Zamrugał, jakby nagle oślepł. Próbował coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów.
— Możesz pojechać z nią karetką. Ja dojadę później. Z laptopem.
Kilka godzin później, w sali szpitalnej, Isabelle leżała z demonstracyjnie zabandażowaną ręką. Eric siedział obok, wciąż zdezorientowany. Wtedy weszłam ja. Z laptopem pod pachą.
— Potrzebuję tylko pięciu minut. I odrobiny ciszy.
Otworzyłam folder z nagraniami. Pokazałam mu, jak „spada” teatralnie ze schodów. Jak maluje sobie siniaki. Jak planuje „wypadek” przez telefon.
Z każdą minutą twarz Erica bledła coraz bardziej. Spoglądał na swoją matkę, jakby widział ją po raz pierwszy.
— Mamo… powiedz mi, że to nie ty…
Ale Isabelle milczała. Płakała. Może z żalu. Może dla efektu. Ale już za późno.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej ironiczne? — zapytałam, zamykając laptop. — Że wcześniej nawet nie myślałam o zemście. A teraz… po prostu chcę, żeby wyjechała. Na zawsze.
Tego samego dnia Eric wynajął jej pokój w hotelu. Następnego kupił jej bilet powrotny do rodzinnego miasta. Nawet nie zapytał, czy chce zostać, aż „dojdzie do siebie”.
Na peronie, kiedy zbliżał się pociąg, Isabelle spojrzała na nas ostatni raz.
— Sophie… przepraszam…
Skinęłam głową chłodno.
— Ja też.
Pociąg odjechał. A razem z nim całe to przedstawienie.
Minęły miesiące. Życie znów stało się spokojne. Eric zaczął pracować bliżej domu. Leo częściej się uśmiechał.
A kamera ukryta w globusie? Zostawiłam ją.
Na wszelki wypadek.



