„Poszłam na studia, żeby upolować męża. Poznałam syna znanego adwokata, ale był dziecinny. Wybrałam… jego ojca”

„Żyję jak księżniczka. Mam wszystko, o czym marzyłam: gosposię, samochód, pieniądze. Wolny czas przeznaczam na przyjemności. Czy jestem szczęśliwa? Chyba tak. Czasem tylko czuję się samotna, bo wszyscy, których znałam, odwrócili się ode mnie”.

Koleżanki twierdzą, że jestem wyrachowana, i że mój związek nie ma nic wspólnego z miłością. Niech gadają, co chcą. Mam to gdzieś. I tak wiem swoje. Miłość trwa zwykle rok, najwyżej dwa, bo potem zabija ją szara rzeczywistość. Czyż nie rozsądniej więc było zamienić ją na dostatnie życie u boku faceta, którego tylko bardzo lubię, ale który zapewnia mi wszystko, czego zapragnę?

Wychowałam się w małej miejscowości na wschodzie Polski. Niewiele się tam działo. Kilka ulic, rynek, remiza, trzy sklepy, szkoła, knajpka, kościół. Słowem nuda, beznadzieja… I ploty. Wystarczyła krótsza spódniczka, niewinny pocałunek z chłopakiem z sąsiedztwa, a już człowiek trafiał na języki. Nienawidziłam takiego życia. Buntowałam się. Chciałam uciec. W naszej wsi szczytem szczęścia dla dziewczyny było małżeństwo z facetem z posadą w urzędzie gminy. A w mieście mogłam spotkać nawet księcia z bajki. Gdy tylko zdałam maturę, spakowałam swoje najlepsze ubrania i wyjechałam na studia do Warszawy.

Myślałam, że z czasem zmądrzeje

Zawsze świetnie się uczyłam, więc bez trudu dostałam się na uniwersytet, na polonistykę. Przyznam szczerze, że nie chodziło mi tylko o to, by zdobyć wykształcenie. Nie byłam głupia, widziałam, co się dzieje. Mnóstwo ludzi miało tytuł magistra, a i tak szlifowało bruki. Ja zamierzałam zapolować na męża. Najchętniej przystojnego i z bogatej rodziny. Wszyscy wokół mówili, że jestem ładna, zgrabna, ambitna i w głowie mam poukładane. Więc dlaczego miało się nie udać?

Zamieszkałam w akademiku. Moja współlokatorka studiowała prawo. Początkowo nijak nie mogłyśmy się dogadać. Nieraz dochodziło między nami do awantur, bo nie dość, że zadzierała nosa, jakby była nie wiadomo kim, to zostawiała ciuchy i kosmetyki gdzie popadnie. W pewnym momencie chciałam nawet zamienić się z kimś na pokoje, byle tylko uwolnić się od Kingi.

Na szczęście tego nie zrobiłam. W porę zorientowałam się, że ta dziewczyna prócz wad ma jedną, ale za to wielką zaletę – obraca się w dobrym towarzystwie. Wśród synów sędziów, adwokatów, notariuszy, radców prawnych, chłopaków ustawionych już na początku dorosłego życia. Więc jej odpuściłam. Po kilku miesiącach nawet się zaprzyjaźniłyśmy i Kinga, wciągnęła mnie do swojego środowiska. Mogłam rozpocząć polowanie.

Spotykałam się z kilkoma chłopakami, ale na nic poważnego się nie zapowiadało. Czułam, że będę dla nich tylko zabawką. Szybko więc z nimi zrywałam, żeby niepotrzebnie nie wplątywać się w jakieś układy. Wreszcie poznałam kogoś wartościowego i wkrótce się z nim związałam. Był synem znanego adwokata. Wychowywał go tylko ojciec, bo matka zmarła, gdy Filip miał 10 lat. Nie zrobiłam tego z wyrachowania. Naprawdę się w nim zakochałam.

Filip bardzo mi się podobał, a poza tym miał zawsze pełny portfel, no i świetnie się razem bawiliśmy. Nie był może najmądrzejszy, ludzie mówili, że tylko balety mu w głowie, że za dużo trawki pali, a egzaminy zdaje dlatego, że ma wpływowego ojca, ale na początku wcale mi to nie przeszkadzało. Byłam młoda, chciałam się bawić… Zachłysnęłam się urokami miasta, które mogłam smakować tylko dzięki niemu. Poza tym sądziłam, że jak mój ukochany już się wyszaleje, to odzyska rozum i rozsądek. I gdy przyjdzie czas, tatuś odpowiednio go urządzi w życiu.

