Góry skrywały go przez cały ten czas – widocznego, ale nieosiągalnego – jako milczącego świadka cienkiej granicy między ambicją a tragedią.

W marcu 2017 roku 37-letni, doświadczony alpinista Derek Pullman wyruszył samotnie, by zdobyć zamarzniętą północną ścianę góry Silverton w Górach Skalistych w stanie Kolorado.

Powiedział swojej dziewczynie, że wróci za 4 dni.

Trzy miesiące później dron poszukiwawczy uchwycił obraz, który nie dawał spokoju każdemu, kto go zobaczył.

Postać w podartym, wyblakłym ubraniu, wciąż trzymająca się wąskiej półki skalnej 240 metrów nad dnem doliny, zawieszona między ziemią a niebem, jakby zamrożona w ostatniej chwili nadziei.

Góry skrywały go przez cały ten czas – widocznego, ale nieosiągalnego – jako milczącego świadka cienkiej granicy między ambicją a tragedią.

11 marca 2017 roku Derek Pullman przybył do małego górskiego miasteczka Granite Falls w stanie Kolorado, znanego wśród zapalonych alpinistów jako brama do jednych z najtrudniejszych tras wspinaczkowych w południowej części Gór Skalistych.

Był człowiekiem, który żył dla przestrzeni pionowych, kimś, kto odnajdywał jasność w ryzyku, przed którym inni się cofali.

W wieku 37 lat miał za sobą ponad dziesięć lat wspinaczki na trzech kontynentach, od granitowych ścian Yosemite po pokryte lodem szczyty Patagonii.

Jednak góra Silverton zajmowała szczególne miejsce w jego sercu.

Już dwukrotnie próbował pokonać północną ścianę tej góry, ale za każdym razem pogoda zmusiła go do zawrócenia.

Tym razem powiedział znajomym, że zamierza dokończyć to, co zaczął.

Prognoza zapowiadała krótki okres stabilnej pogody – zimnej, ale bezchmurnej – i Dererick uznał, że to wszystko, czego potrzebował.

Zameldował się w Alpine Rest Lodge dopiero po południu.

Mały, rodzinny pensjonat na obrzeżach miasta, w którym wspinacze często zatrzymywali się przed wyruszeniem w dzikie tereny.

Właścicielka, kobieta o imieniu Patricia Langford, dobrze go pamiętała.

Powiedziała, że wydawał się skupiony, może nawet nieco wycofany, jakby w myślach już gdzieś gdzie indziej.

Niósł dwie duże torby podróżne, z których jedna była wypełniona sprzętem wspinaczkowym, a druga jedzeniem, paliwem i zapasami na wypadek awarii.

Zapytał o stan dróg prowadzących do początku szlaku oraz czy stacja strażników leśnych jest otwarta.

Patricia powiedziała mu, że drogi są przejezdne, ale ostrzegła go, że w nocy na wyższych wysokościach temperatura ma spaść poniżej zera.

Derek skinął głową i powiedział, że tego wieczoru było jeszcze chłodniej.

Zadzwonił do swojej dziewczyny, kobiety o imieniu Jennifer Hail, która mieszkała z nim w Boulder.

Zgodnie z danymi z rejestru połączeń rozmowa trwała 11 minut.

Jennifer powiedziała później śledczym, że Dererick brzmiał na spokojnego i pewnego siebie.

Powiedział, że zamierza rozpocząć wspinaczkę wczesnym rankiem następnego dnia i spodziewa się dotrzeć na szczyt trzeciego dnia.

Obiecał, że odezwie się przez komunikator satelitarny, gdy tylko dotrze na grzbiet.

Poprosiła go, żeby był ostrożny, a on roześmiał się, mówiąc, że zawsze taki jest.

To były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszała.

Następnego ranka Dererick opuścił schronisko jeszcze przed wschodem słońca.

Patricia zobaczyła, jak jego ciężarówka wyjeżdża z żwirowego parkingu tuż po piątej.

Niebo było jeszcze ciemne, a przednia szyba pokryta szronem.

Jechał na północ autostradą nr 62 w kierunku drogi dojazdowej prowadzącej do podnóża góry Silverton.

Jego samochód, biały Ford Ranger z tablicami rejestracyjnymi hrabstwa Boulder, znaleziono później zaparkowany przy początku szlaku – zamknięty i nienaruszony.

W środku śledczy znaleźli na desce rozdzielczej odręczną notatkę zawierającą zaplanowaną trasę, przybliżony harmonogram oraz dane kontaktowe Jennifer.

Był to rodzaj środka ostrożności, jaki podejmuje doświadczony alpinista – prosty gest, który świadczył o świadomości ryzyka, nie skupiając się jednak na nim nadmiernie.

Derek wyruszył na podejście około 6:30 rano.

Szlak prowadzący do podnóża Północnej Ściany był stromy i kamienisty; wiódł krętymi zakrętami przez gęsty las sosnowy, po czym wychodził na pole głazów rozciągające się w kierunku niższych klifów góry.

Zgodnie z planem podróży zamierzał dotrzeć do obozu bazowego wczesnym popołudniem, odpocząć, a następnego dnia rozpocząć wspinaczkę techniczną.

Tego ranka pogoda była dokładnie taka, jak zapowiadano: zimno, bezchmurnie i lekki wiatr.

Pierwszego dnia wszystko wydawało się przebiegać zgodnie z planem, ale potem zapadła cisza.

Derek nie wysłał wiadomości ani 12., ani 13.

Wieczorem 14 marca Jennifer zaczęła się martwić.

Próbowała zadzwonić na jego komórkę, ale w górach nie było zasięgu.

Sprawdziła wspólne konto komunikatora satelitarnego, ale nie było żadnych nowych wiadomości.

Rankiem 15-go skontaktowała się z biurem szeryfa w Granite Falls i zgłosiła zaginięcie.

Funkcjonariusz, który odebrał jej telefon – niejaki Leonard Cross – zauważył, że Dererick była doświadczoną alpinistką wyposażoną w odpowiedni sprzęt oraz że utrata łączności w terenie nie jest niczym niezwykłym.

Mimo to zgodził się wysłać strażnika, aby sprawdził początek szlaku.

Około południa strażnik potwierdził, że samochód Derericka nadal tam stał, nienaruszony, i że nikt nie widział, żeby wracał.

Szeryf Raymond Baxter, wieloletni pracownik departamentu z ponad 25-letnim stażem, postanowił rozpocząć wstępne poszukiwania.

Dobrze znał północną ścianę Silverton.

Było to miejsce, w którym nawet doświadczeni wspinacze mogli wpaść w kłopoty.

Skała była miejscami niestabilna, a zimno mogło szybko stać się śmiertelne.

16 marca niewielka grupa wolontariuszy oraz ratowników z powiatu udała się pieszo do obszaru obozu bazowego.

Znaleźli ślady wskazujące, że ktoś był tam niedawno: spłaszczony fragment śniegu w miejscu, gdzie prawdopodobnie rozstawiono namiot, kilka śladów po rękawicach na lodzie w pobliżu żlebu prowadzącego do szczytu oraz pojedynczy pusty kanister po paliwie, na wpół zakopany w śniegu.

Pojemnik był tej samej marki, co ten, który Dererick kupił w mieście.

To wystarczyło, by potwierdzić, że dotarł aż tam.

-->