Wybrał nas dla naszej czystości, nie dla naszej siły, nie dla informacji, nie dla naszej użyteczności, dla naszej czystości, jakbyśmy byli rzadkimi trofeami w wojnie, która pochłonęła wszystko na swojej drodze. Nazywam się Jeanne Vain. Mam 86 lat i spędziłem ponad 6 dekad próbując wymazać z pamięci to, co niemieccy żołnierze zrobili uwięzionym zakonnicom podczas II Wojny Światowej.

Żołnierz zaśmiał się. To był krótki, suchy śmiech, pozbawiony człowieczeństwa. I w tym momencie, nie rozumiejąc jeszcze w pełni, co się dzieje, po raz pierwszy w życiu poczułem, jak to jest być postrzeganym nie jako osoba, ale jako przedmiot. Wszyscy zostaliśmy aresztowani, bez formalnych zarzutów, bez procesu, bez prawa do kontaktu z nikim.

Wepchnęli nas do wojskowych ciężarówek przykrytych brudną plandeką, która całkowicie zakrywała światło dzienne. I podróżowaliśmy godzinami w Warunkach, których nie mogliśmy sobie wyobrazić.

Zapach był nie do zniesienia, mieszanka potu, strachu, śmierci i czegoś nieokreślonego, co później zdefiniowałem jako zbiorową rozpacz. Byliśmy blisko siebie, mocno naciskaliśmy na każdą dziurę w drodze, próbowaliśmy modlić się półgłosem, ale wibracje silnika zagłuszyły wszystkie dźwięki.

Siostra Cecile, najstarsza z nas, miała 62 lata i cierpiała na problemy z sercem. Zaczęła źle się czuć podczas podróży. Oddychała z trudem, pociła się zimno. Ale kiedy poprosiliśmy żołnierzy eskortujących nas po wodę, znowu się roześmiali. Ten śmiech, nigdy nie zapomnę tego śmiechu.

To nie było wybuchowe okrucieństwo, to było zautomatyzowane okrucieństwo biurokratyczne, jakby nasz ból był nieistotnym szczegółem w szerszym procesie, który przeprowadzali bez pytania. .

Do obozu jenieckiego dotarliśmy późnym popołudniem. Była to improwizowana instalacja wojskowa w północnej Francji, w pobliżu granicy belgijskiej, otoczona drutem kolczastym i wieżami strażniczymi, w których żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe monitorowali każdy ruch.

-->