Piotr wisiał jeszcze przez kilka sekund, kurczowo trzymając się żyrandola. Jego ręce zaczęły już drżeć. Jeszcze chwilę wcześniej wyglądał na pewnego siebie, ale teraz w jego głosie było słychać prawdziwy strach.
— Anno… proszę, postaw drabinę z powrotem. Porozmawiajmy spokojnie.
Anna nie odpowiedziała od razu. Położyła kopertę na stole i oparła się o krzesło, patrząc na niego z zimnym spokojem.
— Spokojnie? — powtórzyła cicho. — Pięć lat mojego życia… to dla ciebie nic?
Piotr spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech wyszedł krzywo.
— To nie było takie proste. Po wypadku byłem załamany. Bałem się wszystkiego.
— Ciekawe — powiedziała Anna. — Bo lekarze twierdzili, że nigdy już nie wstaniesz.
Marta, która stała przy ścianie, nerwowo spojrzała w stronę drzwi.
— Ja… chyba powinnam już iść…
— Zostań — powiedziała spokojnie Anna. — Przecież jesteś świadkiem tego cudu.
Piotr próbował zmienić uchwyt na żyrandolu. Metal lekko zaskrzypiał.
— Anno, pomyśl tylko… ile dla mnie zrobiłaś. Wiem, że ciężko pracowałaś.
Anna krótko się roześmiała.
— Dopiero teraz to zauważyłeś?
— Jestem wdzięczny — powiedział szybko.
— Wdzięczny? — powtórzyła. — Przez pięć lat?
W pokoju zapadła cisza.
Piotr spojrzał na kopertę leżącą na stole.
— Te pieniądze… odkładałaś dla mnie.
— Tak.
— Więc daj mi je. Odejdę. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Anna patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Czyli taki był plan?
Piotr nie odpowiedział.
— Powiedz mi — ciągnęła spokojnie Anna — ile razy chodziłeś po mieszkaniu, kiedy byłam w pracy?
— To teraz nieważne.
— Dla mnie ważne.
Marta nerwowo splatała dłonie.
— Anno… ja naprawdę nie wiedziałam, że ty o tym nie wiesz…
— Wiedziałaś — odpowiedziała Anna, nie patrząc na nią.
Piotr poczuł, jak jego palce zaczynają drętwieć.
— Dobrze! Tak! Chodziłem czasami. Ale nie zawsze.
— Od kiedy?
Zawahał się.
— Może… od trzech lat.
Anna milczała przez chwilę. Potem podeszła do szafy i wyjęła dużą torbę sportową.
Piotr spojrzał na nią zdziwiony.
— Co robisz?
— Pakuję ci rzeczy.
Otworzyła torbę i zaczęła wrzucać do niej kilka ubrań.
— Anno…
— Sam powiedziałeś, że odejdziesz.
Marta była już przy drzwiach.
— Ja naprawdę muszę iść…
— Idź — powiedziała Anna spokojnie.
Kobieta szybko wyszła z mieszkania.
W pokoju zostali tylko oni.
Piotr próbował poprawić chwyt. Jego ręce trzęsły się coraz bardziej.
— Nie możesz mnie tak zostawić.
— Mogę.
— Spadnę.
— Masz zdrowe nogi. Poradzisz sobie.
Piotr przełknął ślinę.
— Anno… nie kończmy tego w ten sposób.
Anna zamknęła zamek torby.
— A jak powinniśmy to zakończyć?
— Byliśmy małżeństwem.
— Właśnie.
Podniosła kopertę z pieniędzmi i włożyła ją do torby.
— Te pieniądze zostają ze mną.
Piotr nagle podniósł głos.
— Nie masz prawa! To też moje pieniądze!
Anna spojrzała na niego spokojnie.
— Pracowałeś na nie?
Piotr milczał.
— Ja pracowałam. Ja płaciłam za kliniki, lekarstwa, rehabilitację, pielęgniarki… i za ten wózek. Ty tylko udawałeś.
Żyrandol znów cicho zaskrzypiał.
— Anno… nie wytrzymam dłużej.
Anna podeszła bliżej i spojrzała na niego z dołu.
— Ciekawe — powiedziała cicho. — Każdej nocy mówiłeś, że nie wytrzymujesz bólu.
Piotr zamknął oczy.
— Proszę…
Anna powoli przesunęła drabinę z powrotem pod niego.
Piotr szybko zszedł w dół, prawie potykając się na ostatnim szczeblu. Kiedy stanął na podłodze, przez chwilę stał nieruchomo.
Potem wyprostował się całkowicie.
Anna patrzyła na niego bez emocji.
— Widzisz? Cudowne uzdrowienie.
Piotr oddychał ciężko.
— Wygrałaś.
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Po prostu w końcu przejrzałam na oczy.
Popchnęła torbę w jego stronę.
— Masz dziesięć minut, żeby opuścić mieszkanie.
— A jeśli nie wyjdę?
Anna wzięła telefon z komody.
— Wtedy zadzwonię na policję i powiem, że całkowicie zdrowy człowiek przez lata oszukiwał lekarzy i system pomocy.
Piotr zamarł.
— Nie zrobisz tego.
— Spróbuj.
Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. W końcu Piotr chwycił torbę.
— Pożałujesz tego.
— Nie — powiedziała Anna spokojnie. — Powinnam była zrobić to dużo wcześniej.
Piotr podszedł do drzwi. Na moment zatrzymał się w progu, potem wyszedł bez słowa.
Anna została sama w pokoju.
Jej wzrok padł na wózek inwalidzki stojący przy ścianie. Podeszła, podniosła go i wyprowadziła na korytarz.
Potem powoli zamknęła drzwi.
Po raz pierwszy od pięciu lat w mieszkaniu panowała cisza.



