Halo, karetka? Znalazłem dziecko na podjeździe. Myślę, że zostało podrzucone. Proszę o jak najszybszy przyjazd

Krystyna wstała dziś rano o świcie: musiała się spieszyć do sklepu, zanim skończy się świeży chleb i nie wykupią jej ulubionych serków, które jej zdaniem idealnie pasowały do herbaty. Szybko włożyła dżinsy, sweter i stare wygodne trampki. Za oknem było jeszcze szaro, letni wschód słońca dopiero zaczynał się nad wieżowcami ich dzielnicy.

Podchodząc do drzwi wejściowych, zauważyła w przedpokoju zabawki swojego siostrzeńca, którym czasami się opiekuje: mały samochód z wytartymi kołami, plastikowy traktor bez łyżki – zostały tam od wczoraj, kiedy przyjaciółka przyszła z synem. Christina uśmiechnęła się, zbierając je na półkę. „Dobrze, że w domu czasami słychać śmiech dzieci, nawet jeśli nie są to moje dzieci” – pomyślała. Sama nie miała jeszcze dzieci: najpierw kariera, potem inne powody. Nie miała też męża – niedawno rozstała się z chłopakiem, który okazał się „nie gotowy” na poważny związek.

Szybko wrzuciła do torebki portfel, telefon i wyszła na klatkę schodową. Ciepłe powietrze i promienie słońca zapowiadały wspaniały letni dzień. Dziewczyna zjechała windą, wyszła na podwórko – tam już krzątały się babcie, a dwóch studentów paliło papierosy na ławce. „Wydaje się, że wszystko jak zwykle” – pomyślała Kristina. Skinęła głową sąsiadce:

– Dzień dobry, ciociu Valio!

– Cześć, Kristinka, wcześnie rano?

– Tak, biegnę po chleb.

Sąsiadka uśmiechnęła się i poprawiła chustkę. Kristina skierowała się do najbliższego sklepu „Piatyorochka”, oddalonego o pięć minut spacerem. Po zrobieniu zakupów miała pełną torbę: chleb, ser, jogurty, owoce, kilka puszek groszku (na wypadek, gdyby chciała zrobić sałatkę). Idąc do kasy, oszacowała, że wyjście ze sklepu zajmie jej około 20 minut. Rzeczywiście, trafiła na niewielką kolejkę, ale szybko zapłaciła.

W końcu wyszła ze sklepu i ruszyła z powrotem wzdłuż przytulnej ścieżki podwórkowej. W sercu czuła ciepło, ponieważ przed nią był dzień wolny – mogła bez pośpiechu zająć się domowymi obowiązkami.

Jednak zbliżając się do swojego wielopiętrowego budynku, zauważyła coś dziwnego: w wejściu, do którego prowadziło szklane ganki, tłoczyła się kobieta z dzieckiem na rękach, a nieco dalej mężczyzna kłócił się z kimś przez telefon. Kristina przeszła obok nich – nie znała tych ludzi, może byli to goście kogoś z sąsiedztwa.

Już miała wejść do klatki, gdy nagle usłyszała głuchy jęk lub płacz, rozbrzmiewający echem gdzieś na dole schodów. Dziecięcy? Zatrzymała się i nasłuchiwała. Płacz był ledwo słyszalny, półtonowy, jakby bardzo słaby. Serce jej zamarło: „Może ktoś upuścił dziecko?”. Zrobiła kilka kroków do środka, opierając się o chłodną ścianę.

– Słyszą państwo płacz? – zwróciła się do przypadkowych osób, które wchodziły za nią.

– Nie słyszę nic – odparł jeden z mężczyzn.

Inna kobieta potrząsnęła głową: „Pewnie ci się wydawało…”.

Ale Christina była pewna, że słyszała coś prawdziwego. Postanowiła podążać za dźwiękiem. Wchodząc nieco głębiej w zaułek między komorą na śmieci a klatką schodową, gdzie zwykle składano stare meble, zauważyła niewielki zawinięty pakunek. I stamtąd dochodził ledwo słyszalny głos dziecka, płacz. Zamarła w środku, pochyliła się i ostrożnie podniosła róg koca. To, co zobaczyła, wstrząsnęło nią do głębi: niemowlę, maleństwo, może tygodniowe, nie więcej. Policzki blade, usta sine z zimna lub – broń Boże – niedożywienia.

