„Dbałam o ukochanego dziadka do ostatniego tchnienia. Zbierałam szczękę z podłogi, gdy na testamencie widniała jego córka”

„Wiadomość, że pojawił się nowy testament dziadka, w którym ten zapisał wszystko na swoją córkę, była dla mnie szokiem. Przecież miałam w ręku zrobiony 3 lata temu notarialny zapis, że wszystko dziedziczymy ja z siostrą! Mieszkanie, meble, rodzinne pamiątki…”.

W końcu to ja i Ewunia opiekowałyśmy się dziadziem przez ostatnie lata. Wszyscy wokół o tym wiedzieli – rodzina, znajomi, sąsiedzi. Skąd więc nagle ten nowy testament, skoro ciotka mieszka w Austrii i przyjechała do Polski raptem na dwa dni przed śmiercią ojca? Wcześniej się nim nie interesowała, zostawiając wszystko na naszej głowie.

– Dziadkowie praktycznie was wychowali, ciebie i twoją siostrę, więc teraz powinniście się im za to odwdzięczyć! – usłyszałam, kiedy kilka lat temu zapytałam ciotkę, czy zamierza się w jakikolwiek sposób włączyć w opiekę nad swoim ojcem.

Dopóki żyła babunia, jakoś sobie oboje radzili, ale po jej śmierci dziadek nie potrafił nawet sobie sam obiadu ugotować. Okazało się jednak, że ciotkę ani trochę to nie obchodzi i bez mrugnięcia okiem zrzuciła opieką nad nim na mnie i Ewę.

– Trudno, jakoś temu podołamy! – stwierdziła moja siostra, gdy jej zrelacjonowałam przebieg rozmowy. Oczywiście, ciotce nawet nie przyszło do głowy, aby wspomóc ojca finansowo. Na szczęście dziadzio, dawny dyrektor, szycha, emeryturę miał dość solidną, bo my z siostrą byłyśmy na dorobku i trudno by nam było utrzymywać dziadzia.

Dziadek zastąpił nam ojca, a babcia pomagała

W jednym ciotka Grażyna miała rację – czułyśmy się zobowiązane do opieki nad dziadkiem, bowiem faktycznie zastępował nam ojca, który zginął w wypadku samochodowym, kiedy z Ewą chodziłyśmy do pierwszych klas podstawówki.

Jego strata była dla nas ogromnym ciosem. Zresztą nie tylko dla nas, ale i dla mamy, która nie mogła się potem pozbierać psychicznie przez całe lata. Cierpiała na depresję, bywały takie dni, że nawet nie była w stanie wstać z łóżka i wtedy wszystko było na naszych dziecięcych głowach.
Gdyby nie dziadkowie, pewnie byśmy sobie same nie poradziły. Tymczasem oni byli u nas codziennie. Babunia gotowała, prała, prasowała, dziadzio pomagał nam w lekcjach. Tylko dzięki nim jakoś wszystko się kręciło i wyrosłyśmy z siostrą na wartościowe kobiety.

Kiedy więc najpierw zaniemogła babunia, czułyśmy się w obowiązku nią zaopiekować. Teraz to my gotowałyśmy obiady i pomagałyśmy w sprzątaniu. Po jej śmierci, którą każda z nas bardzo przeżyła, najważniejsze stało się pytanie: co dalej z dziadziem?

Żadna z nas nie mogła go zabrać do siebie, bo mamy małe mieszkania. A i wprowadzenie się do dziadzia także nie było rozwiązaniem. Na szczęście, codzienne czynności nie sprawiały mu kłopotów, trzeba było tylko zrobić mu zakupy i ugotować obiad. To pierwsze, bo prawie już nie wychodził, takie miał schorowane nogi; to drugie, bo gotować nie cierpiał, chociaż podobno nawet umiał. Gdybyśmy mu nie przynosiły czegoś ciepłego w termosach, żywiłby się pewnie samym chlebem.

Zorganizowanie dla dziadka codziennej pomocy było pewnym problemem, ale jakoś sobie z tym radziłyśmy przez cztery lata. Niestety, ostatnio dziadzio zaczął mieć kłopoty nie tylko z nogami, ale i ze świadomością tego, co się wokół dzieje. Pamiętam, kiedy tylko pojawiałam się u niego z zakupami, jak sroka zaglądał mi do siatek.

