„Moje dzieci to nieroby. Nie dają nic od siebie, a gdy proszę o pomoc w domu, każą mi zatrudnić sobie studenta”

„Przeczytałam ogłoszenie, po czym wyjęłam komórkę i zadzwoniłam pod podany numer. Targu dobiłam w pięć minut. A zanim wróciłam ze spaceru, przed domem czekał już na mnie >>mój<< student. Uśmiechnięty od ucha do ucha i gotowy do pracy”.

Mój mąż jest zawodowym kierowcą; od marynarza różni się tylko tym, że przemierza wielkie odległości po drogach lądowych, a nie morskich, ale i tak nie ma go w domu całymi tygodniami. Wszystko jest na mojej głowie. Dzieci również. Dzieci! Bezczelne, leniwe nieroby! Starszy syn ma lat dwadzieścia dwa, córka – dziewiętnaście.

Mieszkają z nami, bo gdzie będzie im tak dobrze jak u mamusi? Wikt i opierunek za darmo, własna służąca, sprzątaczka i kucharka na miejscu. W tej potrójnej roli występuję oczywiście ja.

Nigdy się nie buntowałam, bo najpierw dzieci były małe, potem trochę większe, później niby już dorosłe, ale… to w końcu cały czas są dzieci. Staszek dobrze zarabia, więc nie musiałam iść do pracy. Tym bardziej, że robotę miałam na okrągło w domu.

Ale pod koniec tego lata zrodził się we mnie bunt, którego skutki przerosły moje najśmielsze oczekiwania. A zaczęło się – jak zwykle – od pomocy przy pracach domowych. Czy konkretniej – od braku tejże pomocy.

Jak poradzili, tak zrobiłam

Którejś soboty po śniadaniu zagaiłam:

– Marcin, chciałabym, żebyś mi pomógł skopać ogródek i wziął się wreszcie za ten trawnik. A ty, Paula, pomożesz mi przy myciu okien. Tata przyjeżdża za dziesięć dni i dom powinien lśnić!

– Mama, no weź… – moja córka teatralnie przewróciła oczami – mam świeżo zrobione tipsy i mycie okien i inne prace porządkowe nie wchodzą w grę.

– A co do kopania ogródka, to może… jutro? – wtrącił się Marcin.

– Tylko że jutro w twoim przypadku nigdy nie nadchodzi. Sama mam wszystko robić? – zdenerwowałam się. – Tata przyjeżdża na moje urodziny, chcę zrobić fajną imprezę, z grillem i tak dalej… – kusiłam. – To co, pomożecie? – zapytałam niczym towarzysz Edward Gierek.

– Nie, raczej nie… – Marcin pokręcił głową. – Jutro, mówiłem…

– A możesz mi z łaski swojej powiedzieć, czemu nie dzisiaj?

– Szczerze? Bo mi się nie chce – odparło moje leniwe dziecko. – Ale, wiesz co? Wynajmij sobie jakiegoś biednego, spłukanego po wakacjach studenta. To tania siła robocza, za pięć dych zrobi wszystko.

Gdyby mój syn wiedział, jakie zmiany w jego życiu przyniesie zrealizowanie tego pomysłu – ugryzłby się w język. Ale już było za późno. Zasiane przez niego ziarno trafiło na podatny grunt. Przypadek, a może przeznaczenie – też pomogło.

Kiedy starając się ochłonąć, wyszłam na spacer z psem, na latarni tuż przed naszym domem znalazłam ogłoszenie treści: „Student podejmie się dowolnej pracy. Sprzątanie, wychodzenie z psem, przekopanie ogródka, mycie okien”. Po krótkim namyśle wyjęłam komórkę i zadzwoniłam pod podany numer. Targu dobiłam w pięć minut. A zanim wróciłam ze spaceru przed domem czekał już na mnie „mój” student. Uśmiechnięty od ucha do ucha.

Dzieci pozamykały się w swoich pokojach, więc nawet nie wiedziały, że mamy gościa. Chłopak miał na imię Sebastian i sprawiał dobre wrażenie. No i wręcz palił się do roboty. Na początek wziął się za ogród; grządki skopał w półtorej godziny, po dwóch kolejnych godzinach trawnik wyglądał jak z reklamy. A kiedy żywopłot przed domem przestał przypominać chaszcze, a zaczął wyglądać jak zielony mur o idealnych krawędziach, zarządziłam przerwę obiadową.

Sebastian natychmiast wyciągnął z torby jakieś kanapki, ale spojrzałam na niego tak groźnie, że nie odważył się ich nawet otworzyć. Poszliśmy razem do kuchni, gdzie w piekarniku dochodziły udka kurczaka na słodko-ostro, czyli z chili i z miodem. Chłopak bez oporów dał się namówić na solidną porcję, wraz z surówkami i kopiastym talerzem frytek.

Zmłócił wszystko w tempie ekspresowym, a gdy dzieci, zwabione zapachem, zechciały wreszcie zaszczycić mnie swoją obecnością, on już poleciał, obiecując, że jutro przyjdzie z samego rana. Za kilka godzin pracy zapłaciłam mu sto złotych i muszę przyznać, że były to chyba najlepiej wydane przeze mnie pieniądze.

Chyba zaczęli być zazdrośni

Następnego dnia rano przed ósmą Sebastian już pracował. Kiedy po dwóch godzinach umył okna na parterze, dał się zaprosić na śniadanie. Okazało się, że przed wyjściem nie zdążył nic zjeść, więc dwie kiełbaski, cztery pajdy chleba i dzbanek kawy zniknęły w okamgnieniu.

W południe wszystkie okna lśniły. I właściwie mógłby pójść już do domu, gdyby nie pewien drobny fakt; na tle pięknego trawnika, błyszczących okien, równiutkiego żywopłotu reszta ogrodu i domu prezentowały się dość niechlujnie. Spytałam go o możliwość dalszej współpracy, a on aż pokraśniał z zadowolenia. Obrzucił fachowym wzrokiem ogród i stwierdził:

– Trzeba zrobić altanę, przeszlifować drewno, zagruntować, wymienić zmurszałe deski, widziałem grill stacjonarny za garażem, można by go zamontować, a tutaj ułożyć ścieżkę z tej fajnej kostki, której tyle zostało po robieniu podjazdu… A potem zostanie już tylko sprzątanie – uśmiechnął się szeroko.

– Tyle że… to może zająć nawet tydzień – dokończył ciszej, patrząc na mnie. – I może wyjść z pięćdziesiąt godzin. Ale dam pani rabat – zastrzegł szybko.

– Mąż wraca i dom ma wyglądać schludnie. Niech pan czyni swoją powinność. A zamiast rabatu – ja panu dam podwyżkę. Za inicjatywę – stwierdziłam.

Tego dnia obiad był inny niż zwykle. Moje pociechy z ponurymi minami skubały widelcami w talerzach. Sebastian wcinał wszystko jak leci, nie przestając opowiadać, co jeszcze zrobi, naprawi, ulepszy. A ja nakładałam mu na talerz kolejne kąski i słuchałam z zachwytem. Kiedy Sebastian podziękował za posiłek i wrócił do pracy, syn nie wytrzymał.

– On jest taki miły dla ciebie, bo mu płacisz! – rzucił oskarżycielsko.

Roześmiałam się szczerze.

– Synku, ja mu nie płacę za to, żeby był miły, tylko za robotę, którą wykonuje nad podziw dobrze.

– Gdybyś mi płaciła, też bym tak tyrał – nie ustępował.

– Widzisz, kiedy rzecz w tym, że… ja ci płacę. A ty i tak nic nie robisz.

– Płacisz mi? Kiedy?

– Kieszonkowe co tydzień, nowe ciuchy, sprzęt grający, wakacje… Kto za to wszystko zapłacił? Ja! A ty, zamiast okazać elementarną wdzięczność, zamiast wziąć udział w pracach domowych, jeszcze masz pretensje? I to do kogo? Do Sebastiana? On zarabia na swoje studia. Dodam, że na studia, za które w twoim przypadku ja płacę. I wiesz… chyba rzeczywiście powinnam zacząć ci płacić. Ale to się wiąże z tym, że przestanę ci dawać pieniądze. Będziesz je musiał zarobić.

– Jak?

– Idź i mu pomóż! Przy tej altanie jest roboty dla dwóch. Dostaniesz tyle, co on: dwadzieścia złotych za godzinę.

– Dobra! Udowodnię ci, że sobie poradzę! – zerwał się z krzesła.

– Sebastian zostanie u nas na kolacji? – zapytała niespodziewanie Paula.

– Przypuszczam, że tak.

– Dobra. To ja pójdę na górę i umyję okna – rzuciła niespodziewanie.

Spojrzałam na nią zdumiona. Czyżby i do mojej córki coś dotarło? A może po prostu Sebastian tak się jej spodobał, że chciała mu zaimponować swoją pracowitością? A co tam! Najważniejsze, że dom będzie lśnił od piwnicy po dach.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->