„Mąż zamiast dbać o swoją ciężarną żonę, ganiał jak piesek do wylaszczonej sąsiadki. Ciekawe, czy łóżko też już z nią testował”

„Kilka razy w tygodniu wyciągała mi męża z domu, by jej koniecznie coś naprawił. Był cieknący kran, nieszczelne okno, odpadające kafelki w kuchni… Kusiło mnie, żeby jej spisać na kartce telefony do rozmaitych fachowców i wręczyć przy najbliższej okazji. Byłam zła – czy baba uważa, że kobieta w 8 miesiącu ciąży nie potrzebuje męża w domu?!”.

Strasznie się ucieszyłam, że B. się wyprowadzili, naprawdę nie znosiłam tego ich kundla. Choćby człowiek nie wiem jak kombinował, zawsze się musiał na niego natknąć i zaraz to smyranie uślinionymi faflami po spódniczce, niuchanie po torbach z zakupami, fuj! A odkąd udało mi się zajść w wyczekaną ciążę, kupę nerwów mnie kosztowało, żeby nie zrobić spektakularnej awantury na całą kamienicę – przecież mnie mogło bydlę jakąś chorobą zarazić!

– Ciekawe, kto się wprowadzi – zainteresował się Edgar któregoś dnia, gdy patrzyliśmy przez okno, jak ekssąsiedzi wynoszą ostatnie drobiazgi i pakują się do auta.

– Wszystko jedno – orzekłam stanowczo. – Byle nie mieli psa.

Naprawdę w to wierzyłam, co dziś mogę zbyć tylko machnięciem ręki: głupia byłam i życia nie znałam…

Ejże, a od kiedy to jesteś z sąsiadką na „ty”?

Chociaż gdy po raz pierwszy zobaczyłam młodą kobietę z dzieckiem otwierającą drzwi naprzeciwko i zorientowałam się, że to nowa sąsiadka, nie miałam żadnych złych przeczuć. Nawet pomyślałam, że fajnie. Nie będzie głośnych imprez, jej mała już też była za duża na nocne płacze… A z drugiej strony, ktoś, kto sam ma potomstwo, powinien być bardziej wyrozumiały, gdyby nasz smyk okazał się w przyszłości wrzaskunem.

Był jeszcze mąż, sporo starszy, ale wciąż przystojny, który jednakowoż gdzieś zniknął po wprowadzeniu się. Pomyślałam, że chłopina pracuje za granicą. Dla mnie najważniejsze było, że zza drzwi nie wynurzała się znienacka obleśna psia morda!

Kłaniałyśmy się sobie z sąsiadką niezobowiązująco na klatce schodowej i na tym koniec. Dlatego ogromnie się zdziwiłam, gdy jakieś dwa tygodnie później Edgar zaraz po powrocie z pracy, stwierdził, że sąsiadka poprosiła go o pomoc. Gniazdko jej wypada w łazience i ponoć się bardzo boi, żeby jej prąd nie poraził.

– Mąż jej nie mógł tego naprawić? – zapytałam.

– Jaki mąż? – Edgar spojrzał na mnie zdziwiony. – Ewelina jest rozwódką.

A kiedyż to mój ślubny zdążył przejść z tą panią na „ty” i jeszcze poznać jej stan cywilny?!

– A ten gość, który pomagał jej przy przeprowadzce? – coś mi wciąż nie pasowało. – To jej były?

– Nie, ojciec – Edgar wzruszył ramionami. – Masz rozum, Baśka? Przecież to stary chłop, podobno schorowany. Nie ma dziewczyna łatwego życia, obiecałem, że jak w czymś będziemy mogli pomoc, to może zawsze poprosić.

Trochę niezręcznie się z tym czułam, ale potem sobie przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że może jestem zbyt egoistyczna, może przesadzam. Co nam szkodzi wejść w bardziej zażyłe kontakty z sąsiadką?