– A te bułki kupiłaś u G.? Po sałatę poszłaś do tej budki na rogu? – upewniał się podekscytowany, biorąc do ręki każdy produkt i  sprawdzając jego jakość.

– Tak, dziadziu – okłamywałam go gładko, bo co miałam zrobić?

Powiedzieć dziewięćdziesięcioletniemu panu, że wszystko kupiłam w markecie, bo piekarnia Gruszkowskiego nie istnieje od prawie dwudziestu lat, odkąd jej właściciel zmarł? A budkę z warzywami dawno zastąpił parking przed wielkim apartamentowcem?

Wiedziałam doskonale, że mówienie o tym byłoby niepotrzebnym okrucieństwem, bowiem te wiadomości zburzyłyby spokój starszego pana. Wprawdzie tylko na moment, bo za chwilę i tak by ich nie pamiętał dopytując się ponownie, czy te bułeczki to od Gruszkowskiego, ale jednak…

Przyjechała po latach i chciała wszystko zgarnąć

Rok temu skleroza dziadziusia stała się niebezpieczna zarówno dla niego, jak i dla innych ludzi. Zdarzyło się, że zalał sąsiadów, bo zostawił rozkręcone kurki w łazience. Bałyśmy się także z Ewą, że nie poradzi sobie już z gazem, by chociażby ugotować sobie wodę na herbatę. Poza tym groźne skoki ciśnienia, na które zaczął cierpieć sprawiły, że w porozumieniu z lekarzem przeniosłyśmy z siostrą dziadka do domu opieki społecznej, Zmarł tam dwa tygodnie temu… Kiedy było już z nim bardzo źle, zawiadomiłyśmy rodzinę. Ciotka przyjechała z Austrii i oczywiście zatrzymała się w mieszkaniu rodziców, bo gdzieżby indziej?

Żadnej z nas nie przyszło do głowy, aby jej tego zabronić. Nie podejrzewałyśmy z siostrą, że może zrobić coś złego, zresztą po pogrzebie, który zorganizowały, same namawiałyśmy nawet ciotkę, aby zabrała sobie, co zechce z rodzinnych pamiątek. W końcu to byli jej rodzice i być może jakieś zdjęcia, obrazy, przedmioty były jej wyjątkowo drogie.

Za życia dziadków ciotka nigdy nie wspomniała nawet słowem, że nie akceptuje ich decyzji o pozostawieniu nam tych dwóch pokoi z kuchnią. Wiedziałyśmy, że wyszła w Austrii za dość zamożnego faceta i pieniędzy na pewno jej nie brakowało. Co najwyżej serca i empatii. Nie była dla nas wzorową ciocią, która przejęła się śmiercią brata i osieroconymi bratanicami. O nie! Praktycznie jej nie znałyśmy, nigdy także nie przyszło jej do głowy, aby wspomóc nas finansowo. Ludziom się wydawało, że jeśli mamy ciotkę za granicą, to pewnie nam śle paczki z rozmaitymi dobrami.

Nie dostawałyśmy od niej nawet prezentów na uroczystości i święta. Wysyłała nam tylko kartki z życzeniami. Wiedziałyśmy, że ma córkę, ale widziałyśmy ją tylko ze trzy razy w życiu. Ostatnio na pogrzebie babci, bo na ten dziadka nie przyjechała. Podobno nie mogła, pracowała. Nie brakowało nam jej obecności. Weronika była zimna i wyniosła jak jej matka. Byłyśmy pewne z siostrą, że po śmierci dziadka nadal będą żyły w Austrii i przestaną utrzymywać z  nami jakikolwiek kontakt.
A tymczasem taka niespodzianka! Nowy testament… A w nim zapis, że wszystko dziedziczy ciotka.

Gdy ciotka wprowadziła się do domu dziadków zmieniła zamki w drzwiach. Oczywiście, nikt mnie nie zapytał, czy mam ochotę stamtąd zabrać jakieś pamiątki. Bo i po co? Na szczęście kopię notarialnie sporządzonej ostatniej woli dziadzia miałam u siebie w domu. I nie zamierzałam rezygnować z walki o schedę!

– W najgorszym wypadku możecie się panie starać z siostrą o zachowek, czyli połowę tego, co powinniście odziedziczyć jako spadkobierczynie ustawowe – wyjaśnił mi prawnik, do którego poszłam szukać pomocy.

Ciocia sobie to wszystko już dawno zaplanowała

– Czyli jeśli nie obalimy testamentu, który ma ciotka, dostaniemy jedną czwartą mieszkania i tego, co się w nim znajduje? – upewniłam się.

– Dokładnie – przytaknął prawnik.

Ale najpierw miałam zamiar przyjrzeć się temu testamentowi, który miała ciotka, bo naprawdę wierzyć mi się nie chciało, że taki istnieje. Zachodziłam w głowę, jakim sposobem udało się jej namówić dziadka na zmianę ostatniej woli? Przecież przyjeżdżała do Polski tak rzadko! Przez wynajętego prawnika udało mi się dostać kopię. I… zmartwiałam.

Testament był napisany odręcznie przez dziadka, w obecności świadków: ciotki, jej austriackiego męża i córki. I faktycznie mówił o tym, że wszystko dziedziczy ciotka, ale…

Coś mi się w nim nie zgadzało. Data! Była niby sprzed pół roku, tymczasem długopis, którym ją wpisano, różnił się kolorem od reszty testamentu. Moim zdaniem datę wstawiono dużo później…

– Trzeba by udowodnić fałszerstwo – stwierdził prawnik. – Trudno będzie dowieść, że dokument został sporządzony kiedy indziej.

Ale jeśli ciotka udowodni, że była w tym terminie w Polsce, sprawa zrobi się jeszcze trudniejsza.
Ja jednak miałam asa w rękawie!

– To nie jest pismo dziadka! – powiedziałam. – To znaczy jest, ale jeszcze z dawnych czasów, tuż po śmierci ojca, kiedy ciotka deklarowała pomoc dla mnie i dla siostry.

Pamiętam, jak się zarzekała, że zapewni nam przyszłość, zadba o wykształcenie, bo jesteśmy jej ukochanymi bratanicami, sierotkami. Teraz zrozumiałam, dlaczego tak mówiła, po prostu zależało jej na tym, aby odziedziczyć wszystko po rodzicach. Pewnie zadbała o to, aby skołowany pisaniem testamentu i targany wątpliwościami dziadzio nie wstawił daty. Uważała, że nawet jeśli dziadzio zostawi inny testament, to ona go „przebije” swoim, wystarczy, że wstawi późniejszą datę.

No cóż, nie wiedziała jednak o jednej sprawie

Dziadzio trzy lata temu uległ poparzeniu. Wylał sobie na prawą rękę gorącą herbatę, dotkliwie poparzył dłoń i od tamtej pory miał kłopoty z pisaniem. Zmienił mu się charakter pisma, co grafolog powinien potwierdzić bez wątpliwości.

– Skąd tylko wziąć próbki pisma dziadka? Przecież dokumenty zostały w domu, a klucze do mieszkania ma ciotka! – zdenerwowałam się.

A potem sobie przypomniałam o karteczkach, które dziadzio nam codziennie pisał, mnie i Ewie. Co mamy załatwić, co kupić…

– Przydadzą się! – ocenił prawnik. Dodał, że podpis dziadka pewnie figuruje na innych dokumentach.

– Czyli występujemy o podważenie testamentu przedstawionego przez ciotkę, który został napisany przed tym notarialnym. Oraz, oczywiście, oskarżymy ciotkę o oszustwo i chęć wyłudzenia spadku. Grafolog potwierdził, że pismo dziadka na testamencie ciotki z pewnością jest dużo wcześniejsze niż testament notarialny.

– Po poparzeniu pozostał przykurcz mięśni i ściągnięta skóra na dłoni, litery pisane przez pana Jana Kaweckiego zmieniły więc kształt, co jest widoczne na późniejszych dokumentach – poświadczył w sądzie.

Ciotka sprawę o testament przegrała

Sąd orzekł, że został datowany bez wiedzy i zgody zainteresowanego. I uznał za wiążący testament notarialny, w którym spadkobierczyniami dziadek czyni mnie i Ewę. Oczywiście, ciotka miała prawo w tym momencie dopominać się zachowku, ale…

Zaproponowałyśmy jej inne załatwienie sprawy. Obiecałyśmy, że nie wystąpimy do prokuratury o ściganie jej z tytułu sfałszowania dokumentu na naszą niekorzyść. A w zamian za to zrzeknie się zachowku.

Na szczęście w tym momencie ciotka okazała się rozsądna. Przystała na to i wyjechała do Austrii, znikając z naszego życia. Mam nadzieję, że tym razem na dobre!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->