Żołnierz zaśmiał się. To był krótki, suchy śmiech, pozbawiony człowieczeństwa. I w tym momencie, nie rozumiejąc jeszcze w pełni, co się dzieje, po raz pierwszy w życiu poczułem, jak to jest być postrzeganym nie jako osoba, ale jako przedmiot. Wszyscy zostaliśmy aresztowani, bez formalnych zarzutów, bez procesu, bez prawa do kontaktu z nikim.
Wepchnęli nas do wojskowych ciężarówek przykrytych brudną plandeką, która całkowicie zakrywała światło dzienne. I podróżowaliśmy godzinami w Warunkach, których nie mogliśmy sobie wyobrazić.
Zapach był nie do zniesienia, mieszanka potu, strachu, śmierci i czegoś nieokreślonego, co później zdefiniowałem jako zbiorową rozpacz. Byliśmy blisko siebie, mocno naciskaliśmy na każdą dziurę w drodze, próbowaliśmy modlić się półgłosem, ale wibracje silnika zagłuszyły wszystkie dźwięki.
Siostra Cecile, najstarsza z nas, miała 62 lata i cierpiała na problemy z sercem. Zaczęła źle się czuć podczas podróży. Oddychała z trudem, pociła się zimno. Ale kiedy poprosiliśmy żołnierzy eskortujących nas po wodę, znowu się roześmiali. Ten śmiech, nigdy nie zapomnę tego śmiechu.
To nie było wybuchowe okrucieństwo, to było zautomatyzowane okrucieństwo biurokratyczne, jakby nasz ból był nieistotnym szczegółem w szerszym procesie, który przeprowadzali bez pytania. Do obozu jenieckiego dotarliśmy późnym popołudniem.
Była to improwizowana instalacja wojskowa w północnej Francji, w pobliżu granicy belgijskiej, otoczona drutem kolczastym i wieżami strażniczymi, w których żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe monitorowali każdy ruch.
To nie był obóz zagłady, jak to odkryliśmy lata później. To było coś innego, mniej znanego, mniej udokumentowanego. Był to areszt dla więźniów uważanych za specjalne. gdzie przemoc nie była uprzemysłowiona, ale spersonalizowana. Natychmiast oddzielili nas od zwykłych więźniów.
Zaprowadzono nas do odizolowanej chaty na tyłach kompleksu, z dala od innych budynków, ukrytej za rzędem drzew, które wydawały się być posadzone specjalnie po to, aby zasłonić widok. Wewnątrz zapach był wilgotnego drewna, ubitej ziemi i czegoś chemicznego, co użądliło Oczy.
Było piętnaście zardzewiałych żelaznych łóżek, cienkie materace poplamione moczem i starą krwią, skok w kącie, który służył jako wspólna toaleta, brak okien, pojedyncze metalowe drzwi zamknięte od zewnątrz.
I tam, w tej niemal całkowitej ciemności, kiedy próbowaliśmy zrozumieć, co się z nami dzieje, po raz pierwszy usłyszeliśmy, co będzie powtarzane każdej nocy przez kolejne miesiące.
Zbliżające się ciężkie kroki, klucz obracający się w zamku, drzwi otwierają się powoli i przy słabym świetle korytarza, sylwetka niemieckiego oficera obserwującego nas wszystkich, jak ktoś wybiera coś w witrynie sklepowej.