Trochę się pomoże, może i nam ta cała Ewelina kiedyś jakąś przysługę wyświadczy albo chociaż wesprze dobrą radą, gdy już nasz synek przyjdzie na świat. Ja przecież tyle wiem o niemowlętach, co z poradników, a rodzinę mamy daleko…

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, najdroższy

Ale pani jakoś okazała się mało wylewna w stosunku do mnie: „dzień dobry” podczas spotkania na klatce schodowej było jedynymi słowami, które od niej usłyszałam, mimo że przynajmniej kilka razy w tygodniu wyciągała mi męża z domu, by jej koniecznie coś naprawił. Był cieknący kran, nieszczelne okno, odpadające kafelki w kuchni… Kusiło mnie, żeby jej spisać na kartce telefony do rozmaitych fachowców i wręczyć przy najbliższej okazji.
Byłam zła – czy baba uważa, że kobieta w ósmym miesiącu ciąży nie potrzebuje męża w domu?!

– Nie bądź małostkowa, Basiu – spacyfikował mnie Edgar.

– Nie jestem małostkowa, jestem wściekła, wiesz?! Ojciec mojego dziecka siedzi całymi popołudniami u wylaszczonej rozwódki z naprzeciwka.

– Głupstwa gadasz, kochanie – przytulił mnie. – Dla mnie jesteś najpiękniejsza. Czy to moja wina, że wychowano mnie na dżentelmena i nie potrafię odmówić?

W tym tygodniu przyszła kołyska, zamówiona przez internet. Kupiłam używaną, bo raz, że śliczna i z charakterem, a dwa, ileż to bobas będzie z niej korzystał, skoro niewielka? Najwyżej trzy miesiące, nie warto się wykosztowywać. Próbowałam ją złożyć, gdy Edgar był w pracy, ale cóż, zawsze był ze mnie techniczny antytalent, a ciąża wcale nie obdarzyła mnie dodatkowymi mocami.

– Kochanie, zrób to, dobrze? – poprosiłam męża, gdy już wrócił. – Muszę wiedzieć, czy czegoś nie brakuje, zanim wystawię komentarz.

– Jasne, nie ma problemu – stwierdził. – Tylko się walnę na pół godzinki na kanapę, bo miałem koszmarny dzień i padam z nóg.

Odpoczął, zaczęliśmy we dwoje składać to ustrojstwo a tu dzwonek do drzwi. Nie do wiary, znowu ona! I pyta, czy Edgar nie mógłby do niej na chwilę zajrzeć, na sekundkę dosłownie… Musi dokończyć pracę na jutro, a młoda coś jej nacisnęła i komputer się zawiesił. Wywalą ją z roboty, jak nie przyniesie na jutro gotowych rozliczeń!

A Edgar co? Rzuca śrubki i leci!

Nawet nie miałam już siły się złościć. Oparłam się tylko o drzwi i patrzyłam przez wizjer, jak Ewelina, roześmiana, w obcisłej bluzeczce, o jakiej mogę sobie w obecnej sytuacji tylko pomarzyć, wpuszcza Edgara do siebie, roześmiana, rozszczebiotana, jakby wygrała właśnie w totka, a nie miała kłopoty z czymkolwiek.

Wróciłam do pokoju, spojrzałam na rozgrzebaną kołyskę, stertę prania przygotowanego do prasowania i…poszłam się wykąpać. A ponieważ męża wciąż nie było, położyłam się, popłakałam trochę i zasnęłam. Obudziło mnie potrząsanie za ramię. Otworzyłam oczy, było już rano.

– Baśka, nie mam żadnej czystej koszuli do pracy – Edgar był spanikowany. – Gdzie mogę coś znaleźć?

– Tam – machnęłam ręką w stronę hałdy prania.

– To? Ależ one są niewyprasowane!

– Idź do Eweliny, niech ci wyprasuje – burknęłam.

– Zwariowałaś? Co ty odstawiasz za numery? – znów mnie szarpnął za ramię. – Basia…

– Nawet nie próbuj mnie budzić, bo ci tu zaraz urodzę – zagroziłam.

Jeszcze będzie mi tu gały wytrzeszczał niczym jakaś zraniona sarna! Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, skończyło się dogadzanie jaśnie panu, skoro on innej dogadza!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->