„Tylko piękni” – tajne kryterium niemieckiego generała przy wyborze więźniów do bloku 7.

To wyznanie zostało nagrane jesienią 1992 roku w Kijowie na podstawie relacji Tatiany Belinsk, byłej jeńczyni wojennej Związku Radzieckiego. Przez prawie pięćdziesiąt lat Tatiana nie chciała mówić o tym, co przeżyła w niewoli niemieckiej armii. Pod koniec życia postanowiła, że należy zachować pamięć o bloku 7. Oto jej słowa.

Nazywam się Tatiana Belinsk. Dzisiaj, kiedy nagrywam to audio, kalendarz wskazuje datę 10 października 1992 roku. Siedzę w fotelu w moim salonie w Kijowie, otoczona ciszą, którą pielęgnuję od dziesięcioleci. Przez prawie 50 lat nie chciałam ujawniać tego, co mi się przydarzyło.

Świat musi wiedzieć, że w pewnych czasach i miejscach piękno nie było błogosławieństwem, ale upokarzającym wyrokiem. Te słowa to wszystko, co pozostało z młodej kobiety, którą byłam przed 1941 rokiem. I właśnie dzięki niej zaczynam dziś mówić. Pamiętam, zanim bomby rozerwały niebo. Miałam 19 lat, a życie było jak otwarty podręcznik medyczny na moim biurku.

Byłem na drugim roku studiów na uniwersytecie w Kijowie, a mój świat składał się z łacińskich nazw, rysunków anatomicznych i zapachu formaldehydu unoszącego się z laboratoriów. Mój ojciec, Pilot, był inżynierem budownictwa, który wierzył w porządek i postęp. Moja mama, Maria, była kobietą o delikatnych dłoniach, która pielęgnowała nasz mały ogród, jakby każdy płatek kwiatu był dla niej skarbem.

Mieszkaliśmy przy ulicy Crechatic, gdzie hałas tramwajów i śmiechy przechodniów tworzyły atmosferę moich dni. Uważano mnie za ładną dziewczynę, ale wtedy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Pod mikroskopem podobała mi się symetria komórek, a nie symetria mojej twarzy widocznej w lustrze.

Miałem plany, chciałem zostać chirurgiem, chciałem zrozumieć, jak działa ludzkie ciało od środka, nie wiedząc, że wkrótce ludzie wykorzystają tę samą wiedzę, aby mnie rozszarpać na kawałki. Rozstanie nastąpiło 22 czerwca 1941 roku. Była niedziela. Pamiętam, jak poranne światło padało na koronkowe zasłony, a Maria parzyła kawę.

Nagle radio ogłosiło to, czego wszyscy się obawiali, ale nikt nie chciał w to uwierzyć. Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Panika nie wybuchła od razu. Powoli rozprzestrzeniała się po mieście jak dym. Początkowo myśleliśmy, że Armia Czerwona wyprze ich w ciągu kilku tygodni, ale tygodnie zamieniły się w miesiące.

Moi koledzy z klasy, w tym mój przyjaciel z dzieciństwa, Nicolai, również zostali powołani. Widziałem, jak w nowym, jeszcze niepomiętym mundurze wyruszył na dworzec kolejowy. I to był ostatni dzień, kiedy widział błysk młodości w jej oczach. Kolory Kijowa uległy zmianie. Zieleń parków zastąpiła szarość barykad i czerń zasłoniętych okien.

Zaczęło brakować jedzenia. Chleb, który wcześniej był obfity i ciepły, zmienił się w ciemną masę zmieszaną z trocinami i otrębami, która drażniła gardło. We wrześniu 1941 roku Kijów upadł. Widziałem niemieckie czołgi przejeżdżające przez nasze ulice. Stukot metalowych gąsienic o chodnik był suchym, bezosobowym dźwiękiem, który zdawał się łamać duszę miasta.

Wprowadzono nieludzkie porządki. Egzekucje rozpoczęły się niemal natychmiast. Pamiętam niemą grozę, kiedy dowiedzieliśmy się, co stało się w Babiarze. Powietrze w Kijowie wypełniło się zapachem, którego nigdy nie zapomnę. Była to mieszanka pyłu z rozbitych cegieł i czegoś słodszego, metalicznego zapachu, który później zrozumiałem, że był zapachem wyschniętej krwi tysięcy ludzi.

Mój ojciec, Piotr, starał się zachować godność, ale widziałam, że strach postarzał go o dziesięć lat w ciągu miesiąca. Powiedział, żebym używała starych chusteczek do nosa i smarowała twarz sadzą, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

„Tatiana” – powiedziała ochrypłym głosem – „w tym świecie, który stworzyliście, niewidzialność jest jedyną drogą do przetrwania”.

Ale nie mogłem kontrolować widoczności. Głód w Kijowie stał się wszechogarniającym potworem. W 1942 roku okupacja stała się upokarzającą rutyną. Pracowałem w prowizorycznym szpitalu, gdzie opatrywałem rany cywilów rannych odłamkami i starałem się pomóc doktorowi Ivanowi, starszemu lekarzowi, który chował się w kącie i płakał.

Pewnego sierpniowego popołudnia moje życie dobiegło końca, chociaż moje serce biło jeszcze przez wiele lat. Wracałem do domu z niewielką ilością zgniłych ziemniaków w kieszeni płaszcza, kiedy patrol SS zablokował mi drogę. Prowadzili tak zwaną rekrutację. Mężczyzn i kobiety wrzucali do ciężarówek jak bydło.

Młody oficer w nieskazitelnych rękawiczkach zatrzymał się przede mną. Nie spojrzał na moje brudne ręce ani na ziemię, na którą spadły ziemniaki. Z niepotrzebną siłą chwycił mnie za podbródek i obrócił moją głowę w prawo i w lewo, aby obejrzeć moją twarz. Nie powiedział ani słowa. Tylko skinął na żołnierzy. Zabrali mnie.

Maria, moja mama, wołała moje imię przez okno. Ten krzyk wciąż odbija się echem w moich uszach każdej nocy, zanim zasnę. Nigdy więcej jej nie widziałam. Zabrano nas na dworzec towarowy. Wagon był drewnianą trumną na kółkach. Było nas 40 kobiet, stłoczonych w miejscu przeznaczonym dla zaledwie 10 osób.

Nie było światła, tylko światło przenikało przez wąskie szczeliny między deskami. Nie było wody, słychać było tylko szloch, a w powietrzu unosił się ostry zapach moczu i potu. Obok mnie siedziała Svetlana, nauczycielka literatury, która próbowała czytać wiersze Puszkina, aby nas uspokoić. Ale jej głos załamał się z pragnienia. Podróżowaliśmy przez wiele dni, tracąc poczucie czasu.

Pociąg zatrzymał się na otwartej przestrzeni i słyszeliśmy śmiechy żołnierzy na zewnątrz. Kiedy w końcu otworzyły się drzwi, światło słoneczne uderzyło mnie w oczy. Znaleźliśmy się na ogromnym polu otoczonym ogrodzeniem z drutu kolczastego pod napięciem. Zapach palonego węgla wypełniał całą okolicę.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak nazywa się to miejsce, ale strażnicy wydawali rozkazy po niemiecku, które brzmiały jak uderzenia bata. Proces selekcji rozpoczął się natychmiast na rampie wyładunkowej. Grupa oficerów przeszła między nami. Większość kobiet wysłano na lewą stronę, gdzie ogolono je i ubrano w szare mundury w paski. Ale niewielkiej grupie wydano inne polecenia.

Stałem w kolejce, kiedy zauważyłem niezwykłego mężczyznę. Miał na sobie mundur wysokiego rangą oficera, czapkę lekko przekrzywioną na bok, a jego oczy wyglądały jak niebieskie szkło. Nie używał bata, jak inni. Miał ze sobą skórzaną teczkę i metalowe narzędzie, precyzyjny kompas pomiarowy. Był to generał Von Lessing.

Szedł powoli, jakby był w galerii sztuki. Kiedy zatrzymał się przede mną, poczułam chłód, jakiego nigdy nie wywołał we mnie ukraiński śnieg. Nie widział we mnie więźnia, wroga, a nawet kobiety. Byłam dla niego obiektem do zbadania. Kompasem zmierzył odległość między moimi oczami. Następnie zmierzył szerokość mojego nosa i symetrię mojej szczęki.

Napisał coś na kartce papieru i szepnął to swojemu asystentowi, żołnierzowi o imieniu Hans.

„Ma dokładnie odpowiednie proporcje. Jest to idealnie symetryczna anomalia słowiańska”.

Nie rozumiałam, co to znaczy, ale Svetlana, która stała za mną, szepnęła: „Przynajmniej nie musisz ciężko pracować, Tatiana. Jesteś piękna. Oszczędzą cię”.

Powiedział to z odrobiną nadziei, ale widziałem w jego oczach spojrzenie Von Lessinga. W tych niebieskich oczach nie było litości. Była tylko chorobliwa naukowa ciekawość, taka sama, jaką ja odczuwałem, kiedy przeprowadzałem sekcje żab na uniwersytecie. Oddzielili mnie od reszty.

Tego dnia wybrano tylko sześć osób. Svetlanę zabrano do głównej grupy, do baraków dla niewolników. Nigdy więcej nie widziałem jej żywej. Nas zabrano do odizolowanej części obozu, z dala od przepełnionych baraków i wspólnego błota. Z zewnątrz wyglądał jak czysty, niemal szpitalny budynek z czerwonej cegły.

-->