„Marek olewał mnie podczas ciąży, a gdy urodziłam, wyrzucił z domu. Wychowywałam jego dziecko, a on bawił się z panienkami”

„Przez całą ciążę byłam sama. Marek nie zapraszał mnie do siebie, nie przyjeżdżał w odwiedziny. Byłam zrozpaczona. Nie takiej reakcji się spodziewałam. Było mi bardzo przykro, że ciągle więcej czasu poświęca kolegom niż dziecku i mnie”.

Na przyjęciu u znajomych, na którym się poznaliśmy, opowiadał anegdotki, sypał dowcipami jak z rękawa, zabawiał gości. W niczym nie przypominał mojego byłego męża. Nudnego jak flaki z olejem, nieporadnego i mrukliwego. Patrzyłam na niego jak zaczarowana. A i on zerkał na mnie od czasu do czasu spod przymkniętych powiek..

– Odpuść sobie, szkoda na niego czasu – szepnęła mi do ucha pani domu.

– Dlaczego? Jest żonaty? – zmartwiłam się.

– Nie, wolny. Ale to drań. Choć czarujący. Rozkochuje w sobie kobiety i zaraz potem je porzuca. Niektóre do dziś wylewają morze łez. Uwierz mi, wiem, co mówię – westchnęła, spoglądając tęsknie na Marka.

Chciałam posłuchać jej rady. Naprawdę. Nie miałam ochoty na kolejny nieudany związek. Nie chciałam też być czyjąś zabawką. Gdy więc przyjęcie się skończyło, postanowiłam wymazać Marka z pamięci. Ale choć bardzo się starałam, nie potrafiłam o nim zapomnieć.

Kiedy więc kilka dni później zadzwonił i zaprosił mnie na tygodniowy wyjazd na Mazury, nie wahałam się nawet chwili. Po powrocie nadal się spotykaliśmy. Mówił, że jestem najwspanialszą kobietą świata, że z nikim nie było mu tak dobrze.

Był cudowny, czuły, opiekuńczy…
Ze szczęścia miałam ochotę skakać pod niebiosa. Pomyślałam nawet, że gospodyni tamtego przyjęcia bezczelnie mnie oszukała. Mijały przecież kolejne tygodnie, a my ciągle byliśmy razem. Co prawda, Marek niczego mi nie obiecywał, a nasze spotkania ograniczały się do dwóch, trzech nocy w tygodniu, ale starałam się o tym nie myśleć. Z utęsknieniem czekałam na kolejną randkę. Wierzyłam, że któregoś dnia klęknie przede mną i poprosi mnie o rękę. A potem będziemy żyli długo i szczęśliwie…

Pół roku po naszym pierwszym spotkaniu zorientowałam się, że jestem w ciąży. O Boże, jaka ja byłam szczęśliwa! Niedawno skończyłam 35 lat i byłam przekonana, że nigdy nie zostanę matką. A tu taka cudowna niespodzianka! Gdy tylko wyszłam z gabinetu lekarskiego, natychmiast zadzwoniłam do Marka.

Nie dalej jak dwa tygodnie wcześniej wspomniał, że marzy o dziecku. I spojrzał na mnie tak czule. Spodziewałam się więc, że na wieść o ciąży natychmiast do mnie przyjedzie, mocno przytuli i powie, że jest równie szczęśliwy jak ja. Tymczasem po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– I co zamierzasz zrobić? Urodzić? – odezwał się w końcu.

– To chyba jasne! Zawsze pragnęłam dziecka… – zapiałam radośnie.

– No to masz, czego chciałaś. I przepraszam, nie mogę dłużej rozmawiać, jestem
zajęty – burknął i, zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, rozłączył się.

Byłam zrozpaczona. Nie takiej reakcji się spodziewałam. Od rozwodu mieszkałam u rodziców, więc z płaczem rzuciłam się w ramiona mamy.

– Nie przejmuj się, pewnie jest zaskoczony. Jak ochłonie, przyjedzie i powie, jak bardzo się cieszy. A może nawet poprosi cię o rękę. Zobaczysz, wszystko dobrze się skończy – tłumaczyła.

Starałam się nie przejmować i czekałam na ten happy end. Ale nie nadchodził. Przez całą ciążę byłam sama. Marek nie zapraszał mnie do siebie, nie przyjeżdżał w odwiedziny. A jak już się pojawił, to posiedział kwadransik, zapytał, jak się czuję, zerknął na zdjęcie USG i znikał.

Czułam się skrzywdzona i opuszczona

Nieraz miałam ochotę urządzić mu karczemną awanturę, ale milczałam. Bałam się, że wtedy w ogóle mnie porzuci. A ja nie wyobrażałam sobie już bez niego życia. Poza tym chciałam, żeby moje dziecko miało ojca. Codziennie, a nie tylko od święta.