– Boże – wyszeptała, czując, jak drżą jej ręce.
Dziecko było owinięte byle jak, w jakimś starym, cienkim kocu, nie miało nawet pieluchy. „To po prostu porzucone dziecko!” – przemknęło jej przez głowę. „Kto jest zdolny do czegoś takiego?!”
Kristina poczuła przerażenie i litość. Natychmiast wybrała numer 03:
– Halo, pogotowie, ja… znalazłam niemowlę w klatce schodowej. Wygląda na porzucone. Proszę szybko przyjechać, adres jest taki…
Operator pytał o szczegóły, a Kristina starała się opanować panikę: „Tak, żyje, ale płacze…”. Potem, kończąc rozmowę, uklękła przed zawiniątkiem:

„Cicho, maluszku” – szepnęła, choć dziecko ledwo ją słyszało. „Nie zrobię ci krzywdy, wszystko będzie dobrze…”.
Niemowlę drgnęło, zamilkło na chwilę, jakby poczuło ciepło jej głosu. „Chłopiec czy dziewczynka?” – przemknęło jej przez myśl. Podnosząc koc, Christina zobaczyła, że to chłopiec. Serce ścisnęło ją na myśl, że jest zupełnie sam, bez imienia, bez matki.
Przechodzący obok sąsiedzi, widząc tę scenę, zatrzymywali się i z ciekawością zaglądali do środka. Christina zawołała:
– Ludzie, pomóżcie, niech ktoś z was zdejmie kurtkę i okryje go, tu wieje!
Jedna z dziewcząt, około 18 lat, zdjęła kurtkę:
– Ojej… Jaki maluch. Weźcie go, okryjcie.

– Dziękuję – skinęła głową Kristina.
Podczas oczekiwania na karetkę podbiegła starsza kobieta i rozłożyła ręce: „Ojej, ludzibójcy! Kogo wy porzucacie!”. Jej pytania wprawiały w panikę i tak już zdenerwowaną Kristinę. Mężczyzna w dresie zaproponował: „Może zabrać do mieszkania?”. Ale Kristina bała się zbędnych przemieszczeń: „A może lekarze będą musieli go obejrzeć na miejscu”.
Po 15 minutach w podwórku rozległ się dźwięk syreny. Ratownicy z noszami podbiegli do wejścia. Kristina drżała, przytulając dziecko do siebie, aby jakoś je ogrzać. Lekarka w średnim wieku dotknęła go i uniosła brwi:
– Żyje, ale jest słaby. Trzeba natychmiast jechać do szpitala. Kim pani jest – matka?
– Nie, znalazłam go… – przełknęła gorycz. – Wygląda na to, że ktoś go porzucił.

– Rozumiem – lekarz zacisnęła usta. – Dobrze, zabieramy go. Proszę podać swoje dane kontaktowe, policja i tak się z panią skontaktuje.
Krystyna, automatycznie podając numer telefonu i dane paszportowe, czuła, jak serce jej wali. Lekarze otulili dziecko specjalnym ciepłym kocem i położyli na małych noszach. – Chłopiec – mruknęła lekarka – malutki.
Krystyna wyszła za nimi na ulicę, patrząc, jak odjeżdża karetka. Para sąsiadów obok nadal wydawała okrzyki: „No proszę! Co za matka? To straszne!”
Stała z opuszczonymi rękami, zapominając nawet o torbie z chlebem i serkiem, którą zostawiła gdzieś w klatce. W głowie kołatała jej myśl: „Czy ludzie naprawdę tak postępują? Porzucają noworodka w klatce jak śmiecia…”.
Tego samego dnia Kristina nie mogła wrócić do normalnego trybu życia. Po powrocie do domu postawiła torbę z zakupami w kuchni, ale nie miała siły gotować. Zadzwoniła do przyjaciółki Oksany:

– Oksana, wyobraź sobie… Znalazłam dzisiaj niemowlę. Prosto w klatce schodowej!
– Co? – Oksana aż się zaparła. – Poważnie? Jak to?!
Kristina opowiedziała jej wszystkie szczegóły.
Oksana była w szoku i zaproponowała: „Może wpadnę do ciebie? Wszystko w porządku?”. „Tak, ale kręci mi się w głowie. Przyjdź, będę ci wdzięczna”.
Około szóstej wieczorem Oksana przyszła z ciastem, nalały sobie herbaty. Kristina opowiedziała wszystko jeszcze raz, czując, jak łzy napływają jej do oczu: „Rozumiesz, ten chłopiec… on jest taki mały…”.

