Isabella wzięła głęboki oddech…

Tytuł: Droga do morza

Isabella wzięła głęboki oddech. W kuchni pachniało pieczonym mięsem, bazylią i zmęczeniem. Ręce jej drżały, ale musiała skończyć wszystko, zanim padnie kolejne ostre słowo.

Z ogrodu dobiegały śmiechy i brzęk kieliszków. Tylko ona tkwiła w kuchni — między piekarnikiem a oczekiwaniami. Gdy Teresa wpadła bez pukania z ściereczką w dłoni, Isabella wiedziała, co nastąpi.

— Isabella, rusz się! Marina chce espresso, a dzieci są głodne! — krzyknęła.

— Potrzebuję tylko dziesięciu minut, signora Teresa.

— Dziesięciu?! Prawdziwa gospodyni byłaby gotowa wcześniej!

Coś w Isabelli pękło. Spojrzała przez okno na toskańskie wzgórza. Tam była droga. Droga wolności. Ale nie mogła odejść — była żoną, synową, matką.

Marco wszedł do kuchni z niepokojem.

— Mama mówi, że obiad nie gotowy…

— Bo zrobiła ze mnie służącą, Marco — powiedziała, głos jej drżał. — Od rana gotuję, a ona ciągle niezadowolona.

— Wiem… — próbował ją dotknąć, ale cofnęła się.

— Nie wiesz. Ty tylko wychodzisz, śmiejesz się i nalewasz wino.

Marco zamilkł. Wyszedł. Isabella poczuła się jeszcze bardziej samotna.

Po pół godzinie wszystko było gotowe. Gdy wyniosła jedzenie do ogrodu, goście klaskali, a Teresa, zadowolona, grała rolę idealnej gospodyni.

— Widzisz, jednak potrafisz! — powiedziała z triumfem.

Isabella uśmiechnęła się bez emocji i usiadła na końcu stołu.

— Mamo, czemu jesteś smutna? — zapytał mały Luca.

— Nie jestem smutna, kochanie. Tylko zmęczona.

W pewnym momencie jej wzrok spotkał się z Marią, żoną Fabio. Maria uśmiechnęła się ciepło. Isabella odwzajemniła uśmiech — pierwszy szczery tego dnia.

Po obiedzie, gdy zbierała talerze, Maria podeszła.

— Pomogę ci. Nie wytrzymam już rozmów o przetworach i wnukach.

W kuchni, w spokoju i zapachu mydła, rozmawiały.

— Teresa jest… silna — powiedziała Maria.

— Jak burza. Można tylko przeczekać — odparła Isabella.

— Ja… przeprowadziłam się do innego miasta.

— Brzmi jak bajka — uśmiechnęła się Isabella.

Wieczorem, gdy goście odjechali, Isabella usiadła na tarasie. Marco podszedł.

— Byłaś wspaniała.

— Nie. Byłam zmęczona.

— Przepraszam. Nie powinienem zostawiać cię z tym samej.

— To nie tylko dziś, Marco. Zawsze tak jest. Twoja mama decyduje, ja milczę.

— Nie zmienimy jej.

— Może nie. Ale ja mogę się zmienić.

— Co masz na myśli?

— Że przestaję być tą „grzeczną”. Chcę żyć po swojemu.

— Jeśli chcesz… wyjedźmy. Nad morze. Do Livorno. Otworzymy kawiarnię. Bez zasad. Bez jej głosu.

Isabella długo milczała, potem oparła głowę na jego ramieniu.

Następnego ranka Teresa wstała jak zwykle. Wyszła do ogrodu. Panowała cisza. Na stole leżała filiżanka, kilka moreli i karteczka:

„Dziękujemy za wszystko, signora Teresa. Potrzebujemy chwili spokoju. Wrócimy, gdy znów będzie słońce — także w naszych sercach.
— Isabella, Marco, Sofia i Luca.”

Ogród był piękny. Ale pierwszy raz wydał jej się pusty.

A Isabella jechała już w stronę morza. Dzieci spały, Marco trzymał jej dłoń. Zostawiali za sobą winnice, róże i głosy, które kazały jej milczeć.

Po raz pierwszy od dawna, Isabella uśmiechała się naprawdę.

-->