Daniel pozostał nieruchomy przez kilka sekund po tym, jak wypowiedział te słowa. Cała kaplica jakby zamarła. Ludzie patrzyli na niego z niedowierzaniem, a pośród zgromadzonych rozszedł się cichy szmer. Babcia, Elena, poczuła, że nogi ma jak z waty, i oparła się o ławkę, by nie upaść.
— Co powiedziałeś, kochanie? — spytała drżącym głosem, mając nadzieję, że się przesłyszała.
Daniel jednak nie powtórzył. Jego wzrok wciąż spoczywał na trumnie ojca, a palce zaciskały się na starym pluszowym misiu. Niebieskie oczy chłopca wydawały się patrzeć gdzieś daleko, poza zimne ściany kościoła.
„On tu jest. Patrzy na mnie.” — to były jego słowa.
Elena poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach. Przypomniała sobie noc przed pogrzebem, kiedy była pewna, że słyszy ciężkie kroki na korytarzu, choć wiedziała, że Daniel spał, a drzwi były zamknięte na klucz. Może to tylko wyobraźnia… a może nie.
Po mszy ludzie zebrali się na kościelnym dziedzińcu, szepcząc między sobą. Jedni byli przekonani, że chłopiec po prostu został przytłoczony smutkiem, inni zaś robili znak krzyża, wspominając stare historie o duszach, które pozostają blisko bliskich.
Elena wzięła Daniela za rękę i ruszyli w stronę domu. Chłopiec przez całą drogę patrzył przez okno samochodu, jakby śledził coś niewidzialnego.
— Daniel, kim jest „on”? — spytała babcia, starając się mówić spokojnie.
Chłopiec powoli odwrócił głowę.
— Tata… ale nie jest sam.
Słowa te sprawiły, że Elena mocniej wcisnęła pedał gazu. Po powrocie do domu próbowała namówić go do jedzenia, lecz odmówił. Usiadł w swoim pokoju przy oknie i zaczął coś mamrotać. Kiedy babcia zajrzała, zauważyła, że mówi do misia, jakby ten mu odpowiadał.
Tej nocy, przy silnym wietrze uderzającym o dach, Elena zasnęła późno, lecz obudził ją dziwny dźwięk — cichy krok i skrzypienie uchylanego okna. Wstała i podeszła do pokoju Daniela.
Łóżko było puste. Okno szeroko otwarte, firanka unosiła się na wietrze.
— Daniel! — zawołała spanikowana.
Cichy, ale wyraźny głos odpowiedział z ogrodu:
— Tu jestem, babciu.
Wybiegła boso na trawę i znalazła go przy starym jabłoni, wpatrzonego w mrok. Miś leżał na ziemi.
— Dlaczego wyszedłeś? — zapytała ostro, chwytając go za rękę.
— Muszę z nim iść. Tata mówi, że tam jest mama.
Elena poczuła, jak serce bije jej jak szalone. W ciemności między drzewami zdawało jej się widzieć bladą sylwetkę otoczoną dziwnym światłem. To nie była mgła ani cień…
— Tam nikogo nie ma. Wracamy do domu! — nalegała.
— Jest, babciu. I mówi, że jeśli nie pójdę teraz, już nigdy jej nie zobaczę.
Chwyciła go w ramiona i wbiegła do środka, zamykając wszystkie drzwi i okna. Resztę nocy spędziła przy jego łóżku, bojąc się zmrużyć oko.
W kolejnych dniach Daniel stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie, ale rozmawiał coraz częściej… z misiem. Twierdził, że ten przekazuje mu wiadomości „stamtąd” i że „oni” przyjdą, kiedy będzie gotów.
Elena poprosiła o pomoc starego proboszcza — ojca Matteo, znanego z mądrości. Spędził z chłopcem długą rozmowę, po czym spojrzał na babcię z powagą.
— On mówi, że ich widzi. Że stoją tutaj, w tej chwili.
Ojciec Matteo pokropił pokój wodą święconą i poradził, by każdej nocy paliła świecę.
Następnej nocy Elena obudziła się, czując zapach wosku i róż. Drzwi do pokoju Daniela były uchylone. Siedział na podłodze z misiem w ramionach, przed nim krąg narysowany białą kredą, a w środku paliła się świeca. Płomień drgał nienaturalnie, jakby popychany niewidzialnym wiatrem.
— Co robisz?! — krzyknęła.
— Otwieram bramę, babciu. Oni mi tak kazali.
Płomień nagle uniósł się wysoko i zgasł. W ciemności rozległ się szept, głęboki i obcy dziecięcemu głosowi:
— Czas.
Elena porwała Daniela na ręce i wybiegła z domu. Gdy wrócili z ojcem Matteo, kręgu już nie było, a miś leżał przypalony z jednej strony.
Od tej pory Elena nigdy nie zostawiała go samego po zmroku. Ale w oczach chłopca wciąż palił się ten sam dziwny blask. A czasem, w środku nocy, była pewna, że widzi dwie postacie stojące u stóp łóżka — jedną swojego syna, drugą synowej — patrzące na Daniela z mieszaniną smutku… i niecierpliwości.



