– Teraz nie jesteś już mężczyzną.- Lekarz powiedział To z uśmiechem.

Zanim przekroczę próg tej sali operacyjnej, gdzie medycyna przestała leczyć i stała się narzędziem destrukcji, mam ważne pytanie.

To historia tysięcy ludzi złamanych ciszą obozów. Jeśli uważasz, że te zbrodnie, które ukradły przyszłość całym pokoleniom, powinny być znane, zasubskrybuj zakazany kanał Secret War. Naciśnij Dzwonek Do Drzwi. Nie zapomnij o historii i powiedz mi w komentarzach, skąd oglądasz ten film. Z Paryża, Genewy, Brukseli czy z innego miejsca? Twoja obecność jest naszym świadectwem.

Teraz weź głęboki oddech. Wejdziemy do bloku 10, w którym nie zostałeś zabity, ale sprawiliśmy, że nigdy więcej nie ożyjesz.

Nie jesteś już człowiekiem. Część 1: silna selekcja.

Nazywam się Marcel. W 1943 roku miałem 26 lat. Byłem francuskim jeńcem wojennym schwytanym w Ardenach w 1940 r., a następnie po dwóch próbach ucieczki zostałem przeniesiony ze Stalagu do obozu pracy przymusowej w Polsce. Byłem człowiekiem z Południowego Zachodu, synem winiarza. Byłem zbudowany jak byk, z szerokimi ramionami zaprojektowanymi do pracy na Ziemi i kwadratowymi ramionami. To właśnie ta moc pozwoliła mi przetrwać 3 lata głodu i bicia. I to właśnie ta siła spowodowała mój upadek.

Był październik. Obóz był lodowatym bagnem pod ołowianym niebem. Przeżyłem dzięki jednemu obrazowi, tylko jednemu twarzy Joanny, mojej narzeczonej. Jeanne czekała na mnie w Bordeaux.

W kieszeni wszytej w podszewkę mojej Kurtki Lambau leżał jej ostatni list, postrzępiony, nieczytelny, tyle razy złożony i rozłożony. Napisała: “kiedy wrócisz, będziemy mieli pełny dom dzieci. Chcę chłopca, który będzie twoimi oczami i twoją siłą”. To zdanie było moim paliwem. Ciągnąłem kamienie, kopałem zamarzniętą ziemię, znosiłem ryk silników. Dla wyimaginowanego dziecka, dla Przyszłości, która mnie czeka.

Pewnego ranka telefon był inny. Zwykle esesmani szukali słabych, chorych, tych, którzy nie mogli już stać, aby wysłać ich w lewo,do kominów. Ale tego dnia lekarz, który chodził po szeregach, szukał czegoś innego. Nie patrzył na nasze spuchnięte nogi ani wystające żebra. Patrzył na nasz budynek. Szukał w nas siły. Zatrzymał się przede mną. Pod rozpiętym skórzanym płaszczem miał na sobie nieskazitelnie białą szatę.

Miał okrągłe okulary i pozbawioną wyrazu twarz, gładką jak Kamyk. Był lekarzem. Zasugerował, żebym się zapisał. “Hantle” – zapytał. “Dwadzieścia sześć lat”, odpowiedziałem po niemiecku z podniesioną głową. “Zawód: winiarz”. Skinienie. Poczuł, jak moje bicepsy przebijają się przez cienką tkaninę kurtki. Wyglądał na tak zadowolonego jak handlarz końmi, który przed zakupem zbadał konia pociągowego. Zdrowie. Gezont Dobry materiał genetyczny. Zapisał mój numer w swoim notatniku.

“Blok 10” – rozkazał.

Serce mi pękło. Blok 10 nie był blokiem nieuchronnej śmierci. To nie był plac budowy, ale blok eksperymentalny. O tym miejscu krążyły straszne plotki. Mówiono, że ludzie przychodzą i nigdy nie wychodzą lub że wychodzą przemienieni. Głupio protestowałem. “Jestem gotowy do pracy, doktorze. Jestem dobrym pracownikiem. Noszę 50 kg”.

Spojrzał na mnie przez okulary. “Właśnie, Imperium musi wiedzieć, jak rządzić siłą. Będziesz służył nauce, French. To większy zaszczyt niż ciągnięcie kamieni”.

