Znalazłam rachunek w kieszeni jego marynarki, którą włożyłam do prania. Czułam pod palcami coś twardego, gładkiego, przypominającego grubszą tekturę, nie przypominającą paragonu.

Znalazłam rachunek w kieszeni jego marynarki, którą włożyłam do prania. Czułam pod palcami coś twardego, gładkiego, przypominającego grubszą tekturę, nie przypominającą paragonu. Wyciągnęłam kartkę z wewnętrznej kieszeni, złożoną na trzy części. Na samej górze widniało logo – butikowy hotel nad rzeką, idealny na “weekend we dwoje”.

Poniżej napisane było: “Pakiet ‘Love Story’ – apartament, późne wymeldowanie, kolacja degustacyjna dla dwóch osób, butelka prosecco do pokoju, śniadania x2”. Data: zeszły czwartek, kiedy “został na kolację z klientem”.

Pod tym, drobnym drukiem, dopisek: “Bukiet 15 róż – do pokoju 204”. Na odwrocie bazgroł kelnera: “Dziękujemy, panie Piotrze”.

Usiadłam na brzegu wanny, jakby moje kolana zapomniały, do czego służą. Przez chwilę łudziłam się, że to rachunek kogoś innego, może pomyłka. Ale nazwisko było nasze, numer telefonu też. Woda w pralce zaczęła bulgotać, jakby zmywała z tkanin coś więcej niż tylko brud.

Odłożyłam marynarkę na pralkę i poszłam do kuchni. Położyłam rachunek na stole, jak nieproszony gość, który wszedł do domu i usiadł w jego samym centrum. Telefon w moich dłoniach sam podpowiadał słowa: “Kto to jest?”, “Po co to zrobiłeś?”, “Kiedy zdążyliście?”. Zamiast napisać, zrobiłam herbatę i patrzyłam, jak paruje, aż stała się letnia, a ja wciąż nie czułam chłodzenia wewnątrz.

Wieczorem wrócił, jak zawsze. Klucze zadźwięczały, płaszcz zawisł “na chwilę”, a uśmiech, jak zwykle, był o pół tonu szybszy…

-->