„Teść oddał nam cały majątek, a sam wylądował na dnie. Nie miał gdzie mieszkać, bo chciał żeby nam było dobrze”

„Okazało się, że leki i rachunki pożerają emeryturę, a jedzenie lepsze niż makaron z sosem stało się luksusem. Oczywiście zapraszaliśmy go na obiady, woziłam zapasy w słoikach, ale to było tymczasowe rozwiązanie. Wiedzieliśmy, że przez nas klepie biedę”.

Jechałam do taty pełna niepokoju. Mieszkał w połówce bliźniaka i właśnie wyprowadzili się jego sąsiedzi – jedyni, z którymi utrzymywał kontakt. Wynajęli swoją część domu jakiejś firmie. Tata bardzo na to narzekał.

– Odgrodzili się koszmarnym plastikowym płotem, jakbym był jakimś szkodnikiem! – denerwował się. – A pracownicy nawet „dzień dobry” nie mówią!

Rzeczywiście, trawnik przed domem był przedzielony zielonym płotem, na którym wisiały banery reklamujące firmę, która wprowadziła się obok. Westchnęłam na myśl o tym, jak tata lubił patrzeć przez okno i że ten widok musi go irytować i przygnębiać. Nie dość, że został sam, to jeszcze odebrano mu jedną z nielicznych przyjemności.

Kiedy weszłam, nawet nie wstał z kanapy

Zapytałam, czy coś go boli, ale tylko mruknął, że po prostu jest stary. Usiłowałam go jakoś zabawić, opowiadałam, co u mnie i Kamila, ale nie wiem, czy mnie słuchał. Kiedy wróciłam do domu, mąż robił kanapki na kolację.

– Co u twojego staruszka? – zagadnął.

Opowiedziałam mu, że tata popada w apatię i zupełnie nie wiem, co na to poradzić. Kamil martwił się razem ze mną, tyle dobrze, że jego ojciec był kompletnie inny. Teść był od mojego taty młodszy o dwanaście lat i też mieszkał sam, podobnie jak on był wdowcem. W odróżnieniu od taty był aktywny, dużo jeździł na rowerze, miał kolegów od brydża, świetnie posługiwał się komputerem i internetem. Jak na pana po sześćdziesiątce świetnie się trzymał i przez jakiś czas nawet mieliśmy z Kamilem nadzieję, że zwiąże się ze swoją dentystką. Szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo moglibyśmy przestać się martwić o inny problem. A mianowicie o lokum dla teścia.

Kiedy powiedział, że przekazuje nam swoje mieszkanie w prezencie ślubnym, na początku oczywiście odmówiliśmy. To prawda, że wynajmowaliśmy dwa ciasne pokoje, a ja byłam wtedy w ciąży z drugim dzieckiem, ale wydawało nam się, że damy sobie radę. Niestety, wydatki rosły, ja musiałam zostać na stałe w domu, bo Hania miała lekką niepełnosprawność ruchową, a właściciel mieszkania podniósł czynsz. Wtedy teść powiedział:

– Kochani, musicie się przeprowadzić do czegoś większego i własnego. Podjąłem decyzję. Jedziemy do notariusza i mieszkanie jest wasze. Ja w pojedynkę zawsze sobie coś znajdę.

Byłam mu ogromnie wdzięczna za tę stanowczość, bo prawdę powiedziawszy, nie dawaliśmy już rady w wynajmowanych dwóch pokojach i z jedną pensją, która ledwie starczała na opłaty i jedzenie. Kiedy wprowadziliśmy się do wymarzonego mieszkania, teść zamieszkał w kawalerce w dość odległej dzielnicy. Wciąż pracował w zakładzie mleczarskim, miał pensję z dodatkami i wystarczało mu na wynajem oraz aktywne życie.

Problemy zaczęły się, kiedy przeszedł na emeryturę

Nagle okazało się, że same leki i rachunki pożerają całą tę kwotę, a jedzenie lepsze niż makaron z sosem stało się dla niego luksusem. Oczywiście zapraszaliśmy go na obiady, woziłam mu zapasy w słoikach, ale doskonale wiedzieliśmy, że problem tkwił gdzie indziej.

– Ojca nie stać na samodzielne wynajmowanie mieszkania – powiedział w końcu Kamil. – Wszystko wydaje na czynsz. Wiedziałaś, że sprzedał swoją whisky? Rany, gdyby powiedział mi wcześniej, to bym jakoś zorganizował pieniądze…

Whisky była kolekcjonerskim trunkiem z limitowanej edycji, który teść dawno temu dostał od kogoś za jakąś przysługę i latami trzymał w kredensie, co i rusz sprawdzając, jak rośnie jego wartość. Wiele razy opowiadał, co sobie kupi, kiedy wreszcie zdecyduje się sprzedać swój skarb jakiemuś kolekcjonerowi. A teraz okazało się, że te pieniądze musiał wydać na jedzenie i godne życie… Było mi z tego powodu bardzo źle, bo przecież oddał nam cały swój majątek.

