Czas jakby się zatrzymał. Tylko zegar na ścianie tykał cicho, odbijając się echem od różowych ścian pokoju.

Czas jakby się zatrzymał. Tylko zegar na ścianie tykał cicho, odbijając się echem od różowych ścian pokoju.

Marlen stała nieruchomo, wpatrzona w mężczyznę śpiącego w nieładzie drogich prześcieradeł.

Nie myliła się.

Przed nią leżał pan Dumont, jej były dyrektor.

Ten sam, który przed laty, bez cienia emocji w głosie, powiedział:

„Proszę zrozumieć, madame Lange, ciężkie czasy, musimy ciąć etaty.”

A teraz leżał tu — z rumieńcem, rozchełstaną koszulą, twarzą zmęczoną i zapachem alkoholu unoszącym się w powietrzu.

Marlen zaczęła się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Jej suchy, spokojny śmiech wypełnił pokój, odbijając się echem od ścian.

Dumont poruszył się, coś mamrotał, a potem otworzył oczy. Gdy ją poznał — zamarł.

— M… Marlen? — wydusił, siadając gwałtownie. — To… to niemożliwe…

— Bonjour, monsieur Dumont, — powiedziała spokojnie, krzyżując ramiona. — Nie spodziewał się mnie pan, prawda?

Otworzył usta, zamknął, potem znów otworzył, bez słowa.

— Co… co pani tu robi?..

— Pracuję, — odpowiedziała z niewinnym uśmiechem. — Tak jak mi pan doradził wtedy: szukać nowych możliwości.

Twarz Dumonta pobladła. W oczach miał panikę, w głowie zapewne przewijały się już nagłówki gazet i sceny tłumaczeń przed żoną.

— Marlen… proszę, to jakieś straszne nieporozumienie! Pani przecież…

— Niech się pan nie martwi, monsieur, — przerwała spokojnie. — Nie przyszłam tu jako „klientka”.

Podeszła do lustra i poprawiła niesforny kosmyk włosów.

— Widzi pan, los ma dziwny gust — powiedziała z lekkim uśmiechem. — Kiedyś mnie pan zwolnił, a teraz sam szuka pan pracy, prawda?

— Skąd pani…

— Och, to małe miasto — rzuciła ironicznie. — Mówią, że doradców jest wielu, ale klientów coraz mniej.

Po raz pierwszy zobaczyła w jego oczach coś ludzkiego — zmęczenie, wstyd, strach.

Sięgnęła do torebki i wyjęła wizytówkę — tę samą, którą wcześniej zabrała z szafki nocnej.

— Dziękuję, nawiasem mówiąc, — powiedziała. — Dzięki tej wizytówce trafiłam na ciekawy projekt. Fundusz kulturalny. Szukają nowego kuratora. Zgłosiłam się.

Zrobiła krótką pauzę i dodała z uśmiechem:

— A co najzabawniejsze — poprosili właśnie pana o rekomendację.

Dumont mrugnął, jakby dostał w brzuch.

— Mnie?..

— Tak. Więc jutro pewnie dostanie pan maila. Mam nadzieję, że jeszcze pamięta pan, jak się podpisywać, monsieur Dumont.

Marlen ruszyła ku drzwiom.

— Wie pan, — powiedziała, odwracając się jeszcze — zawsze wierzyłam w dobór naturalny. Wygląda na to, że w końcu dotarł także do muzeum.

I wyszła.

Na zewnątrz świtało. Powietrze było rześkie, czyste i pachniało wolnością.

Marlen uniosła twarz ku niebu i po raz pierwszy od wielu lat uśmiechnęła się szeroko.

Nad nią krążyły mewy, gdzieś w oddali dzwonił tramwaj.

Wszystko wydawało się jasne, nowe, żywe.

Marlen nie była już strażniczką za szybą gabloty.

Teraz żyła.

-->