Cisza, która zapadła po tych słowach, nie była tylko pauzą – to była granica między tym, co do tej pory Elena znosiła, a tym, czego już nie zamierzała tolerować. Wzięła głęboki oddech i poczuła, że to, co powie za chwilę, zmieni układ sił w mieszkaniu, a może nawet w całym małżeństwie.
— Margaret, — zaczęła powoli, uważnie dobierając ton, — tak dalej być nie może. Dziś kończymy z groźbami i z tym, że traktujesz mnie jak lokatorkę we własnym życiu. Usiądź, proszę. I ty też, Mark.
Mark uniósł wzrok, zaniepokojony. Wiedział, że jego matka była dumna, uparta i przyzwyczajona, by wygrywać nie argumentami, lecz wytrwałością. Ale w oczach Eleny zobaczył spokój, którego nie znał — spokojną stanowczość, której nie dało się zignorować.
— Dobrze, — parsknęła Margaret, siadając ciężko na krześle. — No to mów.
mój i Marka, — powiedziała Elena. — A to oznacza, że obowiązują tu zasady. Nie kaprysy, tylko zdrowy rozsądek. Nie dotykasz moich rzeczy bez pytania. Nie przestawiasz mebli, nie zostawiasz szeroko otwartych okien zimą. Po dziesiątej wieczorem cisza. I najważniejsze: żadnych gróźb, żadnych krzyków, żadnego zastraszania.
— „Zasady, zasady…” — powtórzyła z ironią Margaret. — Na wsi ludzie żyją, a nie piszą regulaminy.
— W bloku też żyją, — odezwał się niespodziewanie Mark. — Mama, Elena ma rację.
Margaret spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Po czyjej jesteś stronie, Mark?
— Po naszej, — odpowiedział spokojnie. — Mojej i Eleny. Po stronie mojej rodziny.
W kuchni zapiszczał czajnik. Zwyczajny dźwięk, a jednak odciął napięcie jak nożem. Elena podniosła się, wyłączyła gaz i wróciła do stołu.
— Wiem, że jest ci ciężko, Margaret. Miasto jest obce, rytm inny, a samotność na wsi dokucza zimą bardziej. Ale nie możesz zamieniać swojej samotności w nasz ciężar. Możemy poszukać rozwiązań. Klub seniora, warsztaty, znajomi. Albo ustalimy datę powrotu i pomożemy ci w organizacji. Ale bez końca i bez zasad — nie.
Margaret prychnęła.
— Kluby, warsztaty… Bzdury!
— Możemy też poszukać kawalerki na wynajem, blisko nas, — kontynuowała Elena. — Będziemy się spotykać, ale każdy będzie miał swoją przestrzeń.
Mark skinął głową.
— To nie jest sąd, mamo. To tylko porządek. I wzajemny szacunek.
Tego wieczoru nikt nie śpiewał. Margaret zamknęła się w pokoju gościnnym. Mark i Elena sprzątali w ciszy.
— Boisz się? — spytała cicho Elena.
— Tak, — przyznał. — Ale jeszcze bardziej bałem się twojej ciszy. Dzisiaj ją przerwałaś.
Nazajutrz Margaret wyszła na spacer z Markiem. Wrócili z ulotkami: „Centrum Seniora”, „Ogród miejski”, „Kółko taneczne dla początkujących”. Margaret dotknęła jednej ulotki, potem szybko cofnęła palce.
— To nie dla mnie, — mruknęła, ale już bez kpiny.
Elena podała jej filiżankę kawy.
— Nie musisz być „z takich”. Możesz spróbować i zdecydować, co ci pasuje.
Margaret milczała chwilę, po czym westchnęła:
— Może jutro.
Po obiedzie usiedli we trójkę przy stole. Na kartce Elena napisała:
„Umowa współżycia:



