Magdalena stała jeszcze przez chwilę w miejscu, niezdolna zrobić kroku. Miała wrażenie, że noc nagle zgęstniała, jakby powietrze stało się cięższe.
— Skąd pani zna moje imię? — zapytała w końcu cicho.
Helena nie odpowiedziała od razu. Poprawiła chustkę na głowie i spojrzała gdzieś ponad ramieniem Magdaleny, jakby obserwowała coś, czego nie było widać. Z oddali dobiegł metaliczny stukot torów, a potem przeciągły gwizd pociągu.
— Czasem człowiek wie rzeczy wcześniej, niż powinien — powiedziała w końcu spokojnie. — Jutro zostań w domu.
Magdalena poczuła, jak coś ściska ją w gardle.
— Nie mogę… — szepnęła. — Obiecaliśmy. Jego matka czeka.
Helena wzruszyła ramionami.
— W takim razie jedź. Ale pamiętaj, że cię ostrzegłam.
Magdalena odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z uliczki. Gdy dotarła do rogu, obejrzała się jeszcze raz. Stara kobieta zniknęła. Torby z ziemniakami też już nie było. Jakby wszystko wydarzyło się tylko w jej wyobraźni.
Droga do domu wydawała się dłuższa niż zwykle. Wiatr przybrał na sile i niósł zapach wilgotnego metalu. Kiedy w końcu weszła do mieszkania, Piotr siedział w kuchni przy stole.
— Gdzie byłaś tak długo? — zapytał chłodno.
Magdalena zdjęła kurtkę.
— Spóźniłam się na autobus.
— Zawsze coś ci się przydarza — mruknął. — Spakowałaś się na jutro?
Pokręciła głową.
— Jeszcze nie.
Piotr westchnął głośno i wstał, odsuwając krzesło z ostrym zgrzytem. Magdalena została sama w przedpokoju, wsłuchując się w dźwięk otwieranych szafek. W głowie wciąż brzmiały jej słowa: Jutro zostań w domu.
Noc była niespokojna. Budziła się co chwilę, czując nieuzasadniony lęk. Nad ranem światło wpadające przez zasłony miało matowy, przytłaczający odcień. Piotr już się ubierał.
— Wyjeżdżamy za czterdzieści minut — powiedział. — Nie spóźnij się.
Magdalena skinęła głową, ale nie ruszyła się z miejsca. Siedziała na brzegu łóżka, ściskając telefon.
— Źle się czuję — powiedziała nagle. — Zostanę dziś w domu.
Piotr spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Serio? Akurat dzisiaj?
— Tak. Jedź sam. Muszę odpocząć.
Wzruszył ramionami, zirytowany. Kilka minut później drzwi trzasnęły, a mieszkanie pogrążyło się w ciszy.
Magdalena zrobiła sobie herbatę i usiadła przy oknie. Godziny płynęły powoli. W południe zadzwonił telefon.
Nieznany numer.
— Halo?
— Czy rozmawiam z żoną Piotra Nowaka? — zapytał oficjalny głos.
Serce zabiło jej mocniej.
— Tak…
— Dzwonimy z drogówki. Doszło do wypadku na trasie wylotowej z miasta. Pański mąż brał w nim udział.
Słowa zaczęły się rozmywać. Magdalena słyszała tylko fragmenty: zderzenie… karetka… szpital… Telefon wyślizgnął się z jej dłoni.
Przez długi czas siedziała bez ruchu. Przed oczami wciąż miała twarz Heleny — spokojną, jakby wiedziała wszystko z góry.
Pod wieczór wyszła z domu, nie do końca świadoma, dokąd idzie. Nogi same poniosły ją w stronę torów, na ulicę Budowlanych. Stare ogrodzenie wciąż tam stało, ale podwórko za nim było puste. Mokre liście przyklejały się do ziemi.
— Helena… — zawołała cicho.
Nikt nie odpowiedział. Tylko wiatr poruszył gałęziami drzew. Z daleka dobiegł głuchy huk przejeżdżającego pociągu.
Magdalena stała tam jeszcze długo, aż zapadł zmierzch. I dopiero wtedy zrozumiała, że niektóre spotkania zdarzają się po to, by zmienić czyjś los — nawet jeśli nigdy nie dowiemy się, kim naprawdę był człowiek, który stanął na naszej drodze.
Wracając do domu, czuła, że coś w niej pękło, ale jednocześnie pojawiło się nowe, dziwne poczucie spokoju. Jakby życie, które jeszcze wczoraj wydawało się tak przewidywalne, nagle otworzyło przed nią zupełnie inną drogę.



