje wakacje. Dwa tygodnie później przyszedł do mnie lekarz i powiedział, że będę wypisywana do domu. I żebym powiadomiła rodzinę, by mnie odebrano.

Pielęgniarka na moją prośbę zadzwoniła na numer komórki, który jej podałam. Nikt nie odbierał. Zadzwoniła na stacjonarny do domu. Potem przyszła i usiadła ciężko na moim łóżku. Przez chwilę nie patrzyła na mnie i nic nie mówiła.

– Co się stało? – spytałam.

Od kilku dni zimny kamień leżał mi na żołądku. Małgosia z rodziną miała wrócić dwa dni temu. Nie przyszła, nie dzwoniła… Może jakiś wypadek?

– W tym domu mieszkają już jacyś inni ludzie – powiedziała pielęgniarka. – Podobno poprzedni właściciele wyprowadzili się dwa tygodnie temu.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->