Dwudziestego siódmego lipca 2013 roku urodziłam Agatkę. Oczywiście sama. Marek przyjechał do szpitala, gdy było już po wszystkim. Kiedy zobaczył córeczkę, osłupiał. Jakby nie mógł uwierzyć, że to maleństwo to jego dziecko. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech, a w oczach łzy szczęścia i wzruszenia.

– Dziękuję ci za najpiękniejszą córkę na świecie. Od dziś będzie moją księżniczką – wykrztusił i mocno mnie przytulił. Poczułam wielką radość i ulgę.

Pomyślałam, że warto było czekać na to szczęśliwe zakończenie. Byłam przekonana, że od tej pory będziemy wszyscy razem. I że będę miała to, o czym marzyłam: rodzinę. Ale Marek miał inne plany. Zanim wyszłam ze szpitala zdecydował, że zamieszkam z córeczką u rodziców. Kiedy próbowałam protestować, od razu się naburmuszył.

– Nie potrafię się zajmować małymi dziećmi. A poza tym, moja kawalerka jest za mała na nas troje. I nie rozumiem, po co te protesty. Przecież będę was odwiedzał i płacił na małą – burknął. Z bezsilności i złości chciało mi się wyć. Przecież tuż po porodzie dał mi nadzieję na szczęśliwe, rodzinne życie. A teraz bezdusznie ją odebrał.

Chcąc nie chcąc, zamieszkałam z rodzicami. Oboje bardzo mi pomagali. Tata biegał po zakupy, spacerował z wózkiem po osiedlu, mama zmieniała małej pieluszki, kąpała ją razem ze mną. A Marek? Marek szalał jak chyba nigdy dotąd. Znajomi donosili mi, że przez jego mieszkanie prawie codziennie przewalają się tabuny gości. Koledzy, no i oczywiście koleżanki…

Bawili się czasem do białego rana. Gdy tego słuchałam, zbierało mi się na płacz. Bo dla mnie i Agatki prawie nie miał czasu. Razem spędzaliśmy właściwie tylko niedziele. W tygodniu wpadał czasem na godzinkę, dwie i znikał, tłumacząc się nawałem pracy. A ja wiedziałam, że się spieszy, bo pod jego domem już czekają goście.

Gdy Agatka miała pół roku, postanowiłam zareagować. Miałam już dość milczenia i patrzenia przez palce na to, co wyprawia Marek. Chciałam, żeby wreszcie zaczął zachowywać się jak na ojca przystało. Zostawiłam córeczkę pod opieką mamy, a sama pojechałam bez zapowiedzi do jego mieszkania. Nie chciał mnie wpuścić, ale i tak wparowałam do środka. Przy stole siedziało kilka osób. Jedli i pili w najlepsze.

– No proszę… To tak wygląda twoja ciężka praca! Wiesz, kim jesteś? Bydlakiem! Zwykłym bydlakiem! – wrzasnęłam. Goście zamilkli i zaczęli wpatrywać się w Marka. A ten zrobił się czerwony jak burak. Złapał mnie za ramiona i prawie siłą wypchnął na klatkę.

– Jestem wolnym człowiekiem i mogę robić, co chcę. Nie życzę sobie więcej takich wizyt, zrozumiano? – wysyczał przez zaciśnięte zęby, a potem zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Dzwoniłam, pukałam, ale nie otworzył.

Pewnie pomyślicie, że po tamtym wydarzeniu kompletnie się załamałam. Nic bardziej mylnego! Wkurzyłam się nie na żarty! Obiecałam sobie, że dotąd będę mu uprzykrzać życie, aż zrozumie, że Agatka i ja powinnyśmy być dla niego najważniejsze. Wsadzałam więc córeczkę do nosidełka, jechałam do jego mieszkania i dotąd pukałam, i stałam pod drzwiami, aż je otworzył. Pamiętam, jak kiedyś zastałam u niego dwie rozbawione panienki. Pomogłam im pozbierać ubrania i wyprosiłam z domu.

– Przepraszam, ale pan Marek jest już zajęty. I musi zaopiekować się dzieckiem – powiedziałam, wypychając je za drzwi. Urządził mi za to karczemną awanturę.

– Nie masz prawa mnie kontrolować! Przecież nic złego się nie działo, to tylko znajome z pracy. Ta twoja chora zazdrość wszystko zniszczy! – krzyczał.

Tak, byłam zazdrosna. I się tego nie wstydzę

Miałam powody. Marek lubił kobiety i zawsze się im podobał. Same pchały mu się do łóżka. Twierdził, że nigdy mnie nie zdradził, ale mu nie wierzyłam. Zresztą nie chodziło mi tylko o kobiety. Było mi bardzo przykro, że ciągle więcej czasu poświęca kolegom niż dziecku i mnie. Nie rozumiałam, dlaczego tak się zachowuje. Przecież gdy burze między nami ucichały, zawsze powtarzał, że bardzo nas kocha i postara się poprawić. A potem i tak wracał do swoich kawalerskich przyzwyczajeń.

Mijały kolejne miesiące i lata. Agatka rosła i coraz częściej pytała, gdzie jest tatuś i dlaczego z nami nie mieszka. Widziałam, że bardzo za nim tęskni. Zaczęłam wspominać o ślubie.

– Jeszcze nie jestem gotów do małżeństwa – usłyszałam. – A w ogóle czy tak jest nam źle?

– Bardzo źle. I dziecku, i mnie. Musisz się na coś zdecydować. Albo jesteśmy razem, albo się rozstajemy. Definitywnie. Tak dalej nie da się żyć – odparłam stanowczo. Wiedziałam, że sporo ryzykuję, że Marek może wykorzystać pretekst i zniknąć, ale byłam już zmęczona tą ciągłą walką i życiem w niepewności.

Wydawało mi się, że wygrałam. Przynajmniej połowicznie. Marek, co prawda, nie padł przede mną na kolana, ale przeprowadził nas do swojego mieszkania. Przez kilka miesięcy żyliśmy jak prawdziwa rodzina. A potem nagle oświadczył, że powinnam jednak wrócić do rodziców. Bo chce zrobić remont, przemeblować mieszkanie.

Czułam, że to tylko pretekst. Że tak naprawdę tęskni za dawnym życiem, za imprezami, kolegami i koleżankami. I że jeśli się wyprowadzimy, to nigdy nie pozwoli nam wrócić. Nie wiedziałam, co robić. Mama radziła mi, żebym nie ruszała się z mieszkania na krok, ale ja czułam, że to nie jest najlepsze rozwiązanie. W desperacji poprosiłam o radę starszą siostrę Marka, Beatę. Lubiła mnie i wiedziałam, że dobrze mi życzy.

– Jeśli zostaniesz na siłę, to tylko go tym wkurzysz – powiedziała, gdy usłyszała, jaki mam problem.

– To mam się wyprowadzić? – jęknęłam.

– Tak. I przestań za nim ganiać, sprawdzać go. Najlepiej udawaj, że w ogóle cię nie obchodzi, gdzie jest i co robi. Zobaczysz, że zmięknie… Mój brat cię kocha, tylko jeszcze o tym do końca nie wie. Zrozumie, gdy cię przy nim zabraknie… – uśmiechnęła się.

Posłuchałam rady Beaty. Spakowałam rzeczy i wyprowadziłam się z Agatką do rodziców. Na pożegnanie powiedziałam mu tylko, żeby pamiętał o córce i jak najczęściej ją odwiedzał, a potem po prostu wyszłam. Od tamtej pory nie wydzwaniałam już do niego, nie wpadałam bez zapowiedzenia, nie żebrałam o spotkanie. Choć słyszałam o kolejnych hucznych imprezach w jego mieszkaniu, nie reagowałam.

Wypłakiwałam oczy w poduszkę i cierpliwie czekałam na odwiedziny. Kiedy przychodził, podawałam mu gorący obiad i już. Żadnych awantur, pretensji. Pytałam tylko, jak mu minął dzień, martwiłam się kłopotami w pracy, opowiadałam o tym, co zmalowała Agatka. Spokojnie, z uśmiechem. Tak, jakby nic złego się nie działo.

Na początku tylko patrzył podejrzliwie. Spodziewał się wrzasków, krzyków, pretensji. A tu nic. Cisza. Potem zaczął pytać, czy nie jestem chora. Za każdym razem odpowiadałam, że czuję się świetnie i jestem w znakomitym nastroju, choć tak naprawdę w środku aż gotowałam się ze złości. Któregoś dnia nie wytrzymał.

– Dlaczego się tak dziwnie zachowujesz? – zapytał zdenerwowany.

– Dziwnie? Jak to dziwnie? Przecież wszystko jest tak, jak chciałeś. Powinieneś być zadowolony – odparłam, udając zaskoczenie.

– O matko, te baby to chyba naprawdę są z innej planety – westchnął zrezygnowany. Wyszedł i wrócił po godzinie. Z wielkim bukietem róż.

– Wiesz co, chyba masz rację. Już czas, żebyśmy wzięli ten cholerny ślub – powiedział, wręczając mi kwiaty. Nie zabrzmiało to może zbyt romantycznie, ale i tak byłam szczęśliwa.

Pobraliśmy się w dniu piątych urodzin Agatki

Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy Marek zjawi się na ślubie. Bałam się, że zrezygnuje, zwłaszcza że niektórzy jego koledzy próbowali mu wybić małżeństwo z głowy. On jednak nie zrezygnował. Gdy wypowiadał słowa przysięgi, czułam, że mówi szczerze, prosto z serca.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale jesteśmy naprawdę dobrym małżeństwem. Marek stał się przykładnym mężem i ojcem. Miewamy, jak wszyscy, małe kryzysy, ale potrafimy je przezwyciężyć. Ostatnio zapytałam go, czy nie tęskni za utraconą wolnością.

– Wolność jest piękna – uśmiechnął się.– Ale niewola u takich dziewczyn jak wy jeszcze piękniejsza!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->