Czarna Wdowa: Uwodziła 11 przywódców Ku Klux Klanu i wykonywała na nich fellatio w ich łóżkach (1872)

W upalne lato 1872 roku, kiedy południowa Luizjana była pełna komarów i oparów z bagien, jedenastu białych mężczyzn zmarło cicho w swoich łóżkach. Ich gardła zostały tak głęboko podcięte, że ostrze sięgało prawie do kręgosłupa. Żadnych krzyków. Żadnej walki. Żadnych świadków.

Władze lokalne przypisywały te zdarzenia „trwającym” zjawiskom w czterech różnych parafiach: żółtej febrze, koszmarom sennym i nocnym atakom nieznanych włóczęgów.

Jednak ciała opowiadały zupełnie inną historię.

Każdy z nich zmarł z niesamowicie spokojnym wyrazem twarzy, jakby zapadli w słodki sen – wyrazem twarzy, który stanowił wyraźny kontrast w stosunku do przemocy, która odebrała im życie. Cała jedenastka należała do Rycerze Białej Kamelii , kuzyn Ku Klux Klanu z Luizjany — mężczyźni, którzy praktykowali linczowanie, podpalenia, nocne naloty, zastraszanie wyborców i kampanie terroru wobec wyzwolonych czarnych obywateli.

Sprawa została zamknięta po sześciu miesiącach. Sędzia pokoju nakazał zapieczętowanie wszystkich akt. Zapadła ciężka cisza.

Ale cisza nigdy nie trwa długo w Luizjanie.

W czarnych dzielnicach, w tylnych pokojach kościołów należących do dawnych wyzwolonych niewolników, dzięki szeptom przekazywanym z babci na wnuka, przetrwała inna historia. Rozprzestrzeniała się po cichu, przenoszona przez położne, robotników, stolarzy i kobiety sprzątające podłogi w sądzie.

Pojawiło się imię — po części legenda, po części wspomnienie.

Czarna Wdowa.
Kobieta, która uwiodła członków Ku Klux Klanu i podcięła im gardła, gdy spali.

Jego historia nie zaczyna się w 1872 roku, ale w 1868 roku, wraz z ruinami wojny, która powinna była się zakończyć.

Część I — Parafia w chaosie

Wiosną 1868 roku parafia Saint-Martin była jak wielka rana. Plantacje, które kiedyś produkowały morza bawełny, teraz były tylko ruinami. Wojska federalne zajęły opuszczone rezydencje. Pola trzciny cukrowej zamieniły się w bagna. Stary porządek się rozpadł.

Cztery tysiące byłych niewolników poruszało się swobodnie po drogach, kupowało ziemię, głosowało i zeznawało w sądzie. Dla starej klasy właścicieli ziemskich była to prawdziwa katastrofa.

Zareagowali tak, jak zawsze reagują ludzie, których władza słabnie.

Przeprowadzili reorganizację.

Dyskretnie. Z szacunkiem. Legalnie — na papierze.

The Rycerze Białej Kamelii działali w prywatnych pokojach, kancelariach prawnych i salach plantacji. W przeciwieństwie do swoich zakapturzonych kuzynów z Alabamy, Rycerze Kamelii w Luizjanie działali w biały dzień. Prawnicy, szeryfowie, bankierzy, sędziowie, ranczerzy – wszyscy byli w stanie zrujnować czarną rodzinę poprzez proces sądowy, zajęcie domu, spalenie plantacji lub nocną wizytę pod drzwiami.

Przemoc była stosowana „z precyzją”, jak później chwalił się jeden z członków. W każdy czwartek wieczorem jedenastu mężczyzn – wewnętrzny krąg – spotykało się w prywatnym pokoju na tyłach hotelu Bro Bridge, którego właścicielem był członek-założyciel Harold Jessup. Tam decydowali, któremu mułowi przeciąć ścięgna, którą stodołę spalić, a których wyzwolonych niewolników „postawić na ich miejsce”.

Nigdy nie przewidzieli własnej kary.

Nie w postaci kobiety.

Nie pod postacią kobiety takiej jak…jej .

Część druga — Kobieta, która pojawiła się znikąd

Przybyła w ciepły kwietniowy poranek 1872 roku, schodząc z parowca z jedynym bagażem w postaci kufra i czarnej jedwabnej parasolki.

Przedstawiła się jako Céleste Defrain , pogrążona w żałobie wdowa po francuskim kupcu, który zmarł prawdopodobnie podczas ostatniej epidemii żółtej febry w Nowym Orleanie. Miała trzydzieści lat – a może dwadzieścia pięć. A może trzydzieści pięć. Trudno powiedzieć. Jej cera była delikatna i ciepła, w kolorze café au lait. Jej angielski miał paryski akcent.

She stayed at the Bro Bridge Hotel, paid a month’s advance in gold coins, and behaved exactly like the kind of refined Creole widow who was accepted without question in Reconstruction-era Louisiana.

W każdą niedzielę chodziła na mszę. Przy stole czytała francuskie powieści. O zmierzchu spacerowała po zakurzonej głównej ulicy, chroniąc twarz parasolką. Uśmiechała się uprzejmie, gdy ktoś się do niej zwracał, ale sama nie nawiązywała rozmowy.

Nie potrzebowała tego.

Mężczyźni zbliżali się do niej jak ćmy do światła.

Thomas Broussard, właściciel 600 hektarów zniszczonych pól bawełny, zobaczył ją, jak oglądała tkaniny przed sklepem spożywczym. Przedstawił się. Uśmiechnęła się. Musnęła jego ramię. I to było wszystko.

W ciągu kilku dni Broussard wymyślił preteksty, aby towarzyszyć jej w mieście. Pokazał jej puste domy, które „mogła” kupić. Odwiedzał ją w hotelu. Pozwalał sobie na rozpraszanie uwagi podczas spotkań. Jego żona natychmiast to zauważyła.

Nie był sam.

Jeden po drugim, jedenastu mężczyzn z wewnętrznego kręgu Rycerzy krążyło wokół niej jak planety wokół spokojnego i potężnego słońca.

Prawnik Antoine Lair zaoferował pomoc w załatwieniu formalności administracyjnych związanych z jego majątkiem. Dr Raymond Heurt zalecił regularne badania lekarskie. Bankier Philip Russo udzielił mu kredytu na sklep. Wydawca Marcus Thibodeaux zadbał o to, aby jego nazwisko pojawiło się w biuletynie parafialnym.

Z perspektywy czasu jedna rzecz wydaje się dziwna:
Pomimo rzekomych poszukiwań nowego domu, nigdy nie kupiła żadnej nieruchomości.

None of the men noticed.

None of the men asked the question.

Żaden z tych mężczyzn nie zastanawiał się, co robiła późno w nocy, siedząc samotnie w oświetlonym lampą pokoju hotelowym i pisząc nieskazitelnym pismem w małym, oprawionym w skórę dzienniku.

Dokumentowała je wszystkie — ich nawyki, wady, kochanków, zbrodnie i słabości ich domów.

Nie szukała domu.

Ona ich ścigała.

Część trzecia — Córka zabójców

-->