Niestety, Filip nie zamierzał dorosnąć. Coraz więcej pił, eksperymentował z narkotykami. Dobrze się ukrywał, ale wiedziałam, co się dzieje. Próbowałam mu tłumaczyć, że to donikąd nie prowadzi, ale nie słuchał.

– Wyluzuj, Aga! Żyje się raz, potem już tylko się straszy! – odpowiadał.

Po kilku miesiącach znajomości z Filipem zaczęło do mnie docierać, że to nie jest odpowiedni facet dla mnie, że powinnam z nim zerwać. Chciałam chociaż nadziei na stabilizację i dostatek, a on w ogóle nie myślał o przyszłości. Żył z dnia na dzień, jakby miał zakodowane w głowie, że tatuś wszystko za niego załatwi.

Choć podjęłam decyzję, długo zbierałam się do poważnej rozmowy z Filipem. Nie umiałam z nim zerwać, bo ciągle go jeszcze kochałam. Starałam się o tym nie myśleć, ale był też inny powód tej zwłoki: nie chciałam zostać w Warszawie sama, bez pieniędzy, tylko z niewielkim kieszonkowym od rodziców…

Nadeszły wakacje. Filip oświadczył, że jego ojciec chce mnie poznać. I zaprasza nas do swojego letniego domu w Hiszpanii. Na miesiąc.

– Staruszek jest trochę nudny, ale musimy pojechać. Bo inaczej się obrazi i jeszcze od kasy mnie odetnie. I tak jest wściekły, że tak słabo zdałem egzaminy – westchnął; był taki niezadowolony z tego wyjazdu…

Dla niego to nie była żadna atrakcja. Zdążył już zwiedzić pół świata, miał wszystko. Tymczasem ja nigdy nie byłam na tak wspaniałych wakacjach. Lato spędzałam zazwyczaj w rodzinnej miejscowości, na dzikiej plaży nad jeziorkiem niedaleko domu. Oczami wyobraźni już wiedziałam, jak wylegujemy się na plaży, szalejemy w nocnych klubach. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że może być zupełnie inaczej. I że ten wyjazd stanie się dla mnie początkiem mojego nowego życia…

Dom w Hiszpanii był cudowny. Ojciec Filipa, wbrew temu, co twierdził syn, też. Od razu mnie oczarował. Dobiegał pięćdziesiątki, miał nienaganne maniery, był szarmancki, a jednocześnie taki rozsądny, mądry. Nie jakiś tam chłoptaś z sianem w głowie, ale poważny mężczyzna. W pewnym momencie złapałam się na tym, że wolę siedzieć z nim na tarasie i rozmawiać, popijając wino, niż biegać z Filipem po klubach.

– Zakochałaś się w moim starym czy co? – zdenerwował się któregoś dnia Filip, gdy po raz kolejny powiedziałam, że wolę zostać w domu.

– Zwariowałeś? Staram się być tylko miła. Żeby nie odciął cię od pieniędzy – szybko znalazłam wymówkę.

W gruncie rzeczy, choć targały mną wątpliwości, powiedziałam prawdę. Nie zakochałam się w Konradzie. Nie było żadnego uderzenia pioruna, żadnych motyli w brzuchu. Na początku traktowałam go raczej jak ojca, a nie kandydata na męża. Był ode mnie o 25 lat starszy!

Wtedy zresztą nie podejrzewałam, że jest mną zainteresowany. Przecież byłam dziewczyną jego syna! Owszem nadskakiwał mi, traktował mnie jak prawdziwą damę, ale myślałam, że to wynika raczej z dobrego wychowania, a nie rodzącego się uczucia do mnie. Przez moment sądziłam nawet, że chce sprawdzić, czy nie jestem jakąś latawicą, której wystarczy powiedzieć kilka komplementów, poczarować i już wskakuje facetowi do łóżka. Spędzałam więc z nim miło czas, żałując w duchu, że Filip nie jest do niego podobny…

Nie musiałam się długo zastanawiać

Któregoś wieczora, pod koniec pobytu, Filip jak zwykle gdzieś zniknął wieczorem, a my z Konradem usadowiliśmy się na tarasie. Piliśmy wino, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. W pewnej chwili rozmowa zeszła na mój związek z Filipem.

– Czy jesteś szczęśliwa z moim synem, Agnieszko? Macie jakieś plany, wspólne mieszkanie, może ślub? – zapytał Konrad poważnym tonem.

– Sama nie wiem… Kocham go, ale myślę, że to znajomość bez przyszłości. On jest ciągle taki dziecinny, tylko zabawa mu w głowie – odważyłam się na szczerość. – A ja marzę o mężczyźnie odpowiedzialnym, traktującym życie na serio. Takim, przy którym nie będę musiała zmagać się z problemami dnia codziennego – powiedziałam.

– Takim na przykład jak ja? – przysunął się do mnie.

– Dokładnie takim jak ty – odparłam cicho, patrząc mu w oczy.

Nie spodziewałam się tego, co stało się później. Myślałam, że Konrad się uśmiechnie, coś tam zażartuje i wrócimy do picia wina. Ale nie. Przyciągnął mnie do siebie. Owionął mnie zapach jego ciała i nagle poczułam, jak ogarnia mnie podniecenie. W pierwszym odruchu chciałam go odepchnąć, ale nie mogłam. Zaczęliśmy się całować. Chwilę później wylądowaliśmy w sypialni.

To był zupełnie inny seks niż z Filipem. Konrad doskonale wiedział, jak zadowolić kobietę… Gdy skończyliśmy, ojciec mojego chłopaka poszedł pod prysznic. Ja leżałam w łóżku jak skamieniała. Czułam się winna i potwornie zawstydzona.

– Posłuchaj… Chyba za dużo wypiliśmy i sprawy zaszły za daleko. To nie fair wobec Filipa – wykrztusiłam, gdy Konrad wrócił z łazienki.

Podszedł, nachylił się nade mną i delikatnie mnie pocałował.

– Masz rację, to nie w porządku. Dlatego będziesz musiała wybrać, kochanie – odparł.

Milczałam, czekając na ciąg dalszy.

– No rób takiej zdziwionej miny. Zakochałem się w tobie i chcę z tobą być – uśmiechnął się.

Byłam w szoku. Naprawdę nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się raczej, że raczej wyzwie mnie od dziwek, a potem każe się wynosić. No bo rzeczywiście, co to za kandydatka na synową, która idzie do łóżka z tatusiem ukochanego. Tymczasem Konrad wyznał mi miłość. Był gotowy zranić syna, może nawet go stracić, byle tylko ze mną być. To było niesamowite i takie romantyczne… Jak w powieściach.

No i wybrałam. Właściwie od razu. Przecież zawsze chciałam stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, a tylko Konrad mógł mi to zapewnić. Nie musiałam długo myśleć, by dojść do takiego wniosku. To prawda, nie byłam w nim zakochana, ale dobrze się z nim czułam. I byłam pewna, że będę w stanie go uszczęśliwić.

Nie od razu powiedziałam Filipowi o swojej decyzji. Jakoś głupio mi było stanąć przed nim i wyznać, ot tak, że wolę się spotykać z jego ojcem. Nie chciałam sprawić mu przykrości w domu jego ojca. Do końca pobytu w Hiszpanii i jeszcze przez jakiś czas po powrocie udawałam, że między nami wszystko jest jak dawniej. Chodziliśmy na imprezy, spotykaliśmy się ze znajomymi. Nawet się kochaliśmy kilka razy, choć starałam się tego uniknąć. Ale gdy tylko nie było go w pobliżu biegłam do Konrada…

Po trzech miesiącach miałam dość takiego udawania. Konrad zresztą też. Ustaliliśmy, że powiemy o wszystkim Filipowi. Zaaranżowaliśmy wypad do restauracji we trójkę. Było bardzo miło. Rozmawialiśmy o głupotach, śmialiśmy się. W pewnym momencie Konrad odłożył sztućce.

– Synu, ja i Agnieszka mamy ci coś ważnego do powiedzenia – zaczął.

– Tak? – podniósł głowę znad talerza, zerknął na mnie.

– Od kilku tygodni się spotykamy. Nie planowaliśmy tego, ale tak jakoś wyszło. Wybacz… – wyrzucił z siebie. – Kochamy się – dodał, sięgając przez stół po moją dłoń.

Zapanowała złowieszcza cisza.

Filip spoglądał z niedowierzaniem to na ojca, to na mnie.

– Żartujecie, prawda? – wydusił.

– Nie… Już dawno chcieliśmy ci to powiedzieć, ale jakoś nie starczało nam odwagi – przyznałam cicho.

Pewnie się domyślacie, co było potem. Filip poczerwieniał. W pewnym momencie bałam się, że wybuchnie, zacznie się awanturować. Jednak się opanował. Może nie chciał robić awantury jak zazdrosny kochanek, może przypomniał sobie, że jednak jest zależny od ojca i nie powinien stawać na drodze do jego szczęścia. Rzucił więc tylko przez zęby, że życzy nam szczęścia, i wybiegł z restauracji. Potem przysłał Konradowi SMS-a, że chce, by ten wynajął mu apartament. Bo nie zamierza mieszkać z nami pod jednym dachem.

Do mnie więcej się nie odezwał, za to kilka dni później o moim związku wiedziała cała uczelnia. Przypomniało mi się, jak to jest, kiedy człowiek dostanie się na języki. Czegóż to się o sobie nie dowiedziałam! Że jestem wyrachowana, że pieniądze są dla mnie najważniejsze, że chcę wykorzystać Konrada… Też coś! Przecież to znany adwokat, nie można go tak łatwo wystawić do wiatru!

Od tamtej pory minął prawie rok. Mieszkam z Konradem w jego wilii pod Warszawą. Dwa miesiące temu wzięliśmy ślub. Przedtem podpisałam intercyzę – sama na to nalegałam, chciałam, żeby ludzie wreszcie przestali gadać na nasz temat.

Żyję jak księżniczka. Mam wszystko, o czym marzyłam: gosposię, samochód, pieniądze. Wolny czas przeznaczam na przyjemności. Zakupy, wizyty w spa, w klubie fitness. Stać mnie na drogie ubrania, kosmetyki, zagraniczne wojaże. Tegoroczne lato spędziliśmy, podróżując po Europie. Byliśmy we Francji, w Hiszpanii i w Portugalii. Najlepsze hotele, najpiękniejsze plaże, wszystko naj…

Czy jestem szczęśliwa? Chyba tak. Czasem tylko czuję się samotna. Konrad tak dużo i długo pracuje. Jest właścicielem kilku kancelarii. Co prawda ma zaufanych wspólników, ale mówi, że lepiej wszystkiego samemu przypilnować. Nie mam za wielu znajomych. Nowi, z kręgu przyjaciół męża, są dla mnie mili, uśmiechają się, ale mam wrażenie, że robią to tylko z grzeczności. Gdyby Konrad mnie porzucił, pewnie nawet nie podaliby mi ręki.

Moi starzy znajomi odwrócili się ode mnie. Kiedyś podsłuchałam przypadkowo, jak mówili, że patrzę na nich z góry, że czuję się od nich lepsza. Wcale tak nie jest! Jestem tą samą dziewczyną, którą byłam przedtem. Ale, do cholery, nie będę na spotkanie z nimi ubierać się w ciuchy z sieciówek tylko dlatego, żeby nie sprawiać im przykrości… Myślę, że zazdroszczą mi tego, jak żyję. Oni liczą każdy grosz. By studiować, muszą udzielać korepetycji albo sprzątać cudze mieszkania. Spłacają kredyty. Ja nie muszę robić nic i o nic nie muszę się martwić.

Na najbliższych też, niestety, nie mogę liczyć. Mama z ojcem byli u nas tylko raz. W dniu ślubu. A po uroczystości szybciutko wyjechali. Źle się czuli w wielkim, komfortowym domu, nie smakowało im wymyślne jedzenie, nie podobało się, że do stołu podaje służąca. Ojciec nawet zapytał złośliwie, czy rąk nie mam. Konrad był zły, a mnie zrobiło się przykro, bo powinni się cieszyć, że ich córka tak wygodnie żyje… Na pożegnanie usłyszałam jeszcze, że już do nich nie pasuję, że jestem z innego świata. Rzeczywiście, oddaliłam się od naszego miasteczka. Ale przecież o tym zawsze marzyłam.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->