Dwóch strażników złapało mnie i wyciągnęło z akcji. Spojrzałem na moich towarzyszy. Patrzyli na mnie nie z litością, ale z przerażeniem. Wiedzieli, że Jednostka 10 jest gorsza niż komora gazowa. Komora gazowa to głód. Blok 10 jest nieznany. Zabrali mnie. Zmusili mnie do wzięcia gorącego prysznica. To było podejrzane. Gorąca woda była zapomnianym luksusem. Dostałem krótki fartuch szpitalny z otwartym kołnierzem na plecach. Zaprowadzono mnie do poczekalni pomalowanej białą farbą. Pachniało eterem i środkiem dezynfekującym. Zapach, który łaskocze w gardle.

Byli tam inni mężczyźni, Polacy, Rosjanie, kilku greckich Żydów. Wszyscy byli młodzi i stosunkowo silni. Nikt nie rozmawiał. Ale młody Grek siedział naprzeciwko mnie i cicho płakał. Kołysał się tam iz powrotem. Pochyliłem się do niego. – Co się dzieje? czy to na tyfus? – Szczepionki?

Grek spojrzał na mnie, a jego oczy wypełniły się absolutnym przerażeniem. Potrząsnął głową. Położył rękę na kroczu. Instynktowny gest ochrony. – Nie! wydech na łamanym francuskim. – To nie tyfus. Kradnie nasiona. Co? Chcą, żebyśmy byli ostatnimi. To jak ścinanie drzewa, wiesz? Ściął drzewo.”

Nie chciałem zrozumieć. Mój umysł odrzucał ten pomysł. To było niemożliwe. Nie rozumieli. To było średniowieczne barbarzyństwo. Żyliśmy w XX wieku. Niemcy były krajem Goethego i Beethovena. Ale potem otworzyły się tylne drzwi.

Stamtąd wyszedł mężczyzna. Wspierało go dwóch sanitariuszy. Szedł z szeroko rozstawionymi nogami, z popielatoszarą twarzą i otwartymi ustami w zaciśniętym krzyku. Jego koszula na biodrach była poplamiona krwią. Nie wyglądał już jak człowiek. Ciągnął nogi jak starzec lub śmiertelnie ranne zwierzę. Sanitariusze położyli go na noszach na korytarzu.

W drzwiach pojawił się lekarz. Otarł ręce o serwetkę. Widok był znudzony, jakby właśnie wykonał żmudne zadanie administracyjne. Zajrzał na swoją listę. “Inny. Pacjent numer 18402″.

Pomyślałem o Jeanne, domu pełnym dzieci i poczułem chłód śmierci wbijający się w moje żyły. Nie śmierć ciała, ale śmierć mojego imienia. Dwóch strażników wepchnęło mnie do środka. Drzwi zatrzasnęły się z głośnym pukaniem.

Na sali operacyjnej było oślepiająco jasno. Lampy dzienne migotały na suficie, rzucając ostre, pozbawione cieni światło, które pokazywało każdą zardzewiałą plamę na metalowych nogach stołu, każdą zaschniętą kroplę na podłodze z płytek. Pośrodku stał wąski, zimny stół z grubym brązowym skórzanym paskiem, mocno postrzępionym po użyciu. Obok niego stał wózek na kółkach, na którym rozłożono Narzędzia ze stali nierdzewnej: nożyczki, szczypce, skalpele. W tym pokoju nie było skomplikowanych mechanizmów ani aparatów rentgenowskich, tylko prosta mechanika, zwykła hydraulika.

Lekarz zdjął brudne rękawiczki i założył czyste. Dźwięk wytwarzany przez Lateks brzmiał jak trzask bicza. Nie patrzył na mnie. Rozmawiał ze swoim asystentem, małym łysym mężczyzną, który przygotowywał płytki. “Dziś wieczorem oficerowie będą mieli gulasz z królika” – powiedział lekarz. “Mam nadzieję, że tym razem nie przesadza”.

“Tak, doktorze” – odpowiedział asystent. “Ostatnim razem była to flądra”.

Stałem przestraszony, a on mówił o gulaszu. Czułam, jak rozpaczliwy gniew rośnie we mnie. Nie byłam królikiem, byłam człowiekiem. “Dlaczego?”- zapytałam, a mój głos ledwo drżał. “Jestem więźniem. Konwencja Genewska zabrania okaleczania”.

 

 

 

-->