„Na wsi nie było dla mnie przyszłości. Rodzice nawet nie przyjechali na mój ślub, bo akurat były żniwa”

„Oprócz świadków na ślubie było jeszcze kilku moich kolegów z pracy i koleżanek Ali ze szkoły. Na przyjęciu w naszej kawalerce jedliśmy bigos prosto z garnka, bo jeszcze się nie dorobiliśmy talerzy. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi”.

Urodziłem się na wsi, miałem dwóch starszych braci i siostrę. Od dziecka wiedziałem, że tam nie ma dla mnie przyszłości. Gospodarstwo nie było duże, po podziale na starszych braci dla mnie nic nie zostanie. Zresztą zawsze ciągnęło mnie do miasta… Do szkoły poligraficznej trafiłem przez przypadek – po prostu była w najbliższym miasteczku. Nauka szła mi dobrze, po zawodówce wychowawca zaproponował mi technikum.

W tamtych czasach praca sama znajdowała człowieka. Dostałem posadę w drukarni w całkiem dużym mieście. Dobrze, że dwa lata później na prywatce u kolegi poznałem Alicję. Bo inaczej pewnie zostałbym alkoholikiem. Drukarze pili wtedy na potęgę – twierdzili, że wódka to antidotum na opary ołowiu, które wdychaliśmy cały dzień.

Alicja uczyła się w liceum pielęgniarskim, mieszkała w internacie. Jej rodzice nie żyli, wychowała ją ciotka. Też pochodziła ze wsi, bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język. Alicja bardzo chciała się wyrwać z internatu, dlatego gdy dostałem przydział na kawalerkę – wzięliśmy ślub.

Było lato, żniwa, nikt z mojej rodziny nie przyjechał

Oprócz świadków na ślubie było jeszcze kilku moich kolegów z pracy i koleżanek Ali ze szkoły. Na przyjęciu w naszej kawalerce jedliśmy bigos prosto z garnka, bo jeszcze się nie dorobiliśmy talerzy. Rok później Ala zrobiła dyplom i zaczęła pracę w szpitalu. A ja dostałem awans i podwyżkę.

– Mirek, czy ty w ogóle chciałbyś mieć dzieci? – zapytała kiedyś Ala.

Nie wiem, co by się wtedy stało, gdybym udzielił złej odpowiedzi. Bo okazało się, że Ala jest już w trzecim miesiącu ciąży. Jurek urodził się w samochodzie. Była lutowa noc, w drodze do szpitala nasz maluch wpadł w poślizg i zagrzebał się w zaspie. Dobrze, że Ala jest pielęgniarką. Zachowała zimną krew. Ja spanikowałem, niewiele pamiętam z tamtej nocy. Zanim dotarło do nas pogotowie, Jurek był już na świecie.

Zawinąłem go w kurtkę i zrozumiałem, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Pół roku później Ala musiała wracać do pracy, Jurek poszedł do żłobka. Pod koniec lat 80. żłobki to nie były miłe miejsca. Ala płakała, zostawiając synka. Ale nie było wyjścia. Nie mieliśmy pod ręką żadnej babci, na nianię nie było nas stać. Raz na kilka miesięcy Ali udawało się przekonać jedną z koleżanek, żeby posiedziała z Jurkiem. Mogliśmy wtedy pójść do kina albo po prostu na spacer.

Geniusz matematyczny? Ale po kim on to ma?

Gdy niecałe dwa lata później okazało się, że Ala jest znowu w ciąży – byłem przerażony. Ledwie radziliśmy sobie z jednym, a teraz drugie? Marta urodziła się w czerwcu 1989 roku. Jest równolatką wolnej Polski. Dwa miesiące po wyborach nasza drukarnia przekształciła się w spółdzielnię pracowniczą. Ja i moi koledzy zostaliśmy sami swoimi szefami. Na pierwszym zebraniu ktoś zgłosił moją kandydaturę na prezesa. Zostałem wybrany jednogłośnie. Nie miałem pojęcia, że byłem aż tak ceniony. Gdy wieczorem powiedziałem o tym Ali, popatrzyła na mnie, jakbym się z choinki urwał, a potem zapytała:

– Czy to oznacza podwyżkę?
– Tak – przyznałem. – Myślę, że będzie nas stać na opiekunkę.

Pani Jasia, ciocia mojego kolegi z pracy, aż do śmierci była zastępczą babcią moich dzieci. Jurek zwariował ze szczęścia, gdy usłyszał, że nie musi iść do żłobka. Biegał po całym mieszkaniu i piszczał… „Boże, co oni tam robią tym dzieciom?” – pomyślałem i serce ścisnęło mi się z żalu. Drukarnia miała coraz więcej zleceń. Kupiliśmy nową maszynę i wkroczyliśmy na rynek kolorowych czasopism. Dwa lata później wypłaciliśmy sobie pierwsze dywidendy. Zamieniliśmy mieszkanie. Wreszcie dzieci miały swój pokój, a my sypialnię. Gdy Jurek był w trzeciej klasie, dowiedzieliśmy się, że mamy w domu matematycznego geniusza.

– Chłopak nudzi się na lekcjach, chcemy go przenieść o klasę wyżej.

Usłyszawszy to od wychowawczyni, popatrzyliśmy na siebie z Alą zdziwieni. Geniusz? Matematyczny? Dopiero tamtego dnia zorientowałem się, że rzeczywiście Jurkowi nigdy nie trzeba było pomagać w lekcjach. Wcześniej na to nie zwróciłem uwagi.

– Po kim on to ma? – pytaliśmy siebie nawzajem.

A ja zacząłem się bać, że za kilka lat mój syn będzie tak mądry, że nie będę umiał już z nim rozmawiać. Jurek zmienił klasę i zaczął chodzić na dodatkowe matematyczne zajęcia. Od biegania po podwórku wolał swoje zadania. Przez kolejnych naście lat ciężko go było zobaczyć bez notesu i długopisu. Cały czas coś liczył i rozwiązywał. A my z żoną staraliśmy się mu w tym nie przeszkadzać.

Marta była przeciwieństwem starszego brata

Wszędzie jej było pełno. Nie było w okolicy drzewa, na które by nie wlazła (i z którego by nie spadła), murku, z którego by nie skakała czy trzepaka, na którym by nie wisiała. Dziś pewnie uznano by, że ma ADHD. Żeby opanować tę energię, zapisywaliśmy ją na różne sportowe zajęcia. Przy żadnym nie zatrzymała się na dłużej, ale gdy w liceum ze szkolną drużyną pojechała na międzyszkolne zawody, okazało się, że może wystartować w zasadzie w każdej dyscyplinie. Tak jak w wypadku Jurka od dawna mieliśmy pewność, że zostanie naukowcem, tak o Martę trochę się martwiliśmy.

Niepotrzebnie. Okazało się, że jej nadaktywność i jednocześnie dar zjednywania ludzi to doskonałe atuty, by mogła zostać biznesmenką. Dziś jest właścicielką firmy doradczej.

Gdy urodziły się wnuki, Ala przeszła na emeryturę

Jurek zwiedził cały świat. Semestr na Oksfordzie, studia doktoranckie w Ottawie. Wykłada na uczelni, za unijne pieniądze prowadzi badania. Co kilka miesięcy wyjeżdża na sympozja, wykłady. Jestem z niego bardzo dumny, ale na czym polega jego praca, nawet nie staram się zrozumieć. Dziesięć lat temu odsprzedałem swoje udziały w drukarni kolegom, pracuję teraz na pół etatu. Kupiliśmy mały domek za miastem. Ala ma wreszcie swój ogród, w którym spędzam całe dnie.

Nasze dzieci, choć tak różne, zawsze trzymały się razem. Nawet gdy mieszkali na dwóch różnych kontynentach, codziennie do siebie pisali, dzwonili. Dlatego bardzo nas nie zdziwiło, gdy któregoś dnia oznajmili nam, że zamierzają wziąć ślub tego samego dnia i urządzić jedno, za to huczne wesele. Ania to koleżanka z uniwersytetu Jurka, wiecznie zamyślona okularnica. Była pierwszą poważną dziewczyną syna, i okazało się, że ostatnią. Marta zmieniała chłopaków jak rękawiczki. Co rusz wpadał do nas jakiś dryblas, w końcu nam się ich imiona zaczęły mylić. Może dlatego dopiero przy piątej wizycie u nas Adama, zorientowałem się, że chyba już u nas był. Był inny od poprzedników. I zupełnie inny niż Marta. Poeta, utrzymywał się z tłumaczeń literatury pięknej.

Ale to właśnie on okazał się idealnym partnerem dla naszej córki. Adam uwielbia siedzieć w domu, gotować. A ona może spokojnie rozkręcać swoją firmę. Pierwsze dzieci Marty i Jurka urodziły się prawie w tym samy czasie – to był przypadek. Ale pomysł tak się rodzeństwu spodobał, że kolejne już sobie tak zaplanowali. Na dodatek wyszło tak, że w pierwszym rzucie i Marta, i Ania urodziły chłopców, a w drugim dziewczynki. Ala przeszła na emeryturę, gdy tylko pojawiły się wnuki.

– Nie ma mowy o żadnych nianiach czy żłobkach – oświadczyła. – Nie wiem, jak pozostałe babcie, ale ja jestem do dyspozycji.

Na szczęście ten układ pozostałym babciom bardzo się spodobał. Nie kłócimy się z nimi o wnuki. Dom pełen dzieci, to dom, do którego chcę wracać Od tamtej pory wnuki są obecne w naszym życiu non stop. Zresztą nie tylko w naszym. Koleżanki i koledzy z pracy już przywykli, że muszą ciągle oglądać kolejne filmiki z ich udziałem. A ja – dumny dziadek – nie mogę się powstrzymać, by się nimi nie chwalić.

– Tadzik jest umysłowy, a Antoś fizyczny – opowiadam każdemu, kto chce słuchać. – Tadzik zaczął mówić, gdy miał 13 miesięcy. A Antoś chodzić, zanim skończył rok.

Ale na dobre zwariowałem, gdy na świat przyszły wnuczki. Najpierw Helenka, a dwa miesiące później Julka. Panny mają dziś po sześć lat i już wiedzą, że wystarczy się uśmiechnąć, i dziadek jest gotów zrobić wszystko. Biegać po ogrodzie na czworaka, huśtać na dwie ręce przez dwie godziny.

– Niedługo będą cię ubierać jak lalkę w kolorowe łaszki. I tylko musisz kupić perukę, bo na łysinie ci nie nakręcą loków – śmieje się ze mnie Maciek.

Oczywiście, że czasem tego szczęścia jest za wiele. Na przykład, gdy wpadam do pracy, mimo że mam akurat wolne, koledzy kiwają ze zrozumieniem głowami.

– Co, Mirek, znowu masz komplet w domu? Chcesz odetchnąć?

Kiwam głową i dwie godziny później stęskniony pędzę do rodziny.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->