„Przyjęłam do domu bezdomnego mężczyznę. Dałam mu szansę, a on skradł to, co miałam najcenniejsze – moje serce”

Przyszedł, czekał tyle godzin na zimnie, a ja mu nie pomogłam. Ta myśl dręczyła mnie jak najgorszy wyrzut sumienia. Wszystko przepadło?

Zziębnięta wchodziłam do budynku redakcji. Ze złością patrzyłam na plamy, które powstały na dopiero co kupionych butach. Typowy polski grudzień. Śniegu nie ma, za to na chodnikach jakaś breja. Człowiek wychodzi z domu – jest ciemno. Wraca – także nic nie widać. I gdyby nie myśl o świętach, najchętniej usunęłabym ten miesiąc z kalendarza. Przed budynkiem wytarłam buty i weszłam do przytulnego, ciepłego wnętrza. Zmierzałam ku windzie, gdy zatrzymał mnie pan Jurek, ochroniarz.
– Przed wejściem czeka jakiś mężczyzna. Mówi, że na panią.
Wzruszyłam ramionami. Nie byłam umówiona. Nacisnęłam przycisk windy.
– Też bym do niego nie wyszedł. To bezdomny. Czeka tu już od szóstej rano. Pewnie zbiera na wino.

Już miałam wsiadać do windy, gdy coś mnie tknęło. Czeka na mnie prawie pięć godzin na tym ziąbie?! Dzisiaj przyszłam do pracy później niż zwykle. Rano przeprowadzałam wywiad ze znanym aktorem. Odkąd awansowałam z reportera „społecznego” na zastępcę redaktora naczelnego, moje życie stało się nieco prostsze. Nie musiałam ganiać po ośrodkach opieki społecznej, po melinach ani komisariatach. Nie pisałam już o ludziach z pogranicza ubóstwa i nędzy, alkoholikach ani bezdomnych. Zatem czego może chcieć ode mnie ten człowiek?

Przytulne wnętrze kusiło, ale… on czekał już tyle czasu. Nie miałam serca tego zignorować. Zawróciłam i wybiegłam przed redakcję. Teraz go zobaczyłam.
– Pan do mnie? – spytałam nerwowo.
Padał deszcz ze śniegiem. Mokłam.
Rozpoznał mnie, widziałam to w jego spojrzeniu. O dziwo, wcale nie pijackim.

– Pani Agata? Pół roku temu robiła pani materiał o bezdomnych muzykach.

Przez sześć miesięcy tyle się zmieniło…Jak ja tego człowieka w ogóle poznałam?

Któraś urzędniczka powiedziała mi o nietypowej grupie ludzi bez adresu. Co wieczór zbierali się pod jedną z noclegowni i grali koncerty. Każdy miał jakiś zdobyczny instrument. Był i akordeon bez wszystkich klawiszy, flet z dorobionym drewnianym ustnikiem, gitara z żyłką zamiast struny. Na czym grał ten mężczyzna, który stał przede mną?
– Nie mogę wpuścić tego pana – orzekł ochroniarz
– Janek Nowicki, grałem na skrzypcach – chyba czytał w moich myślach.

Teraz sobie przypomniałam. Tak, bezdomny skrzypek był całkiem przystojnym mężczyzną, choć trudno to było stwierdzić na pierwszy rzut oka, bo miał długą brodę i ubrany był niechlujnie. Niewiele mówił, za to pięknie grał. A jak troszczył się o swój instrument! Jakby to były najdroższe skrzypce świata!

– Tak, pamiętam pana – odruchowo podałam mu rękę, a on uścisnął ją lodowatą dłonią. – Proszę, wejdźmy do środka. I tak wystarczająco długo czekał pan na mrozie. Napijemy się ciepłej herbaty.
– To chyba nie jest dobry pomysł… – zaczął niepewnie, ale ja już ciągnęłam go za rękaw wysłużonej kurtki do środka.
Tam złapał nas ochroniarz.
– Pani Agato, ja nie mogę wpuścić tego pana – powiedział, stając w rozkroku przed windą. – W południe naczelny spodziewa się dwóch ważnych gości. Nie mogą natknąć się na…
– Biorę to na siebie – przerwałam mu.

Znałam dobrze naszego ochroniarza. Jego wrogość była na pokaz. Na co dzień był człowiekiem do rany przyłóż.
– Dlaczego na mojej zmianie muszą zawsze dziać się takie rzeczy? – mruknął pod nosem, ale przepuścił nas.
Winda zatrzymała się na piątym piętrze. Dochodziło południe. Cały zespół był akurat w stołówce na lunchu. Została tylko sekretarka, która odbierała telefony. Była zajęta pracą, nie zauważyła więc naszego wejścia. Zaprosiłam bezdomnego skrzypka do swojego gabinetu.

– Jolu, poproszę dwie herbaty – powiedziałam do słuchawki.
Sekretarka weszła pięć minut później.
– Co tu tak… – pociągnęła nosem.

Zapewne chciała powiedzieć „śmierdzi”, ale wtedy dostrzegła mojego gościa i urwała w pół zdania. Parowało jego przemoczone ubranie. Jola postawiła przed nami herbatę, po czym krzywiąc się, uciekła szybciutko z pokoju.
Nie uszło to uwagi bezdomnego.
– To nie był dobry pomysł – gdy patrzyłam, jak ogrzewa dłonie o gorący kubek, wiedziałam, że pomysł był najlepszy z możliwych. – Będzie pani miała kłopoty.
Machnęłam tylko ręką.
– Z czym pan do mnie przychodzi?
– Tu jest wszystko napisane – poszukał czegoś w kieszeni i po chwili wyciągnął zmiętą, niezbyt czystą kartkę.

„Nabór instrumentalistów smyczkowych do Filharmonii. Zgłoszenia tylko przez internet” – przeczytałam na ulotce.
Nie było mowy o skończonej szkole muzycznej. Może filharmonia ma ochotę stworzyć zespół z amatorów?
– Nabór kończy się za tydzień – powiedział mój gość. – Nie mam dostępu do internetu. Jedyna osoba, jaka mi przyszła do głowy, to pani. Przepraszam…
Zanim skończył mówić, ja już wchodziłam na stronę rzeczonej filharmonii. Kliknęłam na formularz zgłoszeniowy.

Już wiem! Poszukam go w tamtej noclegowni

– Pana imię i nazwisko oraz data urodzenia – szybko podyktował, a ja wpisałam. – Miejsce zamieszkania?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak głupie to było pytanie. Janek Nowicki wstał i skierował się ku drzwiom.
– To był głupi pomysł – powiedział, patrząc na mnie smutnym wzrokiem.

– Przepraszam, że zabrałem pani czas.
Przebiegłam wzrokiem po formularzu. Wymagali adresu, dwóch aktualnych fotografii, listu motywacyjnego. A za tydzień organizowane było przesłuchanie. Rzeczywiście, ten facet się nie nadawał… Ale gdy przypomniałam sobie, jak grał, to aż mnie dreszcz przeszedł. Miał talent, tylko w życiu mu było pod górkę. Pewnie z powodu jakiegoś błędu młodości zaprzepaścił szansę na karierę.
– Może coś pan wymyśli… – bąknęłam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.
– Dziękuję – odparł i wyszedł.

Tego popołudnia nie mogłam skupić się na pracy. Dobrze, że to był piątek i zaraz zaczynał się weekend. Z redakcji wyszłam jako ostatnia. Nikt nie czekał na mnie w mieszkaniu. Było ładne i przestronne, ale mieszkałam w nim sama.
Jakoś nie mogłam trafić na swoją połówkę. Zdarzały mi się krótkie związki, jednak trafiałam na płytkich mężczyzn. Nie miałam szczęścia. Tak samo jak ten bezdomny… Nie! Nie tak samo. Nie brakowało mi dachu nad głową, pieniędzy, przyjaciół ani… możliwości. A on czekał na mnie pięć godzin tylko po to, żeby móc wejść na stronę filharmonii i wypełnić zgłoszenie. A i tak odszedł z niczym…

Nagła myśl błysnęła mi w głowie. Przecież wciąż mogę mu pomóc! Tylko… gdzie go szukać? Już wiem! Pójdę do noclegowni, w której wtedy robiłam materiał. Nikła szansa, że go tam zastanę, jednak warto spróbować.
– Janek Nowicki? – zastanawiał się chwilę kierownik. – Aaaa, nasz skrzypek! Tak, spędził tutaj noc, ale teraz go nie ma.
– Będzie wieczorem? – spytałam.
– Nie wiem… Dzisiaj pomaga pani Renacie. Jak się zjawi, to co przekazać?
Podałam kartkę z moim adresem.
– Niech przyjdzie do mnie – poprosiłam. – Mam do niego pilną sprawę.
Cały dzień spędziłam na oczekiwaniu. Nie przyszedł… Około dwudziestej pierwszej otworzyłam butelkę wina.
– Za moją naiwność i chęć pomocy całemu światu – wzniosłam toast.

Ależ musiałam mieć minę, kiedy otworzyłam drzwi

Kończyłam już drugą lampkę, gdy rozległ się dzwonek u drzwi. Poszłam otworzyć. Na progu stał… Janek Nowicki.
– Przepraszam, nie mogłem wcześniej. W soboty zazwyczaj pomagam pani Renacie. To starsza kobieta, ma problemy
z poruszaniem się. Dzisiaj poczuła się źle i całe popołudnie spędziłem z nią na pogotowiu. Przyjęli ją do szpitala.
Momentalnie otrzeźwiałam.
– Cieszę się, że jednak pan przyszedł – powiedziałam szczerze.
– Trochę trwało, bo ze szpitala do pani mam kilka kilometrów – dopiero teraz zauważyłam jego przemoczoną kurtkę. – Ale nie chciałem zawieść zaufania.
Poprosiłam, aby się rozgościł.
– Ja tylko na chwilę. Jest dziesiąta, noclegownie nieczynne. Prześpię się na dworcu, ale o czwartej wyrzucają nas na ulicę. Może złapię kilka godzin snu.

Osłupiałam. Moje problemy z samotnością są niczym w porównaniu z jego.
– Nie wypuszczę stąd pana – oznajmiłam mu stanowczo. – Mam jeden wolny pokój, może pan się przespać.
Był tak zaskoczony, że przez chwilę gapił się na mnie, nic nie mówiąc. Chyba zastanawiał się, czy sobie z niego nie żartuję. Po chwili jednak posłusznie ściągnął kurtkę i rozwalające się buty. Ja w tym czasie nalałam wody do wanny.
– Proszę, tu są ręczniki, a tu dres sportowy. Mój ostatni ukochany nie miał ochoty go odebrać – dodałam zgryźliwie.
Już otwierał usta, aby to skomentować, ale zawahał się i padło z nich tylko:
– Dziękuję.

W łazience wskazałam mu jeszcze przybory do golenia, także zostawione przez mojego byłego. Po półgodzinie z łazienki wyszedł… niesamowicie przystojny mężczyzna. Ogolony, umyty, odświeżony. Na stole czekały na niego kanapki i herbata.

Jadł w ciszy, a ja go obserwowałam. Normalny facet, tyle że ze skrzywionym życiorysem. Łazienkę zostawił po sobie
w idealnym porządku. Co on robi na ulicy? Nim pomyślałam, spytałam go o to…
– Miałem 20 lat i świat przed sobą – zaczął opowiadać po chwili milczenia. – Zakochałem się. Studiowaliśmy razem, a potem… zamiast zacząć pracę magisterską, Beata trafiła do szpitala. Nowotwór. Niestety, złośliwy. Dwa miesiące trwała walka. Przegraliśmy. Na jej leczenie sprzedałem wszystko, co miałem. Łącznie z mieszkaniem po rodzicach. Zadłużyłem się na kolumbijskich znachorów. Beaty nikt nie mógł uratować, ale wtedy o tym nie myślałem. Gdy zmarła, nie miałem już niczego. Wierzyciele pukali do drzwi, komornik wyprzedał to, co zostało. Trafiłem na ulicę. Nikt nie chciał przyjąć do pracy bezdomnego. W jednej walizce nosiłem wszystkie swoje dokumenty. Pewnego razu ktoś mi ją ukradł. Zgłosiłem sprawę na policję, ale oni nawet nie mają gdzie przesłać mi jakiegokolwiek powiadomienia. Nie mam pracy, łapię dorywcze zajęcia. I tak żyję z dnia na dzień. Gdy znalazłem na ulicy ulotkę o naborze do filharmonii, pomyślałem, że to moja szansa. Byłem głupi…