Oksana przycisnęła dłoń do piersi:
– Kris, może to się stało, bo matka była po prostu zdesperowana, nie usprawiedliwiam jej, ale…
– Nie rozumiem, jak można tak po prostu porzucić dziecko. W całej tej rozpaczy…
– No tak, to jest… straszne.
– Teraz mam w głowie… – Kristina zawahała się. – A co z nim będzie? Oddadzą do sierocińca, jeśli rodzice się nie zgłoszą?
Oksana skinęła głową: „Zazwyczaj tak. Albo do szpitala, a potem organy opieki społecznej podejmą decyzję. A ty… chcesz jakoś pomóc?”.

Christina zacisnęła dłonie:
– Nie wiem. Może odwiedzić go w szpitalu, zapytać, jak się ma. Ale kim ja jestem… Nie jestem krewna…
Ale w głębi duszy dojrzewała myśl: „A może… czy mogłabym… wziąć go pod opiekę?”. Brzmiało to jednak absurdalnie: sama niezamężna, średnie dochody, doświadczenie z dziećmi – tylko sporadyczne spotkania z siostrzeńcem. A jednak serce podpowiadało coś innego.

Następnego dnia zadzwoniła do Kristiny kobieta, która przedstawiła się jako kapitan policji: „To pani znalazła noworodka? Potrzebujemy pani zeznań”. Kristina poszła do nich i opowiedziała całą historię krok po kroku. Na koniec zapytała: „A co z dzieckiem?”.
– Lekarze poinformowali, że jest na oddziale intensywnej terapii, ale przeżyje – odpowiedziała kapitan. – Będziemy szukać matki, ale szanse są niewielkie: wiele kobiet wyjeżdża do innych miast.
– To znaczy, że najprawdopodobniej zostanie sierotą? – szepnęła Kristina, czując ostry ból.
– Możliwe. Chyba że pojawi się babcia lub ktoś inny. Ale zazwyczaj w takich sytuacjach dzieci trafiają do domu dziecka, a następnie szuka się dla nich rodziny zastępczej.

Christina opuściła posterunek w półśnie. Chciała zrobić coś jeszcze. W pracy ledwo poradziła sobie z niezbędnymi zadaniami, szefowa zauważyła jej zmieszanie: „Christina, wszystko w porządku?” – „Tak, tak, problemy rodzinne”. Wolała nie wdawać się w szczegóły.
Wieczorem zadzwoniła do szpitala: „Dzień dobry, tu Kristina, ta, która znalazła dziecko… Czy mogę dowiedzieć się, jak się czuje?”. Dyżurna pielęgniarka potwierdziła: „Stan średnio ciężki, ale stabilny. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za kilka dni przeniesiemy go na oddział ogólny”.
W piersi poczuła ciepłą ulgę: „Dzięki Bogu, żyje!”.

Tydzień później Kristina zebrała całą swoją determinację i udała się do szpitala, w którym przebywał maluch. Znalazła oddział pediatryczny i przedstawiła się: „To ja znalazłam tego chłopca… Czy mogę chociaż na niego spojrzeć?”. Wpuścili ją, ponieważ była ważnym świadkiem, a pediatra – kobieta około czterdziestki – wykazała zrozumienie: „Jeśli tak się martwisz, możesz spojrzeć”.

Zobaczyła maleńkie ciałko w łóżeczku dziecięcym, podłączone do lampy grzewczej. Chłopiec spał, cicho chrapiąc. Serce Kristiny ścisnęło się. Stała przez kilka minut, patrząc na jego miniaturowe paluszki, a w jej duszy zrodziło się coś nieodwracalnego: „Nie chcę, żeby został sam. Chcę…”. Ale bała się wyrazić to słowami.
Pediatra podeszła cicho:
– W ciągu ostatnich dni nabrał sił – powiedziała z uśmiechem. – Na razie nazwaliśmy go Miszką. Będziemy szukać opiekunów, jeśli nie znajdą się krewni.
– A jak wygląda poszukiwanie opiekunów?

– Cóż, jeśli matka się nie pojawi, opieka społeczna przekaże dziecko do sierocińca lub od razu do adopcji. Czasami udaje się znaleźć rodziców zastępczych.
Christina kiwała głową, łza w gardle przeszkadzała jej mówić. „A co, jeśli to ja zostanę tymi rodzicami?” – brzmiało w jej głowie. Ale rozumiała: „Jestem sama, bez męża, nie ma pewności, że mi pozwolą”.
Wróciła do domu w zamęcie. Zadzwoniła do mamy do innego miasta:
– Mamo, wyobraź sobie, znalazłam niemowlę… – opowiedziała. – Żyje, jest teraz w szpitalu. Tak mi go żal, serce mi pęka.
Matka długo milczała, po czym westchnęła:

– Córeczko, zawsze miałaś dobre serce. Ale to ogromna odpowiedzialność…
– Ja… nie wiem. Może to moje przeznaczenie?
– Jeśli czujesz, że jesteś gotowa zostać matką, działaj. Ale pamiętaj, że sama nie będzie łatwo.
– Tak, rozumiem.
A jednak ta myśl coraz głębiej zakorzeniała się w niej.
Minęło kilka tygodni. Dziecko przeniesiono ze szpitala do specjalistycznego oddziału, gdzie opiekowano się porzuconymi dziećmi i przygotowywano je do przekazania do domu dziecka. Christina nie mogła spać spokojnie, cały czas myślała o nim. Pewnego dnia udała się do lokalnego urzędu opieki społecznej i powiedziała:

– Nazywam się Kristina, to ja znalazłam niemowlę w klatce schodowej… Chciałabym dowiedzieć się, czy mogę zostać adopcyjną matką lub opiekunką.
Pracownica opieki społecznej – kobieta o życzliwym spojrzeniu – uniosła brwi:
– Jest pani sama? Bez męża?
– Tak, nie jestem mężatką. Ale mam stałą pracę i własne mieszkanie.
– Zasadniczo jest to możliwe. Prawo nie zabrania samotnej kobiecie adoptować dziecko. Ale trzeba przejść procedurę: kursy dla przyszłych rodziców, badania lekarskie, zaświadczenie o dochodach, charakterystykę, sprawdzenie warunków mieszkaniowych.
– Jestem gotowa – powiedziała cicho, ale pewnie Kristina.

Kobieta skinęła głową:
– Dobrze, proszę napisać wniosek, wyjaśnię procedurę. Ale proszę pamiętać, że jeśli pojawi się biologiczna matka, sytuacja ulegnie zmianie.
– Rozumiem – odpowiedziała cicho Kristina. „Wątpię, żeby matka się pojawiła” – pomyślała.
Tak rozpoczęła się trudna droga: zbieranie dokumentów, badania lekarskie, szkolenie w szkole dla rodziców zastępczych. W pracy wzięła krótkoterminowy urlop, a szefowa, dowiedziawszy się o przyczynie, choć była zaskoczona, wsparła ją: „Mamy program socjalny, pomożemy ci, nie martw się”. Przyjaciółka Oksana była zachwycona: „To wspaniale! Jesteś prawdziwą bohaterką!”.

Oczywiście Christina przeżywała chwile kryzysu. Nocami leżała, wpatrując się w sufit: „A jeśli nie dam rady? Bycie matką to nie tylko noszenie lalki. Czy starczy pieniędzy? Dziecko będzie dorastało bez ojca…”. Od czasu do czasu śniło jej się, że nie może usypiać dziecka, ono płacze, a nikt nie pomaga. Budziła się zlana zimnym potem.
Ale rano przypominała sobie jego maleńką buźkę, te paluszki, i wracała determinacja. „To nie przypadek. To przeznaczenie”.
Kontrole opieki społecznej trwały jeszcze miesiąc. Inspektorzy przyszli do jej domu, obejrzeli dwupokojowe mieszkanie: schludna kuchnia, jasny pokój, ładny remont, ale nie ma jeszcze kącika dla dziecka. Kristina zażartowała: „Jeśli wszystko się uda, zrobię mu ładny kącik z tapetą w misie”.

Inspektorzy zadawali wiele pytań: „Dlaczego chce pani adoptować dziecko? Czy krewni nie mają nic przeciwko? Jak pani planuje wychowywać dziecko?”. Kristina odpowiadała szczerze, czasami rumieniąc się, ale jej słowa brzmiały szczerze. Wydaje się, że zrobiła dobre wrażenie.
Pod koniec lata wezwano ją do opieki społecznej i uroczyście wręczono jej zaświadczenie: może zostać adopcyjną matką. „Teraz pozostaje czekać na decyzję sądu w sprawie tego konkretnego dziecka” – wyjaśniła pracownica. „Ale biorąc pod uwagę, że jest to dziecko porzucone, a matka się nie zgłosiła, szanse są bardzo duże”.
Kristina prawie się popłakała: „Dziękuję… Bardzo chcę dać mu rodzinę”.

Następnie miała odbyć się rozprawa sądowa, ponieważ dziecku przyznano status „pozbawionego opieki rodzicielskiej” i przekazano do adopcji. Adwokat, którego zatrudniła, powiedział: „Sprawa jest prosta, pani jest wybawicielką, szanse wynoszą 99%”.
Podczas załatwiania formalności Kristina otrzymała pozwolenie na odwiedzanie malucha w oddziale dziecięcym. Było tam kilka niemowląt, każde z własną historią: niektóre pochodziły od matek uzależnionych od narkotyków, inne znaleziono w centrum handlowym. Kiedy po raz pierwszy wzięła tego chłopca na ręce, poczuła niepokój:
„Jak się masz, króliczku?” – szepnęła, trzymając go ostrożnie, jakby był delikatną figurką. Chłopiec już trochę urósł, patrzył wielkimi oczami, wyciągał rączki.
Wychowawczyni uśmiechnęła się: „On potrzebuje kontaktu z dorosłymi. Dobrze, że pani przyszła”. Kristina siedziała na krześle, przytulając malucha do piersi i odczuwając nieznaną dotąd radość. „Niech to na razie będą formalności, ale w głębi serca już uważam go za swojego syna” – pomyślała.

Pod koniec sierpnia odbyła się rozprawa sądowa: Kristina, sędzia, przedstawiciel opieki społecznej. Sędzia odczytała: „Uznać dziecko… za pozbawione opieki rodzicielskiej… przyznać prawo do adopcji obywatelce…”. Kristina ledwo stała na nogach. Kiedy usłyszała: „Gratulujemy, decyzja wchodzi w życie za 10 dni”, zrozumiała, że wszystko się spełniło.
– Możesz wybrać dla niego imię, jakie tylko zechcesz – powiedział przedstawiciel opieki społecznej.
– Będę nazywać go Matwiej – uśmiechnęła się Kristina. – Imię to symbolizuje siłę i męstwo, ponieważ przetrwał wbrew wszystkim przeciwnościom.

Po półtora tygodnia oficjalnie otrzymała wszystkie dokumenty, akt urodzenia, w którym została wpisana jako matka. Ogarnęły ją emocje. Zorganizowała małe przyjęcie z Oksaną i kilkoma przyjaciółmi, przyjechała nawet mama z innego miasta. Wszyscy się cieszyli, choć rozumieli, że życie Kristiny teraz się zmieni.
Tego jesiennego dnia, kiedy Kristina odbierała Matwija z placówki opiekuńczej, był zapakowany w niebieską kopertę, taką uroczą. Dziewczyna przyniosła malutkie śpioszki, czapeczkę, ale mimo to czuła, że ręce jej drżą. „To naprawdę mój syn” – myślała, przytulając go do siebie.

„Nie martw się, dasz radę” – dodawała otuchy wychowawczyni. „Najważniejsza jest miłość i cierpliwość”.
Christina zabrała dziecko taksówką do domu. Kierowca, mężczyzna około czterdziestki, zauważywszy, jak delikatnie trzyma dziecko, zapytał: „Pierwsze dziecko, prawda?”. „Tak, adoptowane” – przyznała z dumą Christina. „Och, szlachetna sprawa” – skinął z szacunkiem kierowca.
W swoim mieszkaniu przygotowała wcześniej kącik: ustawiła łóżeczko, powiesiła karuzelę z zawieszonymi zwierzętami, nakryła miękkim kocem. Na komodzie leżały pieluchy, pieluszki, butelki. Przyjaciółka pomogła jej sporządzić listę wszystkich niezbędnych rzeczy. Kiedy Kristina po raz pierwszy położyła Matveya do łóżeczka, ten pisnął, parsknął i… rozpłakał się. Z trudem łapiąc oddech, wzięła go na ręce i zaczęła kołysać:

– Nie płacz, synku. Jestem tu, mamusia jest blisko – szeptała, sama z trudem powstrzymując łzy wzruszenia.
Stopniowo maluch ucichł i przytulił się do jej ciepłego ramienia. W pokoju zapanowała wyjątkowa atmosfera, jakby zniknęła poprzednia pustka.
Oczywiście nie obyło się bez trudności: nieprzespane noce, kolki, nagłe skoki temperatury, wizyty u pediatry. Kristina mogła tylko się uśmiechać: „No cóż, zanurzyłam się w macierzyństwie po uszy”. Czasami chwytała telefon i dzwoniła do Oksany ze łzami w oczach: „On nie śpi już od dwóch godzin, krzyczy, nie wiem, co robić!”. Przyjaciółka radziła: „Spróbuj podać mu wodę z koprem” lub „Zmień mieszankę”.

Rano Kristina wstawała wyczerpana, ale gdy tylko widziała uśmiechniętą buźkę Matveya (który już zaczął się rozmywać w pierwszym niemym uśmiechu), jej dusza wypełniała się radością. „Wszystkie poświęcenia są tego warte” – powtarzała sobie.
Mama Kristiny, która przyjechała na tydzień, pomagała w gospodarstwie: gotowała zupy, prała pieluchy. „Brawo, córko, że się nie przestraszyłaś” – chwaliła ją. Kristina kiwała z wdzięcznością, spoglądając na Matwija leżącego na dywaniku i przyglądającego się grzechotce.

Do tego wszystkiego, do Kristiny czasami zwracali się dziennikarze (lub próbowali się skontaktować): ktoś z policji rozgłosił informację o „bohaterskiej ratowniczce”. Ale ona odmawiała publicznego wystąpienia, wstydząc się. Uważała, że nie było w tym nic bohaterskiego – to tylko przypadek i jej ludzki obowiązek.
Kilka miesięcy po adopcji, kiedy Matwiej miał już około 5–6 miesięcy, Kristina otrzymała dziwną przesyłkę pocztową. Nie było adresu zwrotnego. W środku znajdowała się kartka z napisem: „Wybacz mi, nie dałam rady…” – i to wszystko. Czy to mogła być biologiczna matka? A może to tylko zły żart kogoś? Kristina czytała te słowa, odczuwając mieszane uczucia: „Może to matka, która nagle zdała sobie sprawę z błędu?”.

Ale było już za późno, Kristina miała prawo do rodzicielstwa, a biologiczna matka została pozbawiona praw, jeśli to w ogóle była ona. Dziecko rośnie i ma przed sobą przyszłość. Kristina wrzuciła list do biurka, postanawiając, że nie pozwoli nikomu zniszczyć ich spokoju.
Koleżanki z pracy zebrały się pewnego dnia i przygotowały dla Kristiny mały prezent – koszyk z rzeczami dla dziecka. Była wzruszona: „Jesteście tacy mili! Dziękuję!” Niektórzy narzekali: „Cóż, trudno jest samotnie wychowywać dziecko…”. Ale większość ją wspierała. Szefowa oficjalnie zatwierdziła jej urlop macierzyński, chociaż Kristina próbowała pracować częściowo zdalnie: „W domu, kiedy dziecko śpi, mogę sporządzać raporty w 1C”.

Sąsiedzi z klatki, którzy pamiętali dzień, w którym Kristina znalazła zawiniątko, teraz patrzyli na nią z szacunkiem: „Prawdziwa matka” – mówili. Jeden z sąsiadów, starszy mężczyzna, nawet proponował, że czasem się nim zaopiekuje: „Jestem dziadkiem trzech wnuków, mogę pomóc”, ale Kristina grzecznie odmawiała, nie chcąc obciążać obcych ludzi.
Kiedy nadszedł grudzień, Matwiej miał już około siedmiu miesięcy. Nauczył się przewracać, próbował raczkować. Kristina postanowiła zorganizować w domu małą uroczystość z okazji Nowego Roku. Kupiła małą choinkę w doniczce i udekorowała ją błyskotkami. Przyszła Oksana z mężem, przyjechała też mama Kristiny – wszyscy usiedli do stołu, a w centrum uwagi był oczywiście Matvey.
– Agu! – radośnie gaworzył, chwytając ręką świecidełka.

-->