Matthias zatrzymał się w progu kuchni, z rękami bezwładnie opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby nagle uszło z niego całe powietrze. Helga nerwowo gniotła torebkę na kolanach, a Maren poruszała nogą, uderzając rytmicznie w podłogę. Cisza stała się ciężka, lepka, i Elsa wcale nie spieszyła się, by ją przerwać.
— No i? — odezwała się w końcu Elsa spokojnie, niemal uprzejmie. — Przyszliście na czwartą. Stół nie jest nakryty. Ale to nie tragedia. Kuchnia jest wolna.
Matthias zamrugał z niedowierzaniem.
— Ty… ty naprawdę nie żartujesz.
— Nie — odpowiedziała Elsa. — Nie żartowałam też wtedy, kiedy powiedziałeś, że mnie „utrzymujesz”. Teraz po prostu konsekwentnie stosujemy zasady.
Helga cicho odchrząknęła.
— Matthias, kochanie, może pójdziemy do jakiejś kawiarni…
— Nie, mamo — wybuchnął Matthias. — Dlaczego mielibyśmy wychodzić? To jest mój dom.
Na ustach Elsy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
— Właśnie. Twój.
Matthias podszedł do lodówki, otworzył ją ponownie, a potem zamknął bardzo powoli, jakby liczył, że jedzenie pojawi się samo. Zajrzał do szafek. Były niemal puste. W kącie stało kilka starych konserw i zaczęta paczka makaronu.
— Elsa, to nie jest normalne — powiedział ciszej. — Co pomyśli mama?
— Pomyśli, że jej syn chciał finansowej niezależności — odpowiedziała Elsa. — A niezależność idzie w parze z odpowiedzialnością.
Maren prychnęła krótko, ironicznie.
— Nie wierzę, że robisz to z samego uporu.
Elsa odwróciła się w jej stronę.
— To nie jest upór. To granica. Przez lata byłam kuchnią, planem dnia, zakupami, uśmiechem. Bez nazywania tego pracą. Po prostu „tak trzeba”.
Helga uniosła głowę, zaskoczona.
— Czujesz, że nie byłaś doceniana?
Elsa zawahała się na moment, po czym odpowiedziała szczerze:
— Czuję, że brano mnie za pewnik.
Po raz pierwszy Matthias nie przerwał. Usiadł na krześle, opierając łokcie o stół.
— Ja… nie tego chciałem. Po prostu wydawało mi się to niesprawiedliwe.
— Mnie też — powiedziała Elsa. — Tylko że ja czułam to od dawna.
Przez kilka sekund panowała cisza. Potem Matthias nagle wstał.
— Dobrze. W takim razie ja ugotuję.
Helga i Maren spojrzały na siebie. Matthias zaczął szukać na telefonie prostego przepisu. Makaron z sosem. Postawił wodę, rozsypał sól na stole, zaklął pod nosem, gdy sos wykipiał. Elsa obserwowała go z progu, nie oferując pomocy.
Gdy w końcu talerze znalazły się na stole, makaron był rozgotowany, a sos przesolony. Maren zjadła dwa kęsy i odłożyła widelec. Helga powiedziała, że nie jest głodna. Matthias jadł w milczeniu.
Kiedy wyszły, Matthias sam sprzątał ze stołu. Zmywał naczynia nieporadnie, chlapiąc wodą na podłogę. Elsa siedziała w salonie z książką w ręku.
— Elsa — odezwał się Matthias, nie odwracając się. — Możemy porozmawiać?
— Możemy.
Usiadł naprzeciwko niej.
— Zrobiłem błąd. Nie w samej idei budżetu. Ale w tym, jak to powiedziałem… i jak na ciebie patrzyłem.
Elsa zamknęła książkę.
— Nie chcę wracać do tego, „jak było wcześniej”. Chcę, żeby było sprawiedliwie. Dla nas obojga.
— W takim razie zróbmy wspólny budżet. I osobny, prywatny. I grafik obowiązków. Na piśmie.
Elsa przyjrzała mu się uważnie.
— A jeśli za miesiąc o tym zapomnisz?
— Wtedy mi przypomnisz. Bez poczucia winy.
Uśmiechnęła się lekko.
— Dobrze. Spróbujmy.
Tego wieczoru zapisali wszystko na kartce. Wydatki, czas, odpowiedzialności. Nie było to romantyczne. Ale było uczciwe.
I po raz pierwszy od dawna Elsa poczuła, że nie gotuje z obowiązku.
Tylko z wyboru.



