Następnego dnia Sophie przyszła do salonu wcześniej niż zwykle. Noc była niespokojna — słowa Claudine wciąż dudniły jej w głowie.
Przygotowując lakiery i narzędzia, w myślach przewijała każdą rozmowę, każdy gest Marca, każde jego milczenie. Coś się między nimi zmieniało.
Najgorsze było to, że nie potrafiła wskazać momentu, w którym to się zaczęło.
Przed południem, kiedy właśnie piłowała paznokcie klientce, jej telefon zawibrował.
Wiadomość od Andrei, współpracowniczki:
„Sophie, jest tu jakaś kobieta, mówi, że jest matką Marca.”
Serce Sophie zamarło. Dłonie nagle stały się ciężkie, zimne.
— Znowu ona… — wyszeptała.
Przeprosiła klientkę i wyszła na korytarz.
Przed salonem stała Claudine, z założonymi rękami i wymuszonym uśmiechem.
— Bonjour, Sophie — powiedziała chłodno. — Widzę, że ciężko pracujesz… choć nie na tyle, by mój syn nie musiał zasuwać jak wół, co?
Słowa przecięły powietrze jak nóż. Klientki w środku zaczęły szeptać między sobą. Sophie wzięła głęboki oddech.
— To nie miejsce ani czas na takie rozmowy, proszę pani.
— Och, naprawdę? Ale miałaś czas przyjąć prezent od tatusia, prawda? Może opowiesz wszystkim, jak to mój syn mieszka w mieszkaniu, które nie jest jego?
Sophie poczuła, jak ściska jej gardło.
— Marc i ja dzielimy się wszystkim. To, co pani mówi, jest niesprawiedliwe.
— Niesprawiedliwe? — zaśmiała się z pogardą Claudine. — Mój syn zasługuje na coś własnego, a nie na życie pod dachem rozpieszczonej dziewczynki!
W salonie zapanowała cisza.
— Proszę stąd wyjść — powiedziała Sophie spokojnie.
Claudine uśmiechnęła się kpiąco i odeszła.
Ale rana została.
Tego wieczoru Marc wrócił późno. Sophie siedziała na kanapie, bez słowa.
— Twoja matka przyszła dziś do salonu. Zrobiła mi scenę przy klientkach.
Marc złapał się za głowę.
— Nie… prosiłem ją, żeby tego nie robiła.
— A jednak to zrobiła — odpowiedziała cicho. — Nie chcę, żeby znów pojawiła się w moim życiu. Nigdy więcej.
Marc milczał długo.
— To moja matka, Sophie.
— A ja jestem twoją żoną. Jeśli ty nie potrafisz postawić granic, zrobię to za ciebie.
Między nimi zapadła cisza — gęsta, ciężka.
Następnego ranka Sophie znalazła na stole karteczkę:
„Muszę pomyśleć. Zostanę kilka dni u mamy.”
Minął tydzień. Sophie pracowała jak zawsze, z uśmiechem, ale wieczorami wracała do pustego mieszkania, które teraz wydawało się obce i zimne.
Każdy oddech w tej ciszy bolał bardziej niż poprzedni.
Aż pewnego dnia, gdy zamykała salon, zobaczyła Marca stojącego przed drzwiami.
Nie miał kwiatów, tylko spojrzenie pełne zmęczenia i skruchy.
— Rozmawiałem z mamą — powiedział cicho. — Powiedziałem jej, że jeśli nie zacznie cię szanować, nie chcę jej więcej widzieć.
Zawiodłem cię, bałem się… Ale nie chcę cię stracić.
Sophie patrzyła na niego długo. Potem tylko skinęła głową.
Nie potrzebowała słów. Coś w niej pękło — a może się uwolniło.
Tego wieczoru, gdy wrócili do domu, cisza w mieszkaniu była inna.
Nie bolała.
Po raz pierwszy od dawna była to cisza, która znaczyła spokój.