Na kolejne odwiedziny u taty zabrałam sześcioletniego syna, ulubieńca dziadka. Miałam nadzieję, że młody rozrusza dziadzia, wyciągnie go na spacer. Tata naprawdę lubił moje dzieci… Ale tym razem odpowiadał monosylabami i nawet nie wstał, kiedy Tadzio próbował go nakłonić, by wyszedł na ogródek zobaczyć, jak umie wspinać się na drzewo. Nie mówiłam Kamilowi o tym, jak mnie to gryzło. W końcu to jego ojciec się dla nas poświęcił, a teraz miał problemy finansowe. Mój stracił chęć do życia, ale wciąż miał gdzie mieszkać i z czego żyć. Parę tygodni później tatuś poślizgnął się na schodach i złamał nogę. Stał się zupełnie niesamodzielny… Kamil aż schował głowę w dłoniach, kiedy się o tym dowiedział.

– Czyli ja muszę pomagać mojemu ojcu finansowo, a ty jeździć codziennie do swojego, żeby się nim opiekować?! – zapytał z nutą histerii w głosie. – Bożena, przecież tak się nie da żyć! Oszalejemy!

Przestraszyłam się, ale tym razem o Kamila

Pracował po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, martwił się o nas, a problemów tylko przybywało. Naprawdę zaczęłam się bać, że dostanie zawału albo załamania nerwowego. Tamtego wieczoru w tajemnicy zadzwoniłam do teścia. Chciałam się poradzić, jak postępować z Kamilem, żeby mi chłop nie zwariował.

– Czekaj, kochanie – przerwał mi. Zawsze zwracał się do mnie z czułością, jak do własnej córki. – Mówisz, że twój tata miał wypadek? Jak się czuje? Czegoś mu trzeba? Może do niego podjadę?

Taki właśnie był „tata Tomek”, jak go żartobliwie nazywałam. Zawsze troszczył się o innych, zawsze chciał pomóc. Mojego ojca znał z rozmaitych rodzinnych okazji i wiedziałam, że obaj starsi panowie nawet się lubili. Nigdy bym jednak nie śmiała prosić go o pomoc, przecież teść syna był dla niego w sumie obcym człowiekiem. Ale następnego dnia „tata Tomek” zadzwonił do mnie z domu mojego ojca. Pytał, czy wiem, gdzie jest przepychacz do rur, bo odpływ w wannie się zatkał.

– A ojciec nie wie? – zdziwiłam się.
– Pewnie wie, ale jest za domem, czyta książkę, a mnie się nie chce biegać – odpowiedział. – No to gdzie mam szukać? Bo tu jest jeszcze sporo do zrobienia. A, słuchaj! Te gotowe dania z zamrażalnika mogę wyrzucić? Feliks mówi, że miał awarię prądu i nie jest pewien, czy się nie rozmroziły.

Nie mogłam się połapać w natłoku informacji. Najbardziej zdziwiło mnie, że tata dał się wyprowadzić z domu i usadzić na leżaku. Bo to, że teść zajął się awarią i sprzątaniem lodówki, jakoś mnie nie zdumiewało. On już taki był. Tata zadzwonił do mnie jeszcze tego samego dnia. Miał inny głos niż przez ostatnie tygodnie. Był ożywiony, mówił o wspaniałym dniu, jaki spędził z Tomaszem.

– A tak w ogóle, to gdzie on mieszka, skoro oddał wam swoje M-5? – zapytał, a ja opowiedziałam mu o kłopotach lokalowo-finansowych teścia.

I wtedy ojciec zaproponował, żeby pan Tomasz wprowadził się do niego. Mieszkanie w bliźniaku było wystarczające duże dla dwóch starszych panów. Powiedziałam, że zapytam męża.

– Myślisz, że to dobry pomysł? – skończyłam relacjonować mu rozmowę z tatą. – W sumie znają się i lubią… Ale nie wiem…

Miałam wtedy masę wątpliwości, ale rozwiał je sam teść.

– Feliks potrzebuje pomocy, a ja mam mnóstwo wolnego czasu – oznajmił. – Może po prostu zobaczymy, jak to się sprawdzi.

Po roku możemy wszyscy powiedzieć, że się sprawdziło. „Tata Tomek” wprowadził się na dobre, panowie są świetnymi współlokatorami. Mój tatuś odżył i nawet przypomniał sobie, jak się gra w brydża, kiedy przyszli koledzy teścia. Teraz mówi, że nie wyobraża sobie, jak mógł mieszkać sam. Z teściem grają w karty, popijają koniaczek i oglądają kanały sportowe. Idealne życie dwóch starszych panów. A my mamy wygodę, bo kiedy jedziemy odwiedzać dziadków, to obu naraz. Dzieciaki to uwielbiają!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->