Słuchałam wstrząśnięta.
– Wcale nie – powiedziałam szybko. – Nie jesteś głupi. Zaimponowałeś mi swoją odwagą. I cierpliwością. Naczekałeś się na mnie kilka godzin na zimnie.
– Na piękną kobietę warto – odparł.
Czyżby ze mną flirtował?! Ku mojemu zdumieniu spodobało mi się to. Cieszyłam się też, że z ofiary losu zaczyna się zmieniać w mężczyznę.
– W każdym razie przejrzałam to ogłoszenie jeszcze raz – zmusiłam się do przejścia do konkretów, choć wolałam prowadzić rozmowę w innym tonie.
Spojrzał na mnie wyczekująco.

Zrobimy tak: w zgłoszeniu podamy mój adres. W poniedziałek zameldujemy cię w urzędzie, a potem wystąpisz o nowe dokumenty. Potem podjedziemy do mojego brata. Jesteście podobnej postury, więc może ci pożyczyć ciuchy. Zgłoszenie do filharmonii wyślemy na początku tygodnia. A w następny piątek stawimy się na przesłuchanie.

– Czy ty przypadkiem nie za bardzo mi ufasz? A co, jeżeli przyszedłem tutaj tylko po to, żeby cię wykorzystać?
Nie zabrzmiało to jak groźba, tylko… obietnica. Aż cała zadrżałam.
Zarumieniłam się, bo nie wiadomo kiedy ta rozmowa zupełnie zmieniła swój charakter. Czułam się z tym dziwnie…
– A… w jaki sposób miałbyś mnie wykorzystać? – spytałam prowokacyjnie.
Każde z nas kończyło kolejną lampkę wina, jakoś niepostrzeżenie przysunęliśmy się do siebie, prawie dotykając dłonią o dłoń. Iskrzyło bardzo mocno.
Śmiechem rozładował napięcie.
– Naprawdę chcesz pomóc nieznajomemu, bezdomnemu facetowi? – spytał.
– Chcę – odparłam pewnie.

Tej nocy siedzieliśmy jeszcze długo. Rozmawialiśmy o sobie, o marzeniach, nieziszczonych planach… Janek był naprawdę bardzo inteligentnym mężczyzną.

W niedzielę wrócił do noclegowni, choć namawiałam go, żeby został.  Stwierdził, że byłoby to nie w porządku wobec mnie. Zjawił się w poniedziałkowy ranek i pojechaliśmy do urzędu, gdzie zameldowałam Janka w moim mieszkaniu. Potem wykonaliśmy resztę mojego planu. Wszystko szło gładko. Wystarczyło tak niewiele, by zmienić jego życie…

Przy zgłoszeniu do filharmonii jako kontakt podałam mój numer komórki. Siedzieliśmy akurat nad obiadem, który zrobił mój gość, gdy zadzwonił telefon. Zaproszenie na przesłuchanie!
Janek nie odwiedzał mnie przez kilka dni. Brakowało mi go… Nadrabiałam zaległości w redakcji, aby piątek mieć wolny. Nie mówiłam nic Jankowi.
Był akurat na scenie, gdy wpadłam na widownię. Nie widział mnie. I dobrze. Mogłam zasłuchać się w jego muzyce. A było w czym! Grał po prostu pięknie.

Decyzja komisji nie była dla mnie zaskoczeniem. Janek został przyjęty! Wiedziałam, że tak będzie! Gdy usłyszałam jego nazwisko, pobiegłam na scenę.
– Dostałem się! – oznajmił mi radośnie i… porwał mnie w ramiona.
– Pani chłopak ma wielki talent – powiedział gość przechodzący obok, a mnie się zrobiło miło, że wziął nas za parę.
Tamtego dnia Janek nie wrócił już do noclegowni. Ani żadnego innego. Od przesłuchania w filharmonii minął rok. Jesteśmy zaręczeni, a już za kilka miesięcy, latem, odbędzie się nasz ślub…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->