Agnieszka zamknęła torbę i przez chwilę stała nieruchomo, jakby wsłuchiwała się w ciszę, która nagle zapadła w pokoju. Słyszała tylko ciężki oddech Marka za plecami. Nie było w niej już gniewu ani żalu. Była tylko pewność.
— Nigdzie nie pójdziesz — powiedział w końcu, ale jego głos nie brzmiał już tak pewnie jak wcześniej. — To jest mój dom.
Odwróciła się powoli.
— Właśnie dlatego wychodzę.
Te słowa zawisły między nimi jak coś ostatecznego. Marek zmarszczył brwi, jakby próbował zrozumieć ich sens. Przywykł do tego, że po każdej kłótni wracało wszystko do dawnego porządku. Tym razem jednak nic nie wyglądało znajomo.
— Wrócisz — rzucił po chwili. — Nie masz dokąd iść.
Agnieszka podniosła torbę.
— Mam. Od dawna.
Poczuł ukłucie niepokoju, którego nie potrafił nazwać. Zrobił krok w jej stronę, lecz zaraz się zatrzymał. Jego słowa nagle straciły siłę.
— I tak mi się odwdzięczasz? — zapytał gorzko. — Za wszystko?
Minęła go, nie dotykając.
— Nie pomogłeś mi. Zatrzymałeś mnie.
W kuchni Krystyna siedziała sztywno przy stole, jakby bała się poruszyć. Gdy zobaczyła torbę w ręce córki, wstała gwałtownie.
— Agnieszka… dokąd idziesz?
Agnieszka uśmiechnęła się lekko.
— Do domu.
To słowo zabrzmiało inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie oznaczało już ścian ani mebli, tylko wybór.
Marek pojawił się w drzwiach, czerwony z wściekłości.
— Mamo, powiedz jej coś! Ona zwariowała!
Krystyna spojrzała na córkę długo i uważnie. W jej oczach zobaczyła spokój, którego wcześniej tam nie było. Zrozumiała, że nic nie powstrzyma tej decyzji.
— Pozwól jej… — powiedziała cicho.
To zdanie uderzyło Marka mocniej niż krzyk. Stał bez ruchu, jakby ktoś odebrał mu grunt pod nogami.
Agnieszka włożyła płaszcz, otworzyła drzwi i wyszła na klatkę schodową. Chłodne powietrze dotknęło jej twarzy, ale nie poczuła dreszczu. Raczej ulgę.
Schodziła powoli po stopniach, czując, że z każdym krokiem zostawia za sobą coś ciężkiego. Stare ściany, skrzypienie schodów, zapach wilgoci — wszystko to przestawało mieć nad nią władzę.
Na zewnątrz miasto tętniło zwyczajnym życiem. Samochody mijały się na skrzyżowaniu, ktoś rozmawiał przez telefon, w oddali słychać było muzykę. Świat nie zatrzymał się przez jej decyzję.
Telefon zawibrował w kieszeni. Krótka wiadomość: „Czekam.”
Agnieszka poczuła, jak coś miękkiego i ciepłego rozlewa się w jej wnętrzu. To nie była euforia, raczej spokojna pewność, że idzie we właściwym kierunku. Wsiadła do taksówki i podała adres.
Patrzyła przez okno na przesuwające się światła. Ulice, które znała na pamięć, wydawały się teraz inne — jakby należały już do kogoś obcego. W myślach zamknęła ostatni rozdział.
Taksówka zatrzymała się przed nowoczesnym budynkiem z dużymi oknami. Agnieszka zapłaciła kierowcy i wysiadła. Szklane drzwi otworzyły się bezszelestnie.
W lustrze windy zobaczyła swoje odbicie. Nie było w nim już zmęczonej dziewczyny sprzed lat. Stała tam kobieta, która potrafiła wybierać.
Gdy drzwi otworzyły się na najwyższym piętrze, poczuła, jak coś w niej cichnie. Jakby przeszłość została gdzieś na dole, między betonowymi ścianami.
Wyjęła klucz, otworzyła mieszkanie. Wnętrze powitało ją ciepłym światłem i przestrzenią. Postawiła torbę na podłodze i przez chwilę stała w milczeniu.
Potem podeszła do okna i odsunęła zasłonę. Miasto rozciągało się pod nią szeroko i obojętnie.
— Teraz zaczynam — szepnęła.
I tym razem nie obejrzała się za siebie.



