Świadectwo to zostało napisane przez Ekaterinę Volkovą 2 lata przed jej śmiercią. Przez 40 lat milczała, że mieszkała w obozie Ravensbrück. Te słowa. Nazywam się Ekaterina Volkova. Wszyscy nazywali mnie Katie. Mam 71 lat i większość życia spędziłem udając, że okres między 1942 a 1945 rokiem nigdy nie istniał.
Próbowałem wymazać je z pamięci jak spalone zdjęcie. Ale niektórych wspomnień nie da się wymazać. Pozostają tam, chowając się w środku, czekając, krwawiąc, nawet jeśli uśmiechamy się na zewnątrz. Dzisiaj, wiedząc, że zostało mi mało czasu, muszę wam powiedzieć, co wydarzyło się w piwnicy Ravensbrück.
We wrześniu, po kilku dniach ciągłych walk, nasza jednostka medyczna została wzięta do niewoli pod Smoleńskiem. Widziałam, jak moi koledzy byli zabijani na poboczu drogi tylko za noszenie mundurów wojskowych. Niemcy uznali, że jest to sprzeczne z naturą kobiet. Kara nastąpiła natychmiast. Kula w szyję bez pytania, bez procesu i śledztwa.
Przeżyłem tę pierwszą selekcję. ponieważ jeden z oficerów zauważył symbol Czerwonego Krzyża na moim podartym mundurze. Powiedziałeś, że zostałeś oszczędzony. Nigdy się nie dowiem dlaczego. Czasami żałuję, że tego nie zrobił. Przez 11 dni byliśmy przewożeni w wagonach dla zwierząt, bez wystarczającej ilości wody, bez miejsca, w którym moglibyśmy się położyć, wdychając zapach moczu i doświadczając rozpaczy dziesiątek innych kobiet, które zostały zepchnięte razem jak bydło.
polskich kobiet, Ukrainek, Białorusinek, Francuzek. Wszyscy byli aresztowani za drobne przestępstwa, za ukrywanie jedzenia, słuchanie zakazanego radia, leczenie rannych po złej stronie wojny. Kiedy przyjechaliśmy do Ravensbrück, pomyślałem, że moje wykształcenie medyczne może mnie uratować. Myślałem, że Niemcy potrzebują wykwalifikowanych pielęgniarek, aby wnieść wartość do mojej wiedzy.
Co za naiwność! O świcie 12 sierpnia 1942 r.dwóch esesmanów zabrało mnie do mojego drewnianego budynku nr 10. Nic nie powiedzieli. Nie potrzebowali tego. Ich milczenie było bardziej przerażające niż jakiekolwiek zagrożenie. Przeciągnęli mnie przez mokre korytarze do betonowych schodów prowadzących do piwnicy szpitala polowego.
Piwnica, której nie było na oficjalnej mapie Czerwonego Krzyża. Miejsce, które technicznie nigdy nie powinno istnieć. Długość korytarza wynosiła około 50 metrów. Sufit był niski, metalowe belki zardzewiały, woda ciągle z nich kapała. Było dziewięć ciężkich metalowych drzwi ułożonych w niewłaściwej kolejności, wszystkie pomalowane na szaro, wszystkie małe okna zabrane przez siatki.
Pierwsze cztery drzwi były otwarte. Widziałem tam szkieletowe kobiety leżące na żelaznych stojakach, z pustymi, żywymi ciałami, ale już martwymi oczami. Ale najbardziej przerażały mnie ostatnie drzwi na końcu korytarza, nie rozumiejąc dlaczego. Został zablokowany, potwierdzony i oznaczony kilkoma widocznymi białymi kredkami, które ktoś próbował usunąć kilka razy z rzędu, ale zawsze pojawiał się ponownie.
Pokój 47. Strażnik otworzył drzwi dwoma różnymi kluczami. Metal skrzypiał, a potem pojawił się zapach. Paląca mieszanka tanich środków dezynfekujących, starej krwi, kału i jakiejś substancji chemicznej, która spaliła nozdrza i natychmiast spowodowała płacz oczu. Byłam pielęgniarką. Czułam zapachy szpitali,sal operacyjnych, zmarłych. Ale tutaj było inaczej.
Pachniało jak piekło. Pokój 47 o powierzchni około 25 metrów kwadratowych, oświetlony gołymi żarówkami, które ciągle migały. Betonowe ściany były pomalowane brązowymi wzorami w ciemnych kolorach, które natychmiast rozpoznałem. Krew, której nikt nie usunął, nie mogła zostać usunięta. Na środku pokoju stał metalowy stół operacyjny, ale to nie było to, co wiedziałem o francuskich szpitalach.
Po bokach miał duże skórzane paski, które były noszone przy wielokrotnym użyciu. A pod stołem w ziemi wykopano kanał do dostarczania płynów, podobny do tego, który widziałem w rzeźniach przed wojną. Przy ścianie w nieładzie rozrzucone są narzędzia do zabiegów chirurgicznych. różne rozmiary, zardzewiałe szczypce, niesterylizowane skalpele, dziwnie kolorowe fiolki z płynami, ręcznie napisane etykiety po niemiecku, ledwo widoczne w słabym świetle.
Lekarz czekał na mnie. Nie przedstawił się. Nie podał żadnych wyjaśnień. Po prostu zapalił papierosa i nonszalanckim gestem wskazał mi na stół, jakbym był zwykłym zwierzęciem laboratoryjnym, które właśnie przybyło do przetworzenia. Rozumiem. Nie byłem tam, żeby się poprawić. Byłem tam, aby to wyciąć, zbadać, użyć, a następnie wyrzucić.
Próbowałem mówić, ale mój głos był słaby, drżący. Zapytałem po francusku, co mi zrobią. Doktor wybuchł krótkim, suchym chichotem, w którym nie było odrobiny humoru. Po niemiecku powiedział coś swoim asystentom, co rozśmieszyło ich na wieży. Potem brutalnie popchnęli mnie do stołu. W tym momencie Katie, którą byłam, umarła.



