– Ja jestem Irina – powiedziała. – Jeśli czegoś potrzebujesz… czegokolwiek… możesz przyjść do mnie.
Tessa skinęła tylko głową. W całym tym chaosie nagłych zmian, przeprowadzek i pożegnań życzliwość obcej dziewczyny wydała jej się aż zaskakująco szczera.
Następne dni mijały ciężko. Wszystko było nowe: sztywne zasady, ścisły plan dnia, wspólne posiłki, głośny głos opiekunki budzącej rano, szybkie kroki starszych dzieci na korytarzach. W pierwsze noce Tessa zasypiała z trudem, ściskając w dłoni zdjęcie mamy – jedyną osobistą rzecz, którą mogła ze sobą zabrać.
Irina szybko stała się dla niej oparciem. Nie zadawała wielu pytań, nie naciskała, po prostu była obok. Opowiadała jej o życiu w ośrodku, o dzieciach, które przychodziły i odchodziły, o swojej ulubionej wychowawczyni – pani Alinie, jedynej naprawdę łagodnej.
– Nie bój się – szeptała jej wieczorami. – Przyzwyczaisz się.
Ale Tessa nie chciała się przyzwyczajać. Miała wrażenie, że jeśli zaakceptuje to miejsce, to jakby wyrzekła się wszystkiego, co miała wcześniej: mamy, swojego pokoju, zapachu kawy, którą Emma parzyła w niedzielne poranki, ich wspólnych planów na przyszłość.
Pewnego ranka, kiedy dziewczynki wychodziły na podwórko, jedna z wychowawczyń zatrzymała Tessę.
– Tesso, po obiedzie ktoś przyjdzie z tobą porozmawiać.
– Kto? – zapytała dziewczyna.
– Zobaczysz.
Przez cały dzień czuła ścisk w piersi. W głowie krążyły pytania: może Mark? Może przyszedł powiedzieć, że zmienił zdanie? Albo któraś z ciotek? Może Laura, jedyna, która choć chłodna, wydawała się najbliższa rozsądku?
Po obiedzie Tessę poproszono do niewielkiego pokoju z dwoma krzesłami i stolikiem. Czekała tam kobieta około pięćdziesiątki, elegancko ubrana, z dużą torbą przy nogach.
– Dzień dobry, Tesso – powiedziała łagodnie. – Nazywam się Cristina Moraru, jestem pracownikiem socjalnym odpowiedzialnym za twoją sprawę.
Dziewczyna usiadła, milcząc.
– Rozmawiałam z twoją rodziną – podjęła kobieta. – Na ten moment nie ma nikogo, kto chciałby lub mógłby cię przyjąć.
Tessa przygryzła wargę. Powinna była się przyzwyczaić – przecież słyszała to już podczas stypy – lecz teraz, wypowiedziane ponownie, bolało jeszcze bardziej.
– Jednak… – kontynuowała asystentka – otrzymaliśmy pewne zgłoszenie.
Tessa podniosła wzrok.
– Kobieta, która znała twoją mamę… dawna znajoma. Skontaktowała się z nami i poprosiła o możliwość odwiedzenia cię. Nazywa się Ana Popescu.
Imię nic jej nie mówiło. Mama nigdy nie wspominała o żadnej Anie. Może była to dawna koleżanka?
– Przyjdzie jutro, Tesso. Jeśli będziesz chciała, możesz się z nią spotkać.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Opiekunka zrozumiała, że na razie to wystarczy.
Wieczorem Irina usiadła obok niej na łóżku.
– Co się stało? Widziałam, że cię wołali.
– Jutro przyjdzie jakaś kobieta… Ana.
– Znasz ją?
– Nie…
Irina chwilę pomyślała, po czym uśmiechnęła się łobuzersko.
– To może będzie dobra niespodzianka. Kto wie?
Ale Tessa nie potrafiła się cieszyć. Wszystko wydawało jej się podejrzane, nawet dobre rzeczy.
Gdy następnego dnia pojawiła się Ana Popescu, wyglądała na zdenerwowaną. Miała włosy upięte w prosty kok, beżowy żakiet i spokojne, ciepłe oczy. Przyglądała się Tessi długo, jakby próbowała odnaleźć w jej twarzy coś znajomego.
– Bardzo przypominasz… – wyszeptała. – Emmę. Bardzo.
W Tessie coś drgnęło, jakby ktoś poruszył strunę, której nikt nie dotknął od miesięcy.
– Znałaś moją mamę?
– Byłyśmy kiedyś bardzo bliskimi przyjaciółkami. Pracowałyśmy razem, ale potem nasze drogi się rozeszły. Emma… była kimś, o kim nie da się zapomnieć.
Ana opowiadała o dawnych czasach – tych, gdy Emma była radosna, pełna życia, kiedy śmiały się godzinami przy jednej kawie. Każde zdanie brzmiało jak okruch światła w ciemności, która otaczała ostatnie wspomnienia Tessi.
– Żałuję, że nie byłam przy niej, kiedy było jej najtrudniej – powiedziała. – Dowiedziałam się za późno…
Tessa słuchała, wstrzymując oddech. W głosie tej kobiety było coś szczerego, znajomego, niemal… rodzinnego.
– Tesso – podjęła Ana z wahaniem. – Nie chcę cię wystraszyć. Ale… ja chciałabym być dla ciebie wsparciem. Nie proszę o nic. Po prostu… jeśli kiedyś będziesz mnie potrzebować…
To był pierwszy moment od śmierci Emmy, w którym Tessa poczuła ciepło. Maleńkie, niepewne, ale prawdziwe.
Spotykały się kilka razy w następnych tygodniach. Ana przychodziła cierpliwie, czasem z książką, czasem z herbatą, czasem tylko z uśmiechem. Nigdy nie zmuszała Tessi do rozmowy. Czekała aż sama zechce się otworzyć.
Irina szybko zauważyła zmianę.
– Jesteś inna – stwierdziła któregoś wieczoru. – Jakby… spokojniejsza.
– Nie wiem – odpowiedziała Tessa. – Ale przy Anie… nie czuję się już tak pusta.
W pewną niedzielę Ana zabrała ją do miasta. Spacerowały po parku, a potem usiadły w małej herbaciarni.
– Tu przychodziłyśmy z Emmą – powiedziała. – Mogłyśmy rozmawiać godzinami. Emma zawsze mówiła, że jeśli kiedyś będzie miała córkę, nauczy ją kochać ludzi.
Tessa zacisnęła usta, by powstrzymać łzy.
– Chciałabyś… żebym nadal cię odwiedzała? – zapytała Ana niepewnie.
– Tak – odpowiedziała dziewczyna, niemal natychmiast. – Chcę.
Kilka miesięcy później, gdy Cristina Moraru znów poprosiła Tessę do małego pokoiku, dziewczyna nie była już przerażonym dzieckiem.
– Tesso – powiedziała urzędniczka. – Ana Popescu złożyła oficjalny wniosek o zostanie twoją opiekunką. Został zatwierdzony. Jeśli ty również się zgadzasz…
– Zgadzam się – wyszeptała Tessa.
Kiedy opuszczała ośrodek, Irina rzuciła się jej na szyję.
– Nie zapomnij o mnie!
– Nie mogę – uśmiechnęła się Tessa przez łzy. – Byłaś moją pierwszą przyjaciółką.
Ana czekała przy bramie. Nie powiedziała nic. Tylko wyciągnęła rękę.
Tessa ujęła ją. Tym razem nie ze strachem.
Ale z ufnością.
Po raz pierwszy od dawna przyszłość nie była ciemnym tunelem.
Była drogą.
A ona nie szła już nią